Ogłoszenie


Oscary GothicKomiksy 2012!
Zapraszamy do wzięcia udziału w zabawie!

Został edytowany regulamin porad. Od dziś zezwalamy na komentarze w tym dziale.


Poprzedni temat :: Następny temat
Dziennik Y`beriona, część I - o kolonii i Bractwie Śniącego
Autor Wiadomość
Cavalorn 



Wiek: 19
Postów: 95

Wysłany: 17-08-09, 18:40   Dziennik Y`beriona, część I - o kolonii i Bractwie Śniącego  

Na wstępie chcę zaznaczyć, że to opowiadanie zacząłem pisać prawie 4 lata temu. Wielu błędów, głupot i dziwactw z tego opowiadania (rany... pisałem w nawiasach "ha!" przy wystąpieniu imienia Cavalorn - wiecie dlaczego, prawda?) już nie popełniam. Nie pisać mi więc, jaki to ja jestem kiepski, bo to minęło. :P Nikt mi nie wytykał błędów, więc nie dziwcie się, jeśli opowiadanie nie będzie coraz lepsze. Wysokich ocen nie oczekuję. :) W sumie nie jestem zbyt dumny z tego opowiadania, a gdyby ktoś to napisał teraz, nieco bym po tym opowiadaniu pojechał... ;p Może bym to poprawił, ale są tu pewne dziwactwa fabularne, a fabuły nie chcę zmieniać.
Nie jestem pewien, czy nie skończyłem tego opowiadania, czy gdzieś mi może wcięło zakończenie... ale specjalnie nie ma czego żałować. :)
Wybaczcie, że w kilku postach, ale jest limit długości posta - nie wiem, po co...


Prolog - Powód trafienia do kolonii.

Kiedyś spacerowałem sobie niewinnie przez las wyspy Khorinis, w pobliżu latarni morskiej. Nagle z jaskini wyskoczył na mnie ork. Miałem wtedy krótki miecz, krótki łuk, 27 strzał i zwój z zaklęciem "Ognista strzała". Dostałem ją od Magów Ognia z klasztoru Innosa za zasługi, razem z drugim zwojem z tym zaklęciem, ale go już dawno zużyłem... No więc z jaskini wyskoczył ork, szaman chyba, trudno powiedzieć, wyglądał jak ork-szaman, ale miał lekki orkowy topór, więc nie byłem, nie jestem i chyba nigdy nie będę pewien, czy to był ork-szaman czy zwiadowca... ale do rzeczy. Nie byłem zbyt zręczny, ani silny, znałem się jednak troszkę na magii, dlatego użyłem zwoju z zaklęciem, o którym wspomniałem... W ułamku sekundy przed rzuceniem zaklęcia z jaskini nadbiegł strażnik miejski, w ułamku sekundy po rzuceniu zaklęcia ork już padł, niestety, za późno, moja ognista strzała pomknęła na strażnika miejskiego... zabiła go, ale tuż przed jego śmiercią z jaskini nadbiegł kolejny strażnik miejski, zdążył zobaczyć, jak moja ognista strzała trafiła w tamtego, pierwszego... Drugi, ten żywy, zaraz po śmierci pierwszego rzucił się na mnie. Nie żyłbym już chyba, gdyby nie to, że z lasu nadbiegły... trzy wilki! Zaatakowały nas. No cóż, wolałem nie ryzykować z taką umiejętnością walki mieczem, z łuku nie mogłem strzelić, bo te były za blisko, więc zacząłem uciekać... To dobrze, ale w złą stronę... podczas ucieczki obejrzałem się, zobaczyłem, jak jeden wilk już nie żył, strażnik miejski zręcznie atakował mieczem pozostałe dwa. Potem już musiałem uciekać, bo nie było więcej czasu... po minucie ucieczki obejrzałem się za siebie i zobaczyłem kawałek munduru straży miejskiej, przyśpieszyłem bieg, ale już nie było po co... ujrzałem przed sobą miasto... Złapali mnie, zabrali do Lorda Andre (odbiegam od opowiadania: byli paladyni, w końcu musieli odbierać tę rudę od skazańców), który mnie skazał na pobyt w kolonii...

Rozdział 1 - kolonia.

Strażnicy miejscy zabrali mnie do kolonii karnej razem z pewnym brutalnym człowiekiem o imieniu Bullit i takim jednym, co się nazywał Tyon. Z Bullitem nie rozmawiałem prawie w ogóle, tylko powiedizeliśmy sobie, jak się nazywamy. O Tyonie dowiedziałem się, że też umie posługiwać się trochę magią, i że trafił do kolonii za morderstwo bandyty, a straż miejska nie miała pojęcia, że Tyona ofiara była bandytą.
Jeden ze strażników miejskich, który zawsze dowodził strażą, która zabierała więźniów do kolonii, szepnął mi do ucha: "Y`berionie, znam cię, wiem, że można ci ufać, wierzę ci, że nic nie zrobiłeś złego i że tamte morderstwo to był wypadek, ale wiążą mnie pewne rozkazy... przepraszam...", po czym krzyknął: "Wrzucać więźniów!!!". Poczułem lekki chłód w chwili, kiedy spadałem przez barierę.
Spadłem do woy. Ujrzałem postacie w czerwonych zbrojach. Jeden miał miecz jednoręczny i łuk, a inni miecze jednoręczne i kusze. Wymieniali się chyba coś na coś z zewnętrznym światem... tak, słyszałem o tym w zewnętrznym świecie, Gomez, przywódca jakiegoś obozu, wymienia rudę na cokolwiek, co zechce z królem. Tammci z kuszami nie chcieli wyjawnić swoich imion. Ten z łukiem nazywał się Diego. Zabrali nas do obozu...

Rozdział 2 - Stary Obóz

W Starym Obozie postanowiłem zostać cieniem. Wybrałem na opiekuna Diego. Musiałem zdobyć zaufanie wpływowych ludzi, między innymi Diego. Ale wcześniej w Starym Obozie poznałem ciekawych ludzi: Lee, Laresa, Gravo, Angara, Lestera i Kaloma. Gravo pomaga ludziom, którzy podpadli wpływowym gościom. Powiedizał mi, kto tu ma dobre wpływy: Scatty, Rączka, Zły, Dexter, Fisk, Thorus, Diego, Graham, Melvin i Świstak. Część z nich była wpływowa tylko dlatego, że kumplowali się z Diego. Np. Graham i Melvin to mało znaczące w obozie goście. Uałem się więc do tych ludzi, żebymi udzielili wsparcia.
Scatti uznawał za przydatnych tylko tych, którzy są świetni w walce. No cóż, to nie dla mnie. Uczył walki orężem jednoręcznym, ale nie, Kirgo, gladiator na arenie, był za dobry, chociaż był przyzwoitym człowiekiem. Rączka powiedział, że muszę być choć częściowo dobrym złodziejem, umiejętnościami złodziejskimi były skradanie się, otwieranie zamków, kradzież kieszonkowa i akrobatyka, to ostatnie to chyba do szybkiej i cichej ucieczki w razie czego... chyba. No cóż, to też nie dla mnie, przynajmniej częściowo. Rączka uczył otwierania zamków i kradzieży kieszonkowej. Powiedział, że skradanai może mnie nauczyć myśliwy Cavalorn (ha!), a akrobatyki taki jeden gość o imieniu Buster. Obaj nauczyli mnie, jden skradania, drugi akrobatyki, za darmo. Rączka na mnie zagłosował. Złego interesowało to, czy umiem rozwiązywać różne sprawy. Była jedna taka. Powiedział, żebympo szczegóły poszedł do Neka. Zgubił pewien magiczny pierścień, podejrzewał o kradzież Fletchera, z którym dzielił kwaterę, jeśli nie patrolował i mógł się spokojnie wyspać. Ale Fletcher był w zamku. Thorus, bo strzegł bramy wewnętrznego pierścienia, czyli zamku, pozwolił mi wejść tylko raz, do Fletchera, bo mu opowiedizałem o problemie Neka. Fletcher twierdził, że nie ma z ym nic wspólnego, ale maił pewne podejrzenia. Mógł to być Rączka, Diego, Aidan, Klin, Lares, Buster, Lewus i Mordrag. Miałem ciężko... Rączka się wyparł, mówił, że wpływowy człowiek nie powinien okradać członków swojego obozu, bo by mógł stracićreputację, gdyby się ktoś dowiedizał. Postanowiłem odrzucić ze sprawy Diego, to dobry człowiek, nie okradłby nikogo. Lares i Buster to też byli porządniludzie. Klin był mistrzem złodziejstwa, podobnei jak rączka, ale Lares go wykluczył, tak jak Mordraga. Wtem przyszedł do mnie Fletcher i powiedizał, że podejrzany przez niego jest również Kalom. Poszedęłm do Lewusa, spławił mnie brzyką gadką:"Spadaj, odbiło ci, ja miałbym kraść pierścień strażnika?! Nek jest strażnikiem, w życiu bym go nie okradł! WYNOCHA! NIE, STÓJ! Pożałujesz tego!", poczym wyciągnął miecz jednoręczny i mnie zaatakował. Nie byłem zbyt dobry w walce, straż miejska zabrała mi wtedy magiczne zwoje i łuk, o dziwo zostawili mi miecz mówiąc, że w Starym Obozie są paskudne świnie, przed którymi trzeba się bronić. Wykorzystałem umiejętności akrobatyczne i skoczyłem robiąc unik,potem skoczyłem na niego i wyrzuciłem jego miecz. Wyciągnąłem swój i kazałem mu gadać, co z pierścieniem. Powiedział, że sprzedał Fiskowi za 50 bryłek rudy. Zabrałem mu tyle, ale nie za karę, tylko dlatego, że to były nieuczciwie zarobiomne pieniądze, gdybym to było za karę, zabrtałbym mu całą rudę. Fisk powiedizał, że nie wiedizał, że to pierścień strażnika Neka, oddał mi go, chciał iść policzyć się z Lewusem i zabrać mu ruę, którą mu dał za pierścień, ale go powstrzymałem, dając mu jego rudę. I tak poszedł policzyć się z Lewusem. Poszedłem do Fletchera ze szczęśliwą nowiną, udałem się do Neka z pierścieniem i razem poszliśmy do Złego. Zagłosował na mnie. Rozeszło się to po Starym Obozie, więc Melvin za takei coś na mnie również zagłosował.
Dextera interesowało bagienne ziele z nowoodkrytego bagna. Kazał mi przynieść 30 łodyg. Ale musaięłm zarobić rudy na łuk na zwierzynę, w drodze do Cavalorna (ha!) poradziłem sobie moim mieczem, ale na bagnie są krwiopijcy. Postanowiłem posprzątać (!) kilka chat, zarobiłem rudy, kupiłem od Cavalorna (ha!) łuk, zostało mi jeszcze trochę rudy, kupiłem sobie mapę i udałem się na bagno. Zebrałem łodygi, dałem dla Dextera, zagłosował na mnie. Poszedłem do Fiska. Za to, że go powiadomiłem o oszustwie Lewusa, postanowił zmniejszyć mi wymagania głosu. Powiedizał, żebym skombinował mu 3 miecze. Poszedłem do kowala, Huna. Pokazał mi, jak zrobić zwykłe jednoręczne miecze. Potrzebowałem do tego 3 stalowych prętów. Postanowiłem więc nauczyć się od Cavalorna (ha!) oprawiania zwierzyny, żeby potem sprzedać trofea, on mi na to, że poluje głównie na ścierwojady, nie oprawia zwierzyny. Polecił Draxa i Aidana. Udałem się więc do Draxa, żeby go poznać, w ogóle o nim nie słyszałem. Drax mi powiedizał, że musze zapłacić... po 50 bryłek, a ja miałem tylko 10. Pozostał Aidan. On mi na to to samo. Wtem przyleciał do mnie Cavalorn (ha!), którewmu się przypomniało, jak zabierać żądła krwiopijcy, wyjaśnił mi jak, podziękowałem mu i odszedł. Na szczęście polepszyłem się trochę w walce, mogłem zapolować. Zapolowałem, sprzedałęm żądła, kupiłem od Huna 5 stalowych prętów (postanowiłem polepszyć sobie jeszcze bardziej opinię i dać dla Fiska 5 mieczy, nie 3, mimo że na tym stracę więcej rudy), wykułem zwykłe miecze, dałem dla Fiska, ten w podzięce za dodatkowe 2 miecze dał mi lepszy miecz, niż posiadałem. Wtedy sprzedałem mu swój. Jednak nie straciłem na tym nic. W pobliżu był Świstak, udałem się do niego po to, zeby na mnie zagłosował. Powiedział, że chce, bym poprawił jego stosunki z Fiskiem. Poszedłęm do Fiska i się zapytałem, co z tym Świstakiem i czemu mają złe stosunki. Fisk powiedział, że on ciągle chce dać małą cenę za broń, nie można było z nim się normalnie potargować. Nie wiedziałem, co robić dalej, więc znowu spotkałęm się ze Świstakiem, pytając, co dalej, nie wiedziałem dokładnie, jaki jest cały spór. Ten poradził, żebym powiedział, że on miał zbyt mało rudy i nie mógł sobie pozwolić na wysokie ceny, oczywiście to było prawdą. Powiedizałem to Fiskowi. Ten powiedizał, żeby Świstak albo ktokolwiek inny to udowodnił. Wtedy powiedizałem, ze jak chce, to może sobie go przeszukać. No i to okazało się prawdą. Kolejną osobę mam za sobą.
Thorus potrafił zamęczyć... najpierw kazał mi rozwaliś STADO KRETOSZCZURÓW (!), wcale nie małe. Haha, miałem łuk! stanąłem na skałę, zastrzeliłem z łuku 2 kretoszczury (wszystkich było 17 [!]) Potem oddaliłem się (skała była niska, kretoszczury by mnie tam dorwały), w biegu strzeliłem, nie trafiłem. Jakby było mało 15 kretoszczurów, z drugiej strony nadciągnęły 2 ścierwojady! Rzuciłem łuk (nie zdążył bym założyć na ramię), wyciągnąłem miecz i ze świadomością wielkiego zagrożenia łątwą śmiercią pierwszym poziomym łukiem wykonanym mieczem zabiłem ścierwojada, po czym na drugim wykonałem pchnięcie. Kretoszczury były już blisko. Jeden był baaaaaardzo blisko, zabiłem go dwoma pionowymi łukami. Jeszcze 14 kretoszczurów. Oj, by już zginął, gdyby Angar mi nie pomógł, który był strażnikiem i przechodził tędy na spacer. Szybko nadbiegł, wyciągnał miecz i zabił 2 kretoszczury za jednym mocnym zamachem. Dodało mi to otuchy i rzuciłem sie w wir kretoszczurów... błąd! Zabiłem 3, dwa mnie zraniły niesłabo, gdyby nie Angar, byłbym martwy. Zabił jednego, który mi zadał ranę, jednak inne 2 mu zraniły nogę. Wtem zobaczyłem coś, co nas uratowało: mój łuk leżał pod kretoszczurem! Szybko zabiłem tego kretoszczura, szybko wziąłem łuk, naciągnąłem strzałę, gdy kilka kretoszczurów mnie zaatakowało, strzała wypadł z łuku, jednak nie wtym sensie, że ją puściłem, ale niechcący bardziej naciągnąłem cięciwę, puściłęm, strzała przeszyła jednego kretoszczura i zraniła drugiego, co uratowało Angara. Angar szybko go dobił i ruszył mi na ratunek, kretoszczury zraniły mi plecy, ja upuściłem łuk, zdążyłem wyciągnąć znów miecz. Angar zabił jednego z 3, zrobił unik przed innym kretoszczurem, ja ruszyłem na 2 kretoszczury, które opuścił Angar. Od razu zabiłem jednego, drugi mi zranił rękę, upuściłem miecz. Angar dwa swoje szybko zabił. Już ruszał mi na ratunek, kiedy ja czyne, rozpaczy rzuciłem się na kretoszczura, szamotałem się z nim, udało mi się wykręić mu kark... koniec walki... Angar rozpoczął rozmowę:
- Co ci odbiło pchać się na takie stado kretoszczurów?! Zwariowałeś?! Z takim mieczem, z takim łukiem i bez zbroi?!
- Chcę zostać cieniem. Thorus kazał mi zabić stado kretoszczurów. W dodatku blisko były 2 ścierwojady, które mnie zaatakowały, kiedy uciekałem przed kretoszczurami, zabiłem je i postanowiłem jeszcze trochę kretoszczurów zabić.
- THORUS KAZAŁ CI RUSZYĆ NA TAKIE STADO?! Zwariował! On już jest taki wymagający. Dawał ci jeszcze jakieś polecenia?
- Powiedział, że czekają mnie, kiedy wykonam TO zadanie. Oj, moje rany!
- Opatrzą nas Magowie Wody.
- Magowie Wody?
- Nie wiedziałeś? W starym obozie mieszkają Magowie Ognia i Magowie Wody.
- Chyba wiem, o czym mówisz... taaak, wiem... To ci magowie, co tworzyli barierę... Więc jest w Starym Obozie u was 8 Magów Ognia (Odbiegam od opowiadania: w grze był błąd, w Gothic I było 6 Magów Ognia, a Milten mówił: "Coristo najął mnie na swojego ucznia, ponieważ wyświadczyłem wielką przysługę Gomezowi", a przecież barierę tworzyło 7 Magów Ognia [razem z Xardasem, był wtedy Magiem Ognia], nie 6, a Y`berion myślał, że jest z nimi Xardas) i 6 Magów Wody?
- Nie, 7 Magów Ognia i 6 Magów Wody... (Jakby ktoś nie zrozumiał napisu z poprzedniego nawiasu, to barierę tworzyło 7 Magów Ognia, razem z Xardasem, a Milten mówi, że jest uczniem Corista, bo wyświadczył wielką przysługę Gomezowi... Więc dodałem 1 Maga Ognia)
- Jak to? To któryś z Magów Ognia zginął?! Albo udało mu się uciec rpzed rozrastającą się wtedy barierą?!
- O CZYM TY MÓWISZ?!
- Rozmawiałem z Miltenem, który mówi, że Coristo najął go na swojego ucznia, bo wyświadczył wielką przysługę Gomezowi... a barierę tworzyło 6 Magów Wody i 6 Magów Ognia + Mag Ognia, który nadzorował prace nad barierą...
- Nie rozumiem cię...
- Zaraz, coś mi w głowie świta... Xardasa u was nie ma?!
- Jakiego Xardasa?!
- No tego, co nadzorował prace...!
- Nie i nie słyszałem o nim...
- Dobra, wracamy do zamku w sprawie opatrzenia nas, ale raczej nie wpuszczą mnie do zamku, tak jak wtedy, kiedy szedłem do Fletchera w pewnej sprawie! A nie mogę iść z tobą, bo kazał mi samemu załatwić to stado!
- Na pewno cię wpuści... a jak nie, to... kto jest twoim opiekunem?
- Diego.
- Więc jak cię nie wpuści, to pójdziesz z Diego, to dobry człowiek, nie zostawi cię ot tak sobie krwawiącego!
Dobra, choćmy... Magowie Wody mujszą mnie uleczyć, jeszce 2 zadania od Thorusa przede mną...
Po uleczeniu mnie przez Magów Wody udałem się do Thorusa po nastęnpe zadanie. Kazał mi pobić wszystkich kopaczy i cieni, którzy chcą się sprzeiwić Gomezowi... Oj, idiota! Przepytywałem każdego cienia i kopacza z wyjątkiem Diego, Fiska, Świstaka, Melvina, Grahama, Scatty`ego, Rączki, Dextera, Huna, Złego i Cavalorna (ha!), co myśli o Gomezie. Kiedy się zapytałem o to Lewusa, spławił mnie. Pobiłem go. Pobiłem pojedynczo połowę kopaczy, w tym Kye`a i Herka, chamy z nich jakieś. Często chodziłem do Magów Wody, jeśli nie miałem roślin leczniczych, ani mikstur. Thorus mnei do nich prowadził, w końcu nie byłem członkiem obozu. Mordraga i Klina pobiłem wykorzystując zwoje z zaklęciem "Mała pięść wichru"(wymyśliłem), które kupiłem przy okazji od Cronosa, Maga Wody. Angar mi pomógł, dał mi listę cieni, którzy zamierzali sprzeciwić się Gomezowi. Pomagał mi też w walce, miałem trudnych przeciwników. Zadanie wykonane, trzeba było jeszcze tylko zameldować o tym Thorusowi. Teraz jeszcze jedno zadanie... Ja cię, TO JUŻ BYŁA PRZESADA! Miałem OSWOIĆ 15 CIENIOSTWORÓW I ODDAĆ STAREMU OBOZOWI!!! A to śmieć! Gdyby nie spokój ducha mojego, Angara i Lestera, nie pisałbym już dziennika! Pomagali mi. Czasem musieliśmy je bić, ale potem robiliśmy tak, żeby zapomniały o tym cieniostwory. Och, to oswajanie było straszne! Udało się... Thorus o tym wiedział, meldowałem go na bieżąco... Thorus na mnie zagłosował. Szedłem właśnie do Grahama w sprawie głosu, gdy otrzymałem szczęśliwą wiadomość... Szczęśliwą, tak, ale nie dla Thorusa! Część cieni, których pobiłem, zabiła te cieniostwory! I dobrze, miał Thorus za swoje! Dobrze, że Thorus nie znał mojego stosunku do niego :-) (tak Y`berion napisał w dzienniku).
Ale udałem się do tego Grahama. Powiedizał, że muszę także jemui udowodnić, że będę przydatny dla obozu. Oczywiście nie licząc czynów, które spełniłem starając sie o opinię inych ludzi. Ha, dobrze, że nie wiedział, co ja mam zamiar robić w obozie! Po prostu kupiłem 10 stalowych prętów i wykułem 10 mieczy! Dałem mu jednego na jego prośbę. Resztę sprzedałem Fiskowi. Głos Grahama miałem za sobą. Szedłem właśnei do Diego, gdy zagadnął do mnie Melvin. Powiedział, że on nie może głosować na kogoś za to, że zrobił coś dla innego wpływowego człowieka. Kazał mi przynieść 15 usmażonych udźców ścierwojadów, uprzedził, że będzie mnie śledził, żebym nie kupił tego mięsa... On był jakiś dziwny, po co komu umiekjętność smażenia, kiedy chce zostać cieniem?! Ale ja umiałem to zrobić nad ogniskiem. Upolowałem kolejno 15 ścierwojadów, usmażyłem mięso i dałem dla Melvina. Po tej rzeczy przyszło mi do głowy, że polepszyłem się w walce. Udałem się więc do Scatty`ego. Miał już kolejnych 2 gladiatorów, jeden nazywął się Kharim, a drugiego gościa imienia nie pamiętam (Odbiegam od opowiadania: nie pamiętam imienia tego gladiatora z Obozu Bractwa). Z Kirgo nie miałem DUŻYCH problemów, ale jakieś problemy mi sprawił. Pokonałem go. Ten Drugi, którego imienia nie pamiętam, prawie mnie pokonał, pokonałby mnie, gdyby nie moje umiejętności w akrobatyce i dobra kondycja. Na walkę z Kharimem, najlepszym z gladiatorów, wolałem się przygotować. Diego mi powiedizał, że może mnie naucyzć siły i zręczności, Lares to samo. Lee mógł mi pomóc w walce orężem dwuręcznym, ale mi się nei opłacało, nie miałem broni dwuręcznej. Huno był kowalem i też mógł mi pomóc. Angar rózwnież mógł mi pomóc w rozwinięciu siły. Postanowiłem, że będę trenował z każdym. Potem zacząłem trenować ze Scatty`ym walkę orężem jednoręcznym. Lares, Diego i Angar pomagali mi w rozwinięciu zręczności, potrzebna mi była do akrobatyki. W końcu pokonałem Kharima w uczciwej walce na arenie. Scatty był ze mnie bardzo dumny. Zagłosował na mnie.
Zanim przeszedłem test zaufania, chciałem zwiększyć moje umiejętności magiczne (Odbiegam od opowiadania: w tym wypadku chodzi o manę). Pomagali mi Milten i Cronos. Lester też się tym zainteresował, więc też zaczął pobierać nauki. Już energię magiczną opanowałem do perfekcji, postanowiłem więc opanować kręgi magii. Znałem pierwszy już dawno, przed wylądowaniem w kolonii. Niestety, musiałem zostać magiem, żeby uczyć się kręgów magii.
W końcu udałem się do Diego w celu przejścia testu zaufania. Powiedział mi o tym, że w kolonii powstaje chyba drugi obóz, tych, którzy chcieli sie sprzecwić Gomezowi. O dziwo nie było tam Lewusa... Kazał mi to wytropić... Domyśliłem się, że to polega na tym, żeby nie przyłączyć się tam, bo tam było łatwiej.

Rozdział 3 - Obóz Buntowników

Ojojoj, ciężka to była robota... tropienie czegoś takiego... Diego pozwolił mi skorzystać z czyjejś pomocy. Najpierw pokręciłem się trochę po obozie rozgłąszając, że potrzebuję pewnej pomocy... Pomóc zgodzili się: Angar, Tyon, Kalom, Gorn, Lee, Milten, Cronos, Lares i Namib. Ten ostatni powiedział, że pomoże mi, jeśli tylko nauczy się czegoś o magii. Więc zacząłem z nim trenować zwiększanie energii magicznej, czyli many. Wracając do pomocy, to Lester i Diego chcieli pomóc, ale Diego nie mógł, bo on dawał to zadanie i mu zabroniono, a Lester wykonywał zadanie dla Magów Wody. Załatwiłem mu pomoc, Diego zgodził się mu pomóc. A więc ja i moi pomocnicy rozpoczęli akcję. Chodziliśmy po Starym Obozie i pytaliśmy o obóz tych zdrajców. Dowiedizeliśmy się tylko tyle, że dobrymi miejscami na obóz byłyby bagna, pewne miejsce na zachodzie, nabrzeże w pobliżu bagien i ziemie orków. Naradziliśmy się i wykluczyliśmy ziemie orków, bo zdrajcy nie byli zbyt silni, by móc ryzykować zakładaćobóz na ziemiach tych silnych i brutalnych potwornych barbarzyńców. Wykluczyliśmy też bagno, bo ja tam nie tak dawno byłem i nie widziałem nawet kawałka ściany, czy kamienia położonego na kamieniu.
Udaliśmy się na zachód. Zabijaliśmy stwora po stworze. Podczas wędrówki dołączył do nas myśliwy Cavalorn (ha!). Potrafił świetnie strzelać z łuku, sam miał dobry łuk.
Na zachodzie rzeczywiście było wspaniałe miejse na obóz! Góry aż się prosiły o to, żeby dać budulec! Była ogrooooooomna jaskinia! Naprzeciwko, troszkę w prawo od wejścia do tej jaskini, była mniejsza, też ogromna. Było tam zejście na dół. Nic tam nie było... Ale po drodze była jakaś sfera magiczna, czy coś, czuć było magię... ALe nie mogliśmy na to tracić czasu. Na zachodzie rozbiliśmy obozowisko na tę noc, bo było już późno.
Następnego ranka udaliśmy się do obozowiska Cavalorna, bo bliziutko kilka kroków od jego chaty była jaskinia, a tam drzwi. Lares otworzył wytrychem. Nic tam nie było oprócz drugiej jaskini, małej.
Poszliśmy więc na bagna, potem skęciliśmy w lewo, poszliśmy przez las i ujrzeliśmy brzeg morza. Przeszukaliśmy wszystko, nic tam nie było... Poszliśmy więc w głąb bagien... tam była jakaś piramida, a w środku krzątali się ludzie... rozpoznałęm w nich tych, których pobiłęm wykonując zadanie od Thorusa... Kilka chat było W DRZEWACH! Koło tej piramidy był plac. Był ogrodzony drewnem, ale widać było wnętrze przez szpary. Angar nawiżał rozmowę:
- Treba wyważyć te ogrodzenie... i posiekać tamtych na kawałki...
- Nie! Diego powiedział, że nie możemy na raize nic robić! Żadnej krzywdy tym ludziom! - odrzekłem
- Może zapukamy? Może nas wpuszczą i zdobędziemy więcej informacji? - na to Lares
- Nie, ja tam sam pójdę... Y`berion nie może, bo od razu by go zaatakowali, a grupa by też nie zostałaby uznana, jako przyjazna... Sam tam pójdę i dowiem się czegoś! - rzekł Namib
- Ja też chcę iść! - oznajmił Kalom
- Dobra, idźcie! - odpowiedziałem.
- A ja? Przyda im sie pomoc w postaci wojownika! - na to Angar
- Uznaliby cię za zagrożenie, a kto z tych głupców uznałby za zagrożenie dwóch cieni?! Niech idą.
- Przyda nam się ktoś jeszcze. Tyon, możesz z nami pójść? - zapytał Kalom.
- Mogę pójść. Y`berionie?
- Możesz iść. Powodzenia!
Ja, Gorn, Lee, Milten, Cronos, Lares i Angar schowaliśmy się. Kalom zapukał do bramy. Brama otworzyła się. Otwierający zapytał coś zdenerwowanym tonem, Kalom coś odpowiedział, wtedy otwierający bramę się uspokoił. Usłyszałem, że na tego otwierającego bramę kumple mwią Siekacz. Skądś znałem tę ksye, ale nie pamiętałem, skąd...
Po godzinie Kalom, Namib i Tyon wrócili. Opowiedzieli, jak się spotkali z szefem Obozu Buntowników, tak bowiem nazywał się ten obóz, opowiedizał im, jak podstępem zamierzają pozabijać wszystkich członków Starego Obozu (dobrze, że Kalom i Namib zdjęli zbroje, Tyon nie miał zbroi, tak jak ja, bo nie byliśmy człnkami Starego Obozu), jednego po drugim, po kolei, poczynając od cieni, poprzez Strażników i kopaczy, kończąc na magnatach, Magom Ognia chcieli odpuścić, bo nie przepadali za Gomezem, tak samo, jak Magowie Wody nie lubili tego Gomeza... Ten szef Obozu Buntowników mówił także, że znaleźli kopalnię na achodzie. Tam zgromadizło sie część ludzi. Kalom opisał nam drogę do tej kopalni, to było bliziutko miejsca, które odwiedizliśmy na początku szukając obozu... Zapomnieliśmy zobacyć, co jest w pobliżu jeziora, naprzeciw ogromnej jaskini...
Przenocowaliśmy nad brzegiem morza. Udaliśmy się na zachód, rzeczywiście była tam kopalnia... Zajrzeli tam Kalom, Namib i Tyon. Dowiedzieli się, że buntownicy w razie czego mogą się schować w jaskini w Kanionie Trolli, tak się nazywało to miejsce niedaleko miejsca wymiany, skąd razem z Tyonem, Bullitem, Diego i strażnikami szedłem do Starego Obozu. Angar, Lee, Gorn, Kalom i Namib nalegali, żeby zabić tych ludzi z kopalni... tajemnicza sprawa... Cronosowi i Miltenowi było to obojętne, ja i Tyon zdrętwieliśmy jak ogłupiali... Reszta wyjaśniła nam, że przecież wszyscy z nas chcą wolności, więc to może się potem przydać, jesłi nei będize wiedizał o tej kopalni Gomez. W końcu zgodziliśmy się na atak. Lee wyjaśnił swój plan: Milten i Cronos dadzą mnie, Namibowi, Tyonowi i Kalomowi zwoje z zaklęciami ognistymi, wietrznymi i lodowymi. Nasza czwórka plus Milten i Cronos najpierw mieliśmy raz miotnąć ognistym zaklęciem, następnie lodowym, a potem wietrznym. Jeszcze potem Cronos i Milten mieli użyć runy z zaklęciem "Piorun kulisty". Następnie Cavalorn (ha!), Lee i Lares raz mieli strzelić z łuku. Gorn i Angar mieli nas osłaniać. Potem jeszcze dwa razy taka akcja i w końcu mieliśmy zrobić wszystko w innej kolejności. Kiedy buntownicy zbliżaliby się już niedaleko, to Lee miał wyciągnąć swój topór i biec do Gorna i Angara. Następnie Tyon miał wyciągnąć broń i iść do Gorna, Angara i Lee, potem Namib, wtedy Cronos i Milten mieli wleźć na drzewo, kiedy Kalom by się pobiegł do wojowników, to mieli się ograniczyć do zaklęć "sopel lodu" i "ognista strzała". Pod koniec ja miałem stać przy wojownikach.
Tak też się stało. Potem, już gdy dobiegli do nas buntownicy (głupstwo, posłali wszystkich buntowników z kopalni zamiast zostawić część jednostek w kopalni i przy koaplni, za jakimiś kamieniami!), razem walczyli Namib, Tyon i Kalom, gdzie indziej ja i Angar, a w jeszcze innym miejscu Lares z Cavalornem, blisko walczyli ramię w ramię Lee i Gorn.
Ja odniosłem 3 lekkie rany, Angar 2, Lee i Gorn też po 3, Namib, Tyon i Kalom nie odnieśli żadnycyh rang dzięki walce, w której trzymali się blisko siębie, a Milten tak samo, Cronos miał jedną średnią ranę. Cronos wszystkich uleczył magią, także siebie. Odpoczęliśmy trochę.
Nagle zaczęli się zbliżać do nas inni buntownicy, ze strony przeciwnej od kopalni.
- A niech to, konwój z dostawą! - krzyknął Angar.
- DO ATAKU!!! - okrzyknął Lee.
Biegliśmy na siebie (nasza grupa i buntownicy), gdy w tyle buntowników pojawił sę Lester. Rzucił dwie "małe pięści wichru" i "sen" na buntowników. 4 buntowników ruszyło na Lestera. Cronos rzucił nanapierającycg na nas "lodową falę", Gorn bez zastanowienia zdjął łuk Laresa z ramienia Laresa i dwie strzały z kołczanu (Lares krzyknął "hej!", ale nic to nie dało) i zastrzelił jednego z napierających na Lestera pierwszym stzrałem, drugim spudłował. Oddał łuk Laresowi, wyciągnął topór i rzucił się w wir walki. Lester rzucił "sen" na kolejnego napierającgo na niego, następniewyciągnął sztylet i nim rzucił. Troszkę skaleczył jednego z przeciwnika. Wyciągnął swoją broń i zmylając buntownika zabił go. Lester jednak zaczął mieć kłopoty z czwartym buntownikiem. Zdjąłem łuk, wyciągnąłem strzałę i skaleczyłem stzrałem tamtego wroga. Wtedy Lester go szybko dobił i zaatakował naszych przeciwników od tyłu. Rzuciłem "małą pięść wichru" na napierających na nas. Cronos i Milten w walce coś mruczeli do siebie, potem Cronos zrbił coś dziwnego: Cronos rzucił "małą pięść wichru" z małą mocą na Miltena, a ten przeleciał nad buntownikami i spadł koło Lestera (dobrze, że nisko leciał, nic mu się nie stało). Pomógł Lesterowi "kulami ognia". Cronos rzucił kolejną "lodową falę" na wrogów i w ten sposób została tylko garstka buntowników, było już ich tylko o 5 więcej niż nas (dobrze, że ci, którzy się zbuntowali przeciw Gomezowi, byli niedoświadczonymi wojownikami, stzrelców i czarodziei tam nie było). W końcu ich pokonaliiśmy. Cronos wypił miksturę many i nas uleczył magią. Sam nie odniósł ran. Zagadnąłem do Lestera tak, aby wszyscy usłyszeli:
- Co ty tu robisz?!
- Skończyłem wykonywać zadanie dla Magów i postanowiłem wam pomóc.
- Skąd wiedziałeś, gdzie jesteśmy?!
- Popytąłem po obozie, czy nie udzielili wam jakichś informacji na temat wykonania testu zaufania Y`beriona. Dowiediząłem się, w jakich miejscach może być obóz. A ja już wiedziałem o tej kopalni, kiedyś ją tutaj odkryłem, ale nie mówiłem o tym nikomu, bo ja przecież chcę wolności, a tutaj jest dobre miejsce na obóz. Domyśłiłem się, że obóz jest tu, więc przybiegłem. Widzę, że w samą porę.
- Tutaj nie było obozu. Tylko część buntowników się tu zgromadziła.
- Uratowałeś nam życie, Lester - powiedział Lee.
- Wy mi też.
- Gdyby nie ty, pozabijaliby nas. Zdezorientowałeś ich, Lester. - na to Lee
- Pochlebiasz mi...
- Chodźmy teraz może do Starego Obozu, co? - powiedziałem.
- Jak odpoczniemy. - na to Angar
- Dobra.
Potem poszliśmy wszyscy do Diego. Powiedzieliśmy mu, gdzie leży Obóz Buntwników Powiedział mi, że mogę iść do Gomeza. Powiedział Thorusowi, że zdobyłem zaufanie wszystkich wpływowych ludzi i przeszedłem test zaufania. Brama do bycia cieniem stoi przede mną otworem.

Rozdział czwarty - Gomez

Udałem się do Gomeza. Strażnicy mnie wpuścili do ich kwatery, ale magnat Kruk mnie zatrzymał. Kazał poczekać, bo tam ktoś inny stara się o bycie cieniem, a ja nie mogę wykorzystać tej osoby argumentów. Po dziesięciu minutach wyszedł Bullit, ten skazaniec, którego razem ze mną i Tyonem wieźli do kolonii. Zagadnął do Kruka, pytając, jak może zostać strażnikiem. Kruk coś zamamrotał, Bullit na to "(nie dosłyszałem początku) ...bię to!" i wybiegł. Pewnie mówił, "Dobrze, zrobię to" albo "W porządku, zrobię to". Kruk mnie wpuścił do Gomeza.
- Witaj wielki magnacie - zagadnąłem.
- Jak śmiesz ot tak sobie przychodzić tutaj?! Precz stąd! Straż!
- CHCĘ TYLKO ZOSTAĆ CIENIEM! - krzyknąłem szybko.
- W porządku - złagodniał Gomez. - Arto, Blizna, Kruk, zostawcie go, Bartholo, ty nie jesteś moim, osobistym strażnikiem, następnym razem tego nie rób - dodał, a Bartholo z oburzoną miną schował broń. - Co masz mi do powiedzenia? - zwrócił się do mnie, po czym usiadł z powrotem na swoim tronie.
- Jestem godny zaufania, co potwierdzi Diego.
- To wszystko?
- Ależ oczywiście, że nie. Rączka twierdzi, że jestem dobrym złodziejem, powiedizał, że jestem zwinny w akrobatyce i że potrafię polować, bo umiem się świetnie skradać.
- I?
- Jestem nawet dobry walce, co potwierdzi Thorus i Scatty... i gladiatorzy... Potrafię rozwiązywać różne sprawy, co potwierdzi Zły, Nek, Fletcher, Thorus i Diego.
- I?
- Potrafię oswoić trochę stworzeń, takie jak cieniostwory, - te włąściwie oswoiłem i oddałem dla Starego Obozu na polecenia Thorusa - wilki, ścierwojady i kretoszczury.
- Coś jeszcze?
- Będę przydatny dla obozu, potwierdzi to Melvin i Graham.
- I?
- Przemierzyłem połowę kolonii.
- I?
- Potrafię dobrze czarować, co potwierdzi Milten i Cronos.
- Nie cierpię magii! ALe to nie oznacza, że nie przydasz się dzięki temu obozowi... coś jeszcze?
- Nie, to już wszytko.
- No no! Niesamowite! Przyjmuję cię! A za ten Obóz Buntowników to daję ci ciężką zbroję cienia, zamiast zwykłej! Idź do Diego po tę zbroję.
- Oczywiście. A jeszcze coś - chciałbym awansować. Jak najszybciej, to jest moja prośba.
- Zasłużyłeś się porządnie obozowi... Masz prawo rozkazywać cieniom w zwykłych strojach cieni. Oni są niezbyt zasłużeni, więc mają wykonywać twoje polecenia. A jeśli chcesz piąć się wyżej, to posłuchaj: Zniszczyliśmy barykady Obozu Buntowników i zabiliśmy tych zdrajców, ale nie wszystkich, część uciekła. Wytrop ich... albo zabij i przynieś dowód, że zabiłeś ich wszystkich... najlepiej ich wytrop i mi o tym powiedz.
- Zrobię to.
- I jeszcze coś: Bullit marzy, by zostać strażnikiem. Jeśli ci pomoże, to będziesz musiał zrobić dla obozu coś jeszcze, by awansować.
- Co konkretnie?
- Schwytaj, wytorturuj i wyciągnij wszystkie informacje o Obozie Buntowników od szefa buntowników.
- Dobrze.
- Jakby co, to możesz już zawsze wchodzić do wewnętrznego pierścienia. I do mojej kwatery. Nie wchodź jednak do kwatery magów. Możesz z nimi jedynie porozmawiać, jeśli nie są wewnątrz ich kwatery. To wszytko, możesz iść.

I tak oto zostałem cieniem. Teraz będę piąć się w górę, do pozycji Maga Ognia lub Maga Wody. Nie wiem z resztą, później się zastanowię... Na razie zadanie...

Rozdział piąty - Niespodzianka na brzegu morza

Zebrałem naszą drużynę: Angara, Tyona, Kaloma, Gorna, Lee, Miltena, Cronosa, Laresa, Namiba i Cavalorna (ha!). Dołączyli do nas Diego i Lester. Przybiegł też Hanis - ten gladiator, który był słabszy od Kharima i silniejszy od Kirgo, tak, teraz pamiętam jego imię. Stwierdziliśmy, że najmniej spodziewanym miejscem pobytu zbiegłych zdrajców jest miejsce, w którym byli wcześniej... niespodziewane, ale prawdopodobne. Postanowiliśmy wysłać zwiadowców. Wysłaliśmy Laresa i Diego do miejsca z tamtą kopalnią i do tamtej wielkiej jaskini w jej pobliżu. Wrócili następnego dnia. Donieśli nam, że zbierają się znów w tamtej kopalni. Udaliśmy się więc tam. Diego nas zrozumiał, dlaczego nie mówiliśmy o tej kopalni Gomezowi.
Na końcówce drogi, kiedy było już ciemno, usłyszeliśmy za sobą szmer. Był to jaszczur... Ale... on PŁONˇŁ... no, może nie płonął, ale miał na grzbiecie takie coś, co przypominało ogień. To coś zionęło ogniem w Miltena. Ten rzucił kulę ognia. Ogień jaszczura i kula ognia Miltena zderzył się ze sobą, tworząc wybuch. Hanisa odrzuciło bardzo mocno. Prawie wpadł do rzeki z wodospadem. Jaszczur tam zionął i... dosięgnął go! Jednak ten odskoczył do tyłu, jednak nie zobaczył, dokąd... Spadł to tej małej rzeki, woda go zniosła w stronę wodospadu, Hanis spadł...
- Przeklęty ognisty jaszczur! - krzyknął Cronos. - A masz! - dodał, również krzycząc, rzucając na jaszczura bryłę lodu... jednak ten zablokował zaklęcie zionięciem...
- GIŃ - krzyknął Cavalorn (ha!) i wystrzelił z łuku.
Bestia jednak POŻARŁA tę strzałę... Wtedy wkroczyłem do akcji - rzuciłem małą pięść wichru, którą wcześniej dostałem od Cronosa. Jednak zaklęcie tylko odepchnęło bestię o kilka metrów... Cronos rzucił sopel lodu, a Milten w tym samym czasie rzucił lodową strzałę, którą wcześniej dał mu Cronos. Zaklęcia zderzyły się tuż obok jaszczura, tworząc mniejszy lodowy wybuch. Bestia zdechła.
- A niech to! W życiu nie widziałem takiego ognistego jaszczura... tak wytrzymałego, z tak silnym i z dalekim zasięgiem zionięciem ogniem...
- Nie podoba mi się to - rzekł Lester. - To coś musi być wzmocnione magią...
- Nie coś, tlyko ognisty jaszczur. Normalka... - rzekł Lares, ale kiedy zobaczył twarze reszty, oprócz mojej i Tyona, dodał - Chodzi o to, że ognisty jaszczur to normalka, a nie że TAKI ognisty jaszczur.
- Wiem, gdzie one występują! Nad tamtym brzegiem, gdzie byliśmy, kiedy szukaliśmy Obozu Buntowników...
- Pójdźmy może tam, kiedy rozprawimy się z tymi zdradzieckimi psami z tej kopalni...
Wszyscy się zgodzili. W końcu uratowanie kolonii od neibezpiecznych bestii nei tylko awansowałoby mnie, ale też dałobyy mi specjalne zasługi... i awansowało kilku gości z reszty.
Koło kopalni ujrzeliśym małą garstkę buntowników. Przygotowaliśmyy zaklęcia i strzały i napadliśmy na zdrajców. Zginęło 8 buntowników. Zostało ich 16. Milten i Cronos używali run, więc szybciej rzucali nowe zaklęcia. Spowodowali mały lodowy wybuch tak jak wtedy, kiedy walczyliśmy z tamtym ognistym jaszczurem. Zginęło 14. JA, Kalom, Tyon i Lester rzuciliśm ogniste strzały w jedno miejsce, żeby spowodować wybuch i uśmiercić więcej psów (zdrajców) (ja poddałem ten pomysł z tym ognistym wybuchem). Zginęło 6. Cavalorn (ha!) strzelił przez przypadek z łuku w strzałę wystrzeloną przez Laresa. Diego spudłował. Lee, Angar i Gorn biegli w ciasnej grupie. Uśmiercili 2 zdrajców. Angar otrzymał nawet potężną ranę. Cronos go uleczył, ale w tewn sposób odsłonił się innemu zdrajcy. Milten go uratował, ale sam otrzymał ranę od innego. Ja też zostałem zraniony. Lester zabił tego, kto mi zrobił ranę. Lee zabił tego, kto zranił Angara. Cronos chciał uratować Miltena, ale się pomylił i rzucił pięść wichru zamiast małą pięść wichru, zniosło Miltena i zdrajcę w jedno miejsce. Jednak buntownik stracił miecz jednoręczny. Wyciągnął sztylet, już atakował go nim osłabionego mocno Miltena i... w jego głupim łbie pojawiła się strzała... To ja szybko wyciągnąłem strzałę i ściągnąłem łuk i strzeliłem do zdrajcy. Cronos nas ulecyzł. Ruszyliśmy do kopalni w celu odnalezienia kilku buntowników, na wypadek, gdyby część tam była. Znaleźliśmy 7 stojących obok siebie. Stali do nas tyłem. Nie usłyszeli naszych kroków, bo się cicho skradaliśmy. Cronos rzucił sopel lodu, w tym samym czasie Milten i Tyon rzucili (specjalnie w tym samym momencie, co Cronos rzucił sopel lodu) lodowe strzały. Lodowy wybuch. 4 wrogów zginęło. Wtedy Namib, Lester i Kalom rzucili ogniste strzały, ognisty wybuch. Wrogowie zginęli. Byliśmy już senni i zmęczeni, ale poszliśmy dalej. Nikogo nie znaleźliśmy. Przenocowalśmy w kopalni. Następnegop dnia udaliśmy się nad brzeg morza koło bagna. A tam...
Większa garść buntowników walczyła ze szkieletami i zamaskowanym nekromantą. Szkeilety były wspierane przez te wzmocnione ogniste jaszczury. Jednak po stronie zdrajców były zwykłę ogniste jaszczury. Bardzo to było dziwne... Kiedy ginał buntownik, nekromanta zamieniał go w szkieleta, a kiedy zwykły ognisty jaszczur był poraniony, wzmacniał go i opętywał, chyba na zawsze. W końcu mała grupa zdrajców (razem z ich początkowym przywódcą) uciekła. Słychać było szefa zdrajców, który krzyczał: "Nas jest za mało, będziemy od tej pory ban..." i nie słychać było końcówki, bo nekromanta wzniósł okrzyk tiumfu. Wtedy zobaczył nas... popatrzył na Cronosa. Widocznie poznał go, tylko kogo w nim poznał? Zaatakował go. Lester uratował Cronosa. Nekromanta jakąś strzałą, tylko że czarną (rzucił jakieś zaklęcie) wytrzeliwując ją w powietrze, kazał chyba szkieletom biec do niego, bo te zbliżały się do niego. Jaszczury nas zaatakowały. Ja, Tyon, Namib, Kalom, Lester, Cronos i Milten wystrzeliliśmy ogniste zaklęcia naprzeciw pociskom jaszczurów (nie wszystkich, zwykłe ogniste atkowały te wzmocnione), po czym cała nasza drużyna zaczęła uciekać. Nastąpił wybuch, który zabił prawie wszystkie jaszczury. Nas poparzył i spalił nasze ubrania, i pancerze (które szybko wyrzuiliśmy,każdy z tych, który mał jakiś pancerz, miał pancerz ze skóry), bo biegliśmy w strachu bardzo szybko. Nie zabił nas. Cronos nie mógł nas uleczyć. Wzmocnione jaszczury (zwykłe zginęły) skierowały ognie na mnie. Uciekałem w bok, ale te wciąż ziały ogniem. Już ognie były bardzo blisko, gdy...
Naskoczył na mnie Hanis, ratując mnie przed ogniem. Wtedy pojawił się nekromanta, który krzyknał:
- Głupie istoty, kazałem wam go nie zabijać!
Zabił jakimś zaklęciem prawie wszystkie jaszczury, 3 z nich nie były wzmocnione i stały się znów zwykłymi ognistymi jaszczurami. Nekromanta teleportował się. Znikł. Trzy zwykłe ogniste jaszczury uciekły na widok naszej przewagi liczebnej (nie wiedizły, co to to czerwone na naszych ciałach, a były to mocne poparzenia).
- Hanis, myśleliśmy, że nie żyjesz! - krzyknąłęm. - Skąd wiedizałeś, gdzie jesteśmy?!
- Coś mi kazało przybiec tutaj i naskoczyć na... na ciebie... nie wiem, co to miało znaczyć.
- Jak przeżyłeś? - zapytał Lee.
- Kiedy spadłem, zauważyłem taką jaskińkę ukrytą wodospadem. Znalazłem tam miksturę leczniczą. Wypiłem i moje rany znikły bez śladu. Wtedy to "coś" mnie tknęło, aby w tym miejscu naskoczyć na Y`beriona...
- Problem z buntownikami rozwiązany. I lepiej nie mówmy o tymwszystkim Gomezowi, powiemy tlyko, że tu znaleźliśmy zdrajców. - rzekł Angar. - Jest zbyt dociekliwy, a te wydarzenia niech pozostaną między nami...
Kiedy przyszedłem do Gomeza, ten mnie awansował (dał mi możliwość wyboru między zostaniem Magiem Wody, Magiem Ognai, a strażnikiem). Poszedłęm do swojej chaty z Tyonem (kilku kopaczy wybudowało dla mnie i Tyona chatę za to, że pomogłem Nekowi z tamtym pierścieniem, który zaczynał podejrzewać ich) i przespaliśmy się. Następnego ranka zastanawiałem się, czy zostać Magiem Ognia, czy Wody. Po kilku dniach rozmyślań przybył do mnie Tyon w stroju cienia. Powiedział, że zyskał zaufanie wszystkich wpływowych ludzi w obozie.

Rozdział 6 - Problem.

Postanowiłem przyłączyć się do Magów Ognia. Nie odwrócę się od Innosa, przecież go do tej pory wyznawałem... Udałem się więc do Magów Ognia. Zatrzymał mnie Milten. Rzekł do mnie:
- Więc wybierasz ścieżkę magii? A może masz jakąś inną sprawę do mnie lub innych magów?
- Wybrałem ścieżkę magii.
- A czyim chcesz być sługą?
- Innosa!
- Cieszę się! Idź do Coristo. W sprawie przyłączenia się do magów masz prawo tu wejść. Powodzenia!
- Dzięki!
Udałem się dalej. Zobaczyłem dwóch starców, jednak w różnych szatach. Podszedłem do tego w czerwonej i zapytałem:
- Gdzie mogę znaleźć waszego Mistrza?
- Innosa? Po śmierci!
- Eee...
- To ja jestem Corristo! Nie wdisz, w jakiej jestem szacie?!
- Ja nie wiem jescze, jak różne macie szaty... Ale do rzeczy. Chcę
zostać kapłanem Innosa.
- Chodź za mną.
Tamten w niebieskiej szacie wzdychnął. Poszedłem za Corristo. Zatrzymaliśmy się przy wyjściu. Zapytał:
- Który bóg jest największy?
- Innos.
- Co jest najważniejsze?
- Bogobojność.
- Czy to prawda, że jesteś w łaskach tego PRZESTĘPCY, Gomeza?
- Prawda Mistrzu, ale...
- Czy to prawda, że jeszcze nie jesteś dobry w magii?
- Nie, nie prawda, ja się nie wywyższam, uczyłem się po prostu od...
- Jeszcze jeden etap, a będziesz mógł zostać Magiem Ognia. Przysięga. A nawet nie wiedizałeś, o co mi chodzi w niektórych pytaniach, jednak powiedziałeś prawdę... W trzecim i czwartym pytaniu. Chodź za mną.
- Chwila... najpierw muszę na chwilę wyjść... po tej sprawie od razu złożę przysięgę... Chwila.
Wyszedłem. Postanowiłem, że jeśli mam złożyć przysięgę wierności Innosowi, bogowi ognia, światła i prawdy, to może mieć w ręce jego symbol... kupiłem pochodnię od Fiska, zapaliłem ją, udałem się do kwatery Magów Ognia, wyjaśniłem Corristo, czemu wyszedłem i przystąpiłem do przysięgi. A po złożeniu przysięgi:
- Cieszę się, że przystąpiłeś do naszej grupy - powiedział Corristo. - Kiedy tylko nauczysz się zasad pierwszego kręgu magii, otrzymasz od każdego prezenty - runy magiczne. Bo ci się nie przydadzą teraz, kiedy nie znasz pierwszego kręgu magii. Ale na razie masz tu szatę ognia.
- Chcę poznać tajemnice pierwszego kręgu magii.
Po wyjaśnieniu tajemnic pierwszego kręgu magii dla mnie przez Corrista, otrzymałem prezenty. Nie było wśród magów Xardasa! Był jakiś inny Mag Ognia, Piroman, powiedział mi, że nazwali go tak magnaci, bo świetnie posługuje się kulą ognia. Otrzymałem: runę z zaklęciem "kula ognia", pierścień dodający trochę magicznej energi, pierścień chroniący przed ogniem, pierścień chroniący przed magią (tylko częściowo ochraniały te pierścienie ochronne), runę teleportacyjną do kwatery Magów Ognia, lepszy miecz jednoręczny (na wypadek, gdybym nie mógł użyć czarów), runa z zaklęciem "ognista stzrała" i runę z zaklęciem "śmierć ożywieńcom".
Następnego dnia Corristo wyjaśnił mi tajemnice drugiego kręgu magii. Potem Kalom do mnie przybiegł i powiedział mi o tym, że za chwilę ma być wymiana z zewnętrznym światem. Jeszcze nie widziałem takiej wymiany wtedy, kiedy nie byłem "towarem"... Wyruszyłem więc. Prawie na końcu drogi spotkałem Bullita. Stał. Z wyciągniętym mieczem. w zbroi strażnika. Ryknął:
- Nie chciałeś mi pomóc w zostaniu strażnikiem! Ty bezużyteczny śmieciu! Zapłacisz mi za to!
Ruszył na mnie. Wyciągnąłem runę z "ognistą strzałą". Wystrzeliłem. Stzrała go nie zabiła, ale "trochę" uszkodziła zbroję i odrzuciła go do tyłu. Krzyknąłem:
- Nie zadzieraj ze mną nigdy więcej, głupcze! Idź stąd!
Bullit odszedł. Postałem trochę. Zapomniałem, że mam iść na miejsca wymiany. Kiedy sobie przypomniałem i dotarłem tam, widizałem, jak Bullit mówił "brutalnym głosem" do jednego z czterech więźniów "witamy w kolonii!", po cyzm uderzył do w twarz. Więzień wpadł do wody. Bullit powiedział do jednego ze strażników "uwielbiam ten chrzest wody!", po czym zabrał się za drugiego. Wystrzeliłem ze swojej runy jak najsłabszą ognistą strzałę. Bullit przeleciał nad więźniem. Minął mnie Diego i ryknął do strażników "Zostawcie ich! Wynocha!". Strażnicy zaśmieli się szyderczo. Rzuciłem jak najsłabszą kulę ognia na jednego z nich. Nieźle został zraniony. Strażnicy, poza Bullitem i tamtym poranionym, powyciągali kusze. Kolejna moja kula ognia. Jednak nie celowałem w strażnika, lecz w miejsce tuż koło niego. Mocna to była kula ognia. Odrzuciło strażnika do tyłu, grzmotnął plecami o skalną "ścianę" góry. Diego wystrzelił z łuku i przeszył rękę innego strażnika (po czym nie miał siły do walki). Wtedy więźniowie ruszyli na pozostałych trzech strażników. Zniszczyłem jedną kuszę kulą ognia. Jeden z więźniów zaatakował tego ze zniszcozną kuszą. Dwóch innych wytrąciło kuszę innemu. Tamten wyciągnął miecz. Pierwszy więzień wyciągnął miecz z pohwy swojego przeciwnika. Diego przeszył bark ostatniego. Bullit, który już zdążył wcześniej wstać, który zdążył onieprzytomnić czwartego więźnia, napadł na pierwszego więźnia. Strażnik, z którym tamten więzie ń walczył, zabrał mu miecz. Strzeliłem w niego kulą ognia. Zginął. Strażnicy uciekli. Zagadnął do mnie i do Diego pierwszy więzień:
- Uratowaliście nas. Dziękujemy. Ja nazywam się Drak, ci dwaj, co wytrącili kuszę jednemu z tych gości, to Cadar i Orun, ten czwarty to Lukor. Dlczego go zabiłeś?
- Jestem Y`berion, a to jest Diego. Nie chciałem go zabić, ale on chciał ciebie zabić, wystrzeliłem kulę ognia, a on zginął...
- Będziemy mieli kłopot z Gomezem... - powiedział Diego.
- Zabierz Draka, Cadara, Oruna i Lukora do Starego Obozu, powiedz, że chciałeś tylko obronić więźniów i nie zamierzałeś żadnego z nich zabić i że to ja zabiłem tamtego strażnika. Ja się teleportuję do kwatery Magów Ognia i Magów Wody. Może Corristo coś wymyśli...
- Ale jak nie wymyśli, przekaż to mi przez Miltena. Zbiorę drużynę i pomożemy ci w ucieczce stąd, cozywiście potajemnie.
- Dzięki.
- Nie ma za co.
Wyciągnąłem runę teleportacyjną i użyłem jej. Zacząłem się unosić do góry, kiedy byłem pół metra nad ziemią, pojawiłem się w kwaterze magów pół metra nad podłogą. Spadłem na nogi. Opowiedziałem Corristo, co się stało. Rzekł:
- Będziesz potrzebował przyjaciół, którzy cię obronią przed brudnym obliczem Gomeza.
- Mam takich.
- To dobrze. Wyślę Miltena, aby ich pozbierał, ty mu powiedz, kogo ma zebrać.
- Powiem, żeby poszedł do cienia Diego. On już sam zbierze drużynę. Może nawet dzięki Cronosowi będą w niej Magowie Wody?
- Więc idź.
- Ale trzeba poczekać, aż Diego wróci.
- NIE! Niech Milten czega przed obozem na Diego, żeby nie wyglądało podejrzanie, że Diego zamierza usiąść, zaczepia go Milten, a potem się rozchodzą, tlyko że Diego idzie gdize indziej, niż chciał.
- Dziękuję, Mistrzu.
Wysłąliśmy Miltena. Od razu wziął ze sobą Cronosa. Po 20 minutach byli już przy kwaterze. Milten mi powiedział, że Diego poszedł najpierw do Gomeza, a po 10 minutach zaczął zbierać drużynę. Po jakimś czasie stanęliśmy wszyscy przed obliczem Gomeza: ja, nasza drużyna, która brała udział w wyprawie zwiadowczej, która miała odkryć nowe miejsce nowego pobytu buntowników, czterech najnowszych skazańców i Magowie Ognia. Magów Wody nie dało się przekonać.
- Więc przyznajesz się, że zabiłeś mojego człowieka?! - zapytał groźnym, złowieszczym głosem Gomez.
- On musiał! Ale to nie było specjalnie! - ryknął Drak.
- To jeden z naszych najzdolniejszych Magów Ognia...
- A MAGOWIE OGNIA TO NASI BRACIA! - krzyknął ktoś z tyłu.
Do kwatery magnatów wkroczyło pięciu Magów Wody (Cronos już z nami był). Ten krzyk wydał Saturas.
- A pamiętaj, Gomezie, jak Magowie Ognia są potrzebni obozowi! - powiedział Torrez, Mag Ognia.
- On nie chciał nikogo zabijać! - powiedział głośno Diego.
- Właśnie! - na to Lukor.
- A jeśli Magowie Ognia zostaną WYRZUCENI ze Starego Obozu, to my odejdziemy. Także jeśli Magowie Ognia opuszczą ten obóz z powodu twoich rządów, to my także! - ryknął Nefarius, Mag Wody.
Rozległ się wrzask, każdy każdego przekrzykiwał, w końcu Bartholo zagrał bardzo głośno na swojej lutni. Powiedział:
- Koniec hałasu, Gomezie, możesz swobodnie mówić.
- Więc tak - zaczął Gomez. - Y`berion za karę wybierze się z Grogiem, jednym z magnatów, na polowanie na orków, akurat Grog planował polowanie. To niebezpieczna wędrówka... ale nie dla Groga - dodał, po czy uśmiechnął się szyderczo.
Wtem Piroman dostał szału. Zaczął rozwalać komnatę Gomeza. Gomez go złapał i wydyszał:
- Ty również pójdziesz na tę wędrówkę!

Rozdział siódmy - Klątwa kamienia.

Wyruszyliśmy na wędrówkę: ja, Piroman i Grog. Zapytałem Piromana:
- Piromanie, dlaczego tam, w komnacie, zacząłeś walić kulami ognia i strzałami ognia gdzie popadnie?
- Zdarzało się, że na polowaniu z Grogiem na orków towarzysz Groga ginął. Wiele razy tak było - odszepnął. - Dlatego polowanie z Grogiem stało się karą. Nie mogłem pozwolić, aby kolejna przyzwoita osoba zginęła. Zwłaszcza dobry czarodizje, a zwłaszcza Mag Ognia. I nie mów na mnie Piroman... To Stary Obóz wymyślił tak na mnie dla żartu. Jestem Helios. Wtedy, kiedy otrzymywałeś prezenty, nie zdążyłem ci powiedzieć, jak mam na imię, bo Corristo ciebie zagadnął. Nie możńa przerywać Mistrzowi.
- Dobrze, Heliosie. Dziękuję ci.
- Nie ma za co.
Po jakimś czasie tej wędrówki pojawiła sę grupa orków z orkowymi psami. Zaczęła się walka. Grog od razu ruszył. Ja zHeliosem zaczęliśmy rzucać kule ognia. Po walce Grog miał 2 rany.
- Ruszamy dalej! - krzyknął.
Po kilku takich walkach ujrzeliśmy jakąś kryptę i kamienny krąg.
- NIE WCHOD? TAM! - krzyknął Helios do Groga. - Tam jest klątwa! Zamienisz się w ożywieńca!
- Głupota! - prychnął Grog i zszedł do środka. Słyszałem jakiś świszczący odgłos. Nagle z krypty wyszedł... ożywieniec zpancerzu magnata! To... to był Grog! Zbroja mu się rozwierała, w końcu się rozwaliła na dwie cześci i spadła z Groga. Następnie jego miecz, tak jak zbroja, zaczął rozpadać sie na dwie połowy wzdłuż. Zbroja zamieniła się w proch koloru zbroi magnata. Grog puścił miecz. Miecz też zamienił się w proch, tylko że koloru tego miecza. Wydał się z Groga rozdzierający uszy dźwięk.
- Uciekajmy! - krzyknał Helios. - Nie damy mu rady! Ta klątwa zamienia w bardzo mocnego ożywieńca i zniszczyć go może jedynie zaklęcie "Śmierć ożywieńcom"!
Zaczęliśmy uciekać. Wtem przed nami teleportował się mag-zombi z grupą szkieletów. Zagrodzili nam drogę. Ruszyli na nas. Helios zniszczył maga-zombi kulą ognia. Ja zniszczyłem małą garstkę szkieletów.
- Hej, przecież mamy runy teleportacyjne! - krzyknąłem.
- Szybko! Wiejmy stąd!
Jednak jakaś Grog nas dopadł. Zabił Heliosa. Ja zdążyłem się teleportować do kwatery magów...

- CO?! GROG ZOSTAŁ ZAMIENIONY W OŻYWIEŃCA?! - krzyknął z niedowierzaniem Corristo, gdy mu wszyskto opowiedziałem. - A Helios... zginął... O Innosie... Co my teraz zrobimy?! Co my teraz zrobimy?!
- Nie rozumiem... - odpowiedziałem ze zdziwieniem.
- Beliar atakuje... o Innosie...
- Cóż, to nie Beliar atakował, tylko Grog, więc zagrożenia nie ma... - na to Saturas.
- Racja... Jestem tak oszołomiony śmiercią Heliosa, że... eee... mniej myślę...
- Nie martw się, Mistrzu. Teraz się wyleguje w królestwie Innosa.
- Nie o to mi chodzi... Helios był jedynym magiem znającym czarną magię... oprócz Xardasa, którego już nie ma...
- Co takiego? - zaniepokoiłem się i zacząłem się powoli cofać. - Czarna magia? Czy ty... czy Mistrz jest sługą... Be...
- NIE! Chodzi mi o to, że skoro Helios znał mniej więcej czarną magię, oczywiście jej nie używał, to jako jedyny wiedział, czego się można spodziewać po sługach Beliara... nie jesteśmy już tacy bezpieczni... A tutaj... tutaj wyczuwam Zło... wszędzie je wyczuwam...*
Porozmawialiśmy jeszcze trochę, a potem odszedłem do swojej chatki, wolałem bowiem chatę, niż kwaterę magów, jeśli miałem spać.

*Chodzi tu o Śniącego.


Rozdział 8 - Nowy Obóz.

Rozmyślałem o tej sprawie z Heliosem. Nagle do mnie dotarło - przecież ja MIAŁEM wtedy runę z zaklęciem "Śmierć ożywieńcom"! Poszedęłm do Corrista i powiedziałem mu to. Nie miałem sumienia zataić Mistrzowi swojej winy. On mnie odprawił mówiąc, że każdemu może sie zdarzyć. Miałem wolny czas, więc nauczyłem się kręgów magii do 4. Potem wyszedłem na spacer. Chciałem pogadać z kilkoma ludźmi. Ale nigdzie nie mogłem znaleźć Laresa, Lee i Gorna, ani Klina, ani paru innych cieni i strażników, których polubiłem. Nie było także tych, których NIE lubiłem - Lewusa, Butcha, Balora i Krzykacza. Po dwóch godzinach poszedłem do kwatery Magów myśląc, że może oni coś wiedzą. A tu nagle widok - nie ma Cronosa i Nefariusa przy Miltenie, Torrezie i Rodriquezie! A przecież o tej porze już tu są! "Jakaś misja się szykuje" - pomyślałem. Wszedłęm do kwatery magów - nigdzie nie ma Magów Wody! Zapytałem o to Mistrza Corrista, on odpowiedział, że nie wie. Już jestem przy wyjściu z kwatery - Miltena nie ma! Przed 10 minutami tu był! Poszedłem do Diego - nie ma go! Podszedłem do Thorusa.
- Gdzie jest Diego? - zapytałem.
- Poszedł gdzieś z Miltenem! - burknął Thorus. Nie miał o mnie najlepszej opinii od czasu, gdy zabiłem strażnika i zostałem wysłany na karę.
Usiadłem na ławce przy chacie Diego. "Gdzie oni są? - pomyślałem. - Co się tu dzieje?!". Siedziałęm tak i rozmyślałem przez 15 minut. W końcu ujrzałem Diego, Miltena i Lestera. Podszedłem do nich.
- Co się tu dzieje? - zapytałem.
- Sam zobaczysz. - odrzekł Milten.
Zmienili kierunek chodu. Poszedłem z nimi. Docieraliśmy do miejsca, gdzie leżała ta kopalnia, o której nie wspominaliśmy Gomezowi. Nagle stanąłem jak wryty - tu jest brama! Za bramą stało kilku ludzi w niebieskich zbrojach, dalej ktoś coś siał! Stało tam trzech ludzi w niebieskich zbrojach. Jednym z nich był Lewus. Obok niego stał jakiśs grubas. Za nimi stał budynek i jakaś ściana. Poszliśmy dalej. Druga brama i kolejni ludzie w niebieskich zbrojach! Koło bramy budynek. Dalej most. A raczej tama, to ta ściana, która jest na polu. Na jeziorze kolejny budynek i kilku ludzi! Dalej przejście do kopalni (jakby co, to wtedy szedłęm inną drogą, przecież wtedy nie było tamy) i duuuuuuuuuuuuża jaskinia, ta, którą już odwiedziliśmy. Ale w niej stały teraz chaty! Skręciliśmy w lewo. Zatrzymali nas dwaj ludzie.
- Ty i ty możecie wejść - powiedział jeden z nich wskazując na mnie i Miltena. - Ale ludzie Gomeza, czyli cienie, kopacze i strażnicy, a co dopiero magnaci, nie mają tu wstępu.
- Chrzań się! - warknął Diego. - Hej, Lares!
Przyszedł Lares.
- Co? - zapytał.
- Mam Gomeza między pośladkami. Mam pomysł. Jeśli ktoś będzie chciał dołączyć do obozu, najpopularniejszym testem zaufania będize chyba przyniesienie listy towarów z zamówieniami od Starej Kopalni. Ty mów tym, którzy chcą się do ciebie przyłączyć, że ma udowodnić, że nie lubi Gomeza, niehc inni mówią, że ma ci przynieśc coś ważnego dla Starego Obozu. Jak ktoś przyniesie ci listę z zamówieniami, rozstaw ludzi na drodze ze Starego Obozu do Starej Kopalni, dopisz, co tam by ci się jeszcze przydało, wyślij człeka do tego, który będzie jego opiekunem w Starym Obozie! Jednym z opiekunów jestem ja, ale nie muszę to być ja. Opiekun da listę Thorusowi, Thorus da Krukowi, a Kruk zorganizuje dostawę! A więc jak już będzie dostawa iść, twoi ludzie ja obrabują! - wypowiedział Diego.
- Nie zapomnijcie o mnie! - rzekł Gorn.
Gorn? A on od kiedy za nami?! Pewnie przyszedł cichaczem.
- To dobry pomysł - rzekł Lares. - Gorn będzie dawał dolę za takie coś, co zrobi chętny na szkodnika.
- Gorn, tylko się nikomu nie wygadaj, skąd masz te łupy i tak dalej! - ostrzegł Lee.
Lee?! Kto jeszcze się tu przyczai?!
- A więc ustalone - powiedział Lares. - Roscoe, mój ochroniarz strażnik, będzie mówił, że opiekuni wykonują tylko rozakzy Thorusa. Zresztą to będize prawda o wszystkich opiekunach oprócz ciebie - zaśmiał się Lares.
- Czy mógłbym wiedzieć, co się tu dzieje?! - zapytałem znieckerpliwiony.
- Stworzyliśmy Nowy Obóz, to wszystko - rzekł Cronos.
Mam już dość tego cichego przychodzenia!
- Kiedy zaczeliście budowę?
- Od czasu odkrycia przez was kopalni - rzekł jakiś robotnik, który tu się podkradł. NIECH TO SZLAG! - Nazywam się Homer. Ja głównie budowałem tę tamę.
- Ja rozpocząłem zasiewy ryżu - rzekł grubas z pola. - Odkąd to zacząłem, zwą mnie Ryżowym Księciem.
- Ja dowodzę kopalnią - rzekł pewien człowiek w niebieskiej zbroi.
- Ja jestem szefem karczmy na jeziorze - rzekł inny. - A to Jeremiasz, który produkuje ryżówkę. No wiesz, taki trunek, sami go wymyśliliśmy!
- Ja dowodzę szkodnikami. - rzekł Lares.
- Ja najemnikami, a Saturas Magami Wody, rzecz jasna. - dodał Lee.
- Hej, czego wy się ta za nami skradacie?! - nie wytrzymałem i krzyknąłem.
- Dla zabawy - powiedział Klin, podając mi zwój z zaklęciem "pięść wichru". Przeszukałem kieszenie - brakowało jednego zwoju. Nic innego nie zginęło. - tylko się bawiłem!
Pogawędziliśmy sobie trochę, a wieczorem z Diego, Lesterem i Miltenem wróciłęm do Starego Obozu.
_________________
Piszę poprawnie.

Ciekawy ze mnie człowiek... zawsze, gdy wszystkim komiks się podoba maksymalnie, gdy wystawiają oceny 10/10, ja i tak znajdę dziurę... :D

  

Ostatnio zmieniony przez Cavalorn 17-08-09, 18:54, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Cavalorn 



Wiek: 19
Postów: 95

Wysłany: 17-08-09, 18:52     

Rozdział 9 – Wielka bitwa

Stało się! Gomez dowiedział się o Nowym Obozie! Dowiedział się od cienia Siekacza. Teraz już wiem, skąd znam to imię. Siekacz awansował za to na strażnika. Potem wam opowiem, jak to było z tym Siekaczem, że najpierw był cieniem, potem się zbuntował, a teraz jest strażnikiem... Ale wracajmy do konfliktu.

Gomez wysłał dużą armię swoich ludzi złożonych ze strażników, cieni oraz chętnych kopaczy i nowych. Na jej czele stał Kilij, strażnik patrolujący. Diego przedtem wymknął się z obozu i powiedział o tym Lee. Lee poszedł do Laresa, Gorna wysłał do Saturasa, Torlofa do Ryżowego Księcia, Jarvisa do karczmy, Orika do najemników w jaskini, Corda do Wolnej Kopalni, a Kosę do ludzi poza obozem. Lee kiedyś dostał od Saturasa mnóstwo zwojów z zaklęciem przemiany w krwiopijcę. Dostał od Lee kilka takich Kosa i na zapas Torlof.

Lee do Laresa:
- Wiem, że nie podlegamy sobie wzajemnej władzy, ale jak usłyszysz, co się dzieje, lepiej mnie przez krótki czas słuchaj.
- O co chodzi?
- STARY OBÓZ ATAKUJE!
- Ch****a!
- Widzisz? Słuchaj mnie podczas bitwy.
- Dobra, dobra!
- Zbierz szkodników do środka jaskini, będę stał na tamie.

Gorn do najemników strzegących wejścia do kwatery Magów Wody:
- Wpuśćcie mnie.
- Hasło?
- Lee tak rozkazał!
- Nie ma hasła - nie ma wejścia.
- No to się przekonamy, co na to powie Lee!
- Nic nie powie, może nawet wynagrodzi... Cronos jest nad kopcem rudy.
Gorn ledwo powstrzymał się od uderzenia w głowy tych dwóch. rzeciez byli potrzebni bitwie. Nagle wbiegł do kwatery magów krzycząc do Nefariusa:
- NEFARIUSIE! ZATRZYMAJ TYCH DWÓCH! MAM WAŻNˇ WIADOMOŚĆ DLA SATURASA, NIE MAM CZASU IŚĆ DO CRONOSA!
Nefarius przemienia się w cieniostwora i zagradza drogę najemnikom.
- Mistrzu, Stary Obóz atakuje! Lee prosi, abyś powiedział o tym Magom Wody, niech się zbiorą na środku jaskini, i poleć jako krwiopijca do Magów Ognia i powiedz im, żeby nam potajemnie pomogli, daj im też zwoje z przemianami w krwiopijców, mogą nie mieć - powiedział Gorn do Saturasa.
- Cronos to akurat jest na miejscu, no, nie tak dokładnie na środku jaskini, ale jest. Powiedz Riordianowi i Myxirowi, reszcie sam powiem.
- Dobra.

Jarvis w karczmie:
- WSZYSCY Z KARCZMY NIECH SIĘ ZBIORˇ NA ŚRODKU GŁÓWNEJ JASKINI, ROZKAZ LEE I LARESA! STARY OBÓZ ATAKUJE!

Torlof do Ryżowego Księcia:
- Zbierz wszystich bandziorów i zbieraczy, niech się zbierają na środku jaskini. Rozkaz Laresa.
- O! A dlaczego Lares nie przysłał szkodnika? I dlaczego najemnik słucha poleceń Laresa?
- Robię to na polecenie Lee. Zbieraj swoich ludzi, bo Stary Obóz atakuje! Mam tu kilka zwojów przemiany w krwiopijcę, będziesz mógł powiadomić resztę bandziorów.
- Podlegają mi tylko ci zbieracze i trzech bandziorów, co do reszty, to do Lewusa.
- O co chodzi? - pyta Lewus, który trochę podsłuchiwał.
- Masz tu zwój z zaklęciem przemiany w krwiopijcę. Leć do reszty bandziorów. Stary Obóz atakuje! Niech się zatrzymają przy chacie Aidana po przemarszu członków Starego Obozu, niech zaatakują na dany znak!
- Dobra, lecę.

Orik biegając po głównej jaskini wrzeszczał:
- DO ŚRODKA GŁÓWNEJ JASKINI! DO ŚRODKA GŁÓWNEJ JASKINI! STARY OBÓZ ATAKUJE! DO ŚRODKA GŁÓWNEJ JASKINI! DO ŚRODKA GŁÓWNEJ JASKINI! STARY OBÓZ ATAKUJE!

Cord do Okyla:
- Lee rozkazuje ci zostawić tu straże i iść z resztą ludzi do środka głównej jaskini Nowego Obozu! Stary Obóz atakuje!
- Dobra, idę!

Kosa pobiegł do Jacka i jego dwóch kompanów. Mówi do nich:
- Biegiem do środka głównej jaskini! Rozkaz Laresa! Stary Obóz atakuje!
- O kurde, biegniemy!
Kosa przemienił się w krwiopijcę i poleciał do Ratforda i Draxa, powiedział do nich:
- Bierzcie te zwoje z przemianą w krwiopijców i lećcie do środka głównej jaskini! Rozkaz Laresa! Stary Obóz atakuje!
Kosa do Aidana:
- Biegnij szybko do środka głównej jaskini! Rozkaz Laresa, Stary Obóz atakuje!

Armia była już przy chacie Cavalorna. Nagle zaczął sypać się na nich... ogień! To my, Magowie Ognia, chcieliśmy opóźnić ich dotarcie do Nowego Obozu. Doszedł do nas potajemnie Cavalorn z pochodniami, zapalił je, po cyzm zaczął szyć zapalonymi strzałami. Strażnicy i cienie próbowali oddawać, ale nic z tego nei wychodziło. Jednak udało im się zorganizować i dobrze kontratakowali, więc daliśmy sobie spokój. Cavalorn wrócił potajemnie do chaty, a my jako krwiopijcy lecimy do środka głównej jaskini Nowego Obozu.

Przy pierwszej bramie, na górze, znajdowało się kilku szkodników, zbieraczy, paru kretów i paru najemników. Mają pochodnie. Szyją we wroga zapalonymi strzałami. W końcu obrońcy muszą wiać. Nagle pojawia się duży ptak, który ich zabiera wgłąb Nowego Obozu. To byłem ja po bardzo trudnym zaklęciu.

Po sforsowaniu bramy przeciwnik pobiegł wgłąb obozu.

Zaczął być obsypywani zaklęciami. To my, magowie (Magowie Ognia zamaskowani), miotaliśmy je z tamy. Corristo i Saturas bardzo niechętnie przywoływali szkielety, zombie, demony i golemy. Byli z nami szkodnicy i kilku najemników. Szyli z łuku podpalonymi strzałami. Kilij zginął ze strzały jednego ze szkodników, niezapalonej (dzięki temu został najemnikiem). Kiedy jednak strażnicy i cienie zaczęli szyć zapalonymi bełtami i strzałami - lepiej było zmienić pozycję.

Tymczasem z fortyfikacji przy drugiej bramie strzelali najemnicy i szkodnicy. Jako krwiopijcy polecieliśmy tam. Część przywołanych istot nadal trwała. Golemy wybiły prawie wszystkich żółtociobów. Ja miotałęm ognistymi burzami. W pewnym momencie strażnicy zaczęli miotać tam, skąd przychodziły ogniste burze. Ja jeden w danym momencie ich używałem! Nagle za tyłami wrogów pojawiła się postać. Przywołała parę kamiennych, ognistych i lodowych golemów, a także kilku demonów. Jeszcze 20 szkieletów i postać znikła. Hmm, dziwne. Postać miała zakrytą twarz. Ciężko było dla przeciwnika z przywołanymi przez tajemniczą postać istotami. Było paru z młotami, więc rozwalali kamienne golemy. Ale jak zaradzić na ogniste i lodowe? Kilij nakazał nakierować na lodowe golemy ogniste lub na odwrót, tak, żeby jeden golem dotknął drugiego. W ten sposób zwalczano lodowe golemy. A co z ognistymi? Wrogowie mogli jakoś przekierować nasze lodowe pociski na golemy ogniste, ale źle by było, gdyby złamali szyk. Wtem jeden z cieni przedarł się na tyły, trzymając jakiś zwój w ręce. Stanął przy ognistych golemach. Gdy zaczęli go atakować, cień użył zaklęcia. Okazało się, że jest to lodowa fala. Cień natychmiast użył drugiej. Wyjął trzeci - podarty! Jeden z ognistych golemów zabił cienia od zwojów. Kilij coś tam nakazał i kilkunastu strażników zaczęło uciekać w kierunku pierwszej bramy. Widziałem z daleka, jak strażnicy usiłują różnymi ruchami skierować ogniowe golemy do wody. To mocne uniki, to niby ucieczka. Kiedy ostatni "ognik" "zgasł", z kilkunastu strażników było dziewięciu.

Jednak zanim to sie stało - trzeba było wynieść się z fortyfikacji. Ale nie do końca - przeszliśmy do jej innego punktu. Jednak szybko się i stamtąd wycofaliśmy, żeby wróg nie spalił tego miejsca.

Armia musiała zmienić szyk - tylko cztery osoby mogły zmieścić się w "korytarzu" przed drugą bramą. Magowie Ognia przenieśli się znów na tamę, żeby celować w tych, którzy nie byli w korytarzu. Tymczasem przeciwnik forsował bramę. Magowie Wody czekali na dachu karczmy na jeziorze. Znowu się wynieśliśmy z tamy. Dołączyliśmy do Magów Wody. Najemnicy i szkodnicy, którzy byli z nami na fortyfikacji, czekali na dole karczmy. Powystrzelali oni kopaczy, którzy jakoś wspięli się na fortyfikację. Byli to wszyscy kopacze, jacy uczestniczyli w bitwie.

Wrogowi udało się sforsować drugą bramę. Kiedy jednak trzech (czterech przez bramę się nie zmieściło) "żołnierzy" przeciskało się przez bramę - najemnicy ich wybijali. Stali za bramą. Kiedy jednak wróg powstrzymał najemników blokujących, zza fortyfikacji napłynęło wojsko Nowego Obozu. Najemnicy i szkodnicy z karczmy szyli strzałami, a magowie miotali soplami lodu, strzałami ognia, lodowymi strzałami i ognistymi pociskami (kule ognia i inne mogłyby zaszkodzić ludziom z Nowego Obozu). Z jaskini napłynęli nowi najemnicy. Z oddali strzelali z łuków. Po długim rozprawianiu się z armią zza fortyfikacji, wygranym przez Stary Obóz, wróg rozdzielił się. Większość pobiegła w stronę jaskini, reszta do karczmy. Najemnicy i szkodnicy z karczmy wbiegli na górę. Wyskoczyliśmy do wody, zanurkowaliśmy. Co jakiś czas wynurzaliśmy się, aby złapać oddech lub miotnąć zaklęciem. Na skale w oddali (odbiegam od opowiadania: był na niej topielec spod tamy) Stali szkodnicy. Musieli się trochę przybliżyć. Strzelali potem z łuków. Musieli się jednak zanurzyć w wodzie. Ku naszemu o przestraszeniu, część strażników wyciągnęła broń i zanurkowali. Staczaliśmy bój pod wodą. Ja używałem strzały ognia, jednak mało skutecznej, bo, po pierwsze: pod wodą takie zaklęcie powodowało tylko gorąco w którymś miejscu, po drugie: nie mogłem wypowiadać formuł zaklęcia na głos, a w rzucaniu zaklęć bez słów nie byłem najlepszy. Jednak gorąco przepędziło paru strażników. Wyciągnąłem miecz i zabiłem dwóch uciekających. Bój pod wodą wygraliśmy my. Przeżyli tylko magowie (wszyscy ranni), a także 3 najemników i szkodnik.

Na powierzchni nadal trwał krwawy bój. Cavalorn jako krwiopijca przyleciał i powiedział, że przybywają wrogie posiłki pod dowództwem magnata Baryla. Tymczasem nie było już żadnych cieni i żółtodziobów na terenie Nowego Obozu.

Za plecami wrogów pojawiło się duże stado krwiopijców, które zamieniło się w najemników. Część z nich zamieniła się w cieniostwory. Atakowali strażników od tyłu, jeszcze na polu ryżowym, chociaż ten kawałek terenu to już nie był polem ryżowym. No i w końcu pojawili się nowi strażnicy i cienie. Wtedy właśnie bandziorzy otrzymali polecenia na atak. Jednak bandziorzy przegrali bój. Niedobitki uciekły ciągnąc za sobą ośmiu strażników, czterech wróciło (jeden średnio ranny).

My, magowie, przeteleportowaliśmy się do kwatery Magów Wody i pobiegliśmy w pobliże wyjścia z głównej jaskini, po czym atakowaliśmy zaklęciami z ukrycia walczących wrogów. Na drodze z Wolnej Kopalni pojawiły się oddziały kretów. Zaczęły się wlewać nowe wojska wrogów, te z posiłków. Kreci pobiegli tam, by walczyć. Mało wrogów zdążyło się "przelać" przez bramę, więc tych, którzy właśnie wbiegli, kreci powybijali. Potem blokowali drogę tak, jak wcześniej najemnicy. Zza karczmy wybiegli zbieracze (przez całą bitwę ukrywali się tam, mieli pozostać w ukryciu, tak jak kreci, jednak chcieli walczyć. Dołączyli do kretów. Część jednak pobiegła do wejścia jaskini walczyć ze strażnikami. Zbieracz Horacy mocno walił swoim młotem, jednak nie chciał nikogo zabijać. Kiedyś zabił przez przypadek człowieka, bardzo tego żałował. Poprzysiągł sobie, że więcej już tego nie zrobi. Poprzysiągł też, że będzie bił tylko w samoobronie. Pomyślał, że jeśli Nowy Obóz przegra, będzie po Horacym, więc uznał obronę w bitwie za samoobronę. Horacemu złamał się młot. Horacy nie miał już z broni nic oprócz sierpa, który się nie nadawał, więc przywalił jednemu ze strażników (notabene, bardzo mocno, powinien być najemnikiem, ale wolał spokój. Zabrał miecz, założył rękawice, chwycił za ostrze i walił rękojeścią, aby nikogo nie zabić. Horacy walczył niemal jak Lee, Torlof, Gorn, Kosa i kilku innych najemników. Dotarł do strażnika z wojennym młotem. Po walce chwycił młot i walczył dalej. Jednak znów stracił broń, wyjątkowo silny strażnik zabrał młot i połamał. Horacy mu przywalił w twarz, po czym strażnik zginął z siekiery innego zbieracza. Horacy uciekł.

Lee kazał części najemników przelecenie (jako krwiopijcy) wysoko nad wrogiem i zaatakowaniem posiłki wroga od tyłu. Tak też zrobiono. Mieszkaniec Nowego Obozu, lecz nie jego członek, Baloro, zabił Baryla z łuku. Baloro potem wypełnił pewną misję, po czym został najemnikiem (Baloro na upartego chciał lecieć z najemnikami na tył posiłków wroga.

W całej bitwie ginęli kolejni zbieracze, kreci, szkodnicy, najemnicy, cienie i strażnicy. Po kilkunastu zaklęciach magowie (my) przenieśli się na drogę z Wolnej Kopalni, byliśmy ukryci za ścianą skalną. Stanęliśmy w kolejce, żeby każdy jak najkrócej się wychylał, i coraz kolejny mag wychylał się, atakował zaklęciem i biegł na tył kolejki. Corristo został poważnie zraniony. Saturas wybiegł z kolejki, by go uleczyć. Jednak sam otrzymał nieciekawą ranę. Nefarius go uleczył. Kolejka się złamała. Magowie Wody musieli się leczyć nawzajem. Magowie Ognia musieli wybiec, żeby powstrzymać wroga atakującego z kusz. Było to piekło. Kiedy Cronos się odwrócił, by uleczyć Rodrigeza, dostał bełtem w pośladek. Upadł. Saturas znów go wyleczył. Ciągle któryś mag był raniony i leczony. Dobrze, że nie dostawaliśmy w głowę, tam nie mieliśmy magicznych szat… Nagle znowu pojawiła się tajemnicza, okryta postać, przywołała ogniste golemy i paru szkieletów-magów i pomagała nam przez chwilę w walce tym paskudnym zaklęciem, Tchnieniem Śmierci. Kazała nam piskliwym głosem (dlaczego chciał ukryć swój prawdziwy głos?) schować się za ścianę skalną i dalej robić kolejkę. Postać znikła.

Gorn, Lee, Torlof i Jarvis tworzyli zgrabny kwartet. Dołączył do nich Okyl, tworząc z kwartetu kwintet. Mocno bili swoimi toporami. Przedarli się do bramy. W końcu pierwsza armia wroga całkowicie została zniszczona. Lares poprowadził do boju kolejny oddział szkodników. Wraz z najemnikami wybili oni tę część posiłków, która przedarła się przed wejście do głównej jaskini. Lee nakazał kretom i zbieraczom wycofanie się. Kreci i zbieracze niechętnie to zrobili.

Ognistych golemów już nie było. Przecież blisko było jezioro, więc wróg zrobił to samo, co wcześniej strażnicy z pierwszej armii zrobili przy innym jeziorze. Szkodnicy poprowadzeni przez Laresa dopadli tych, którzy odciągnęli ogniste golemy. Lee kazał przepuścić część cieni i strażników przez drugą bramą. Szkodnicy i najemnicy sprzed wejścia (część, inna część stała już za fortyfikacją, czy jeziorze, by dać w razie czego wsparcie) mieli już przygotowane łuki. Strażnicy i cienie w miejscu swojego pobytu nie mogli ich użyć. Posypały się strzały. Magowie Ognia przelecieli na tyły posiłków, a raczej za (jeśli ktoś jest poza Nowym Obozem, to przed) pierwszą bramą i waliliśmy zaklęciami. Nie mogliśmy użyć ognistych burz, bo byśmy „uszkodzili” najemników i Balora.

.W końcu oddziały najemników za drugą armią przegrały. Oni i Baloro uciekli do chaty Aidana. Część strażników pobiegła za najemnikami i Balorem. Normalnie przy pierwszej bramie zawróciliby do środka Nowego Obozu, ale zobaczyli nas. Zaczęliśmy uciekać – byliśmy zbyt blisko. Przy moście wróg dał sobie spokój z gonitwą. Jednak uciekaliśmy dalej, żeby nie wiedzieli, że się zatrzymaliśmy. Pochowaliśmy się na chwilę, po czym Corristo i Drago wybiegli z przygotowanymi deszczami ognia. Zniszczyli nimi strażników, którzy ich ścigali. Wszyscy Magowie wypili napoje many, po czym ruszyli do Nowego Obozu. Corristo i Drago najpierw użyli na wroga ognistych deszczy, reszta Magów Ognia ognistych burz (tylko Milten użył kuli ognia). To była jatka... Dużo ognia… Wybiło to mnóstwo strażników i trzech cieni. Wróg wiedział, skąd te zaklęcia. Rozpoczął gonitwę. Jeszcze raz użyliśmy tych ognistych zaklęć i rozpoczęliśmy ucieczkę. Wtem napotkaliśmy oddział złożony z najemników i bandziorów – przy chacie Aidana wyruszyli do Nowego Obozu.

Podczas uzupełniania energii magicznej Magów Ognia Magowie Wody miotali piorunami kulistymi. Poza Nowym Obozem stoczyła się zażarta mini-bitwa. Znowu najemnicy i bandziorzy uciekli. Przyłączyliśmy się do walki. Magowie Ognia – elektrycznością, Magowie Ognia – ogniem. Okropna jatka. Ale cóż – trzeba było. Wygraliśmy. Uzupełniliśmy energię magiczną, uzupełniliśmy też siły eliksirami, po czym znów do boju.

Tymczasem Lee i reszcie udało się zniechęcić wroga do oblegania bramy. Strażnicy i cienie, którzy stali w pewnej odległości od bramy, strzelali z kusz i łuków. Jednak najemnicy zmusili ich do odrzucenia łuków i kusz i do wyciągnięcia broni do walki w zwarciu. Szkodnicy zebrali się na tamie i strzelali zapalonymi strzałami. Najemnicy wypędzili wroga z „korytarza”.

Szkodnikom, najemnikom i magom udało się zbić wroga w ścisłą grupę. Wróg rozpoczął ucieczkę. Uciekliśmy, bo by nas stratowano. Kiedy wróg znalazł się poza zasięgiem strzał szkodników, ci natychmiast pobiegli na pole ryżowe. Najemnicy mocno wybijali wroga. Przeżyło 10 strażników. Biegło w stronę Starego Obozu. Z chaty Aidana wypadły strzały. Dwóch strażników martwych. Baloro, bandziorzy i najemnicy zwiali. My byliśmy schowani za ścianą skalną, na ścieżce prowadzącej do Starej Kopalni. Wybiegł Saturas z Nefariusem i Riordianem. Pioruny kuliste. Dwóch strażników martwych, nast. zginął trzeci. Uciekający wróg był ścigany przez czterech najemników. Jeden z najemników zatrzymał się, wyciągnął łuk, strzelił, trafił i zabił. Dwaj strażnicy też się zatrzymali i wystrzelili bełty. Jeden najemnik martwy. Jednak strażnicy znów musieli uciekać. Jednego dosięgnął topór – i strażnik martwy martwy. Strażnicy biegli ścieżką. Najemnicy uciekli do chaty Cavalorna i uderzyli leżącą tam deską w podłogę, by strażnicy myśleli, że Cavalorn został ogłuszony. Wypadły z chaty strzały – żadna nie trafiła. Strażnicy biegną do chaty Cavalorna. Znów strzały – jeden strażnik martwy. Najemnicy wybiegli na spotkanie. Jeden padł. Strażnicy znów zaczęli uciekać. Strażnicy byli już przy północnej bramie – zamknięta! Najemnicy wyciągnęli łuki. Strażnicy chwycili kusze. Wszyscy jednocześnie wystrzelili. Padł jeden najemnik. Pozostały rozpoczął ucieczkę, dwaj strażnicy – gonitwę. Najemnik dotarł do chaty Cavalorna. Cavalorn wystrzelił przez dziurę w ścianie – padł strażnik. Ostatni krzyczał:
- Hej, najemniku! Wybiegnij no tu z tym swoim toporzyskiem i stań do honorowej walki śmiertelnej wręcz!
Cavalorn szepnął najemnikowi, że strażnik na serio wyciągnął miecz. Najemnik ruszył. Miał topór jednoręczny, strażnik miecz jednoręczny – szanse wyrównane. Po dziesięciominutowej dobiegł inny najemnik. Widząc jednak, ze walka jest honorowa, ukrył się w chacie Cavalorna. W końcu ten najemnik walczący ze strażnikiem przegrał. Zginął. Strażnik podniósł ręce i ryknął triumfalnie. Zginął ze strzały Cavalorna dobrze wycelowanej w twarz strażnika.

I tak wygraliśmy bitwę. Dziwi cię pewnie, Czytelniku mojego dziennika, dlaczego my, Magowie Ognia, pomogliśmy Nowemu Obozowi. Już wyjaśniam – Gomez bardzo porywczo zaatakował, bez słowa, więc musieliśmy mu w tym przeszkodzić. Nie było już czasu na pertraktacje Magów Ognia z Gomezem.

Dobre strony bitwy: przetrwanie Nowego Obozu i zniżenie potęgi Starego Obozu do poziomu Obozu Nowego (Gomez nie wysłał wszystkich swoich jednostek do boju, zachował przynajmniej tę ostrożność… pewnie nawet gdyby Gomez wysłał do boju wszystkich, to byśmy i tak pewnie wygrali, Tajemnicza Postać [tak nazwałem tę tajemniczą osobe] by nam pomogła, chociaż nie wiem, dlaczego to robiła).

Wybacz, że nie opiszę Ci teraz tej sprawy z Siekaczem, nie mam więcej czasu, ledwo mi go starczyło na opisanie bitwy, ba, 12 godzin po niej spałem, Corristo i Drago 12,5!

A skąd o CAŁYM tym zajściu wiem? Pytałem ludzi.

Rozdział 10 – Złagodzenie konfliktu.

Udaliśmy się do Gomeza (Magowie Ognia).
- Czego? – zapytał Gomez. Był zdenerwowany po porażce.
- Dlaczego od razu zaatakowałeś Nowy Obóz? – zapytał Corristo.
- Ta kolonia jest MOJA! Wszystko w tej kolonii jest MOJE! Także Wolna… ech… Wolna Kopalnia!
- ?le ci?! Nie wystarcza ci Stara Kopalnia?! Dostajesz mnóstwo rudy! A to, że kopacze będą rozmieszczeni w dwóch kopalniach – nie przyniesie ci więcej rudy, kopaczy będzie tyle samo.
- Ale ta kolonia jest MOJA!
- Co ci przeszkadza to, że Nowoobozowicze tam sobie mieszkają?
- To, że zajmują Moje tereny BEZ pozwolenia!
- Przecież i tak nie jesteś w stanie kontrolować całą kolonią! A przecież Lee nie wykorzystuje rudy, aby sprzedawać ją królowi, więc z TWOIM handlem nic się złego nie stało!
- Wow (nie uau), coś jeszcze?!
- Tak! Powtarzam: dlaczego OD RAZU zaatakowałeś Nowy Obóz?!
- Bo tak! Wynoście się!
No to wyszliśmy, nie było innego wyjścia. Corristo na odchodnym powiedział:
- Radzę nie atakować Nowoobozowicza, kiedy któryś z twoich ludzi go zobaczy, lepiej niech mogą tu wejść! Podejrzewam, że ktoś będzie próbował, nie w wojennych zamiarach!
Teraz do Lee. Komu został zwój teleportacji do kwatery Magów Wody?
- Mi – odpowiedziałem.
- Komuś jeszcze?
Cisza.
- Y’berionie, teleportujesz się ze mną.
Ja i Corristo teleportowaliśmy się do Saturasa.
- My do Lee – powiedział Corristo do zdumionego Arcymaga Wody.
W domu Lee.
- Powinieneś udać się do Starego Obozu i wyjaśnić to i owo z Gomezem.
- CO?! Żeby mnie tam zabito, co?!
- Nie sądzę, żeby cię tam zabito.
- Czyżby?
- Tyle nagadałem Gomezowi, że chyba nie. No, ale nie jestem pewien. Dam ci znać, jeśli Gomez nakaże nie bić Nowoobozowicza przy pierwszym spotkaniu.
Wróciliśmy teleportacją do Starego Obozu.
- Rodrigez, Gomez wydał jakieś rozporządzenie?
- Tak, żeby nie bić członków Nowego Obozu, chyba że w samoobronie. A co?
- Chciałem wiedzieć, czy tak Gomez kazał, nagadałem mu różnych rzeczy, byłeś przy tym, nie pamiętasz?
- A, no tak.
- To ja idę do Nowego Obozu powiedzieć Lee, że droga wolna. Chociaż… czy jesteś pewien, że to rozporządzenie to nie pułapka?
- Jestem pewien.
- Świetnie – uradował się Corristo. – Idę w drogę.
Po jakimś czasie przybył Lee. Przepuszczono go do Gomeza.
- Wiedziałem, że przyjdziesz – powiedział Gomez.
- I? – zapytał Lee, nabierając ostrożności.
- Czegoś chcesz.
- Tak. Chcę rozejmu. Możemy zacząć ze sobą handlować, żeby nie doszło do sporu.
- Czym?
- Damy wam rudę, a wy nam towary.
- Dobra, umowa stoi.

Po jakimś czasie szkodnicy zaczęli rabować konwoje Starego Obozu, co spowodowało zerwanie handlów. Doprowadziło to do kolejnego konfliktu. Jednak przynajmniej już Gomez nie kazał chwytać broni w garść i iść do boju z Nowym Obozem. Więc konflikt został złagodzony.

Rozdział 11 – Wizja.

Wybierałem się właśnie do Magów Ognia, by nauczyć się kolejnego kręgu magii, gdy rozbolała mnie głowa i zemdlałem. A raczej straciłem przytomność i zapadłem się w sen.
- Witaj, Y’berionie – usłyszałem głos.
- Kto to?
- Bóstwo. Wyciągnę was z tego piekła, jeśli będziesz ruszał zgodnie z moimi wskazówkami. I oczywiście będziesz mnie czcił, nie będziesz czcił innych bóstw. Ty i inni.
- Inni?
- Ci, którym też dam wizje i ci, którzy dołączą do obozu, który założysz.
- Jak się nazywasz, panie?
- Orkowie zwą mnie Krushak.
- Krushak, Krushak… Gdzieś to już chyba słyszałem… Tak! To znaczy w języku orków „spać”! Wybacz, panie, ale w języku ludzi dziwnie to brzmi… będziemy cię zwać Śniącym.
- Dobra. Założysz swój obóz na bagnach, tam, gdzie mieścił się obóz buntowników ze Starego Obozu. Aby uniknąć konfliktu, będziecie zbierali tam bagienne ziele i je przetwarzali. Będzie można je potem palić, jak fajki. Będziecie je mogli sprzedawać.
- Co dalej, panie?
- Waszą misją będzie przebudzenie mnie. Ja ciągle śpię. Zsyłam wizje przez sen. Normalnie do nie zsyłam wizji w ten sposób, jak ci to zrobiłem, ale musiałem wykorzystać większą część swojej mocy, musiałem się jak najszybciej sprowadzić. Bracia z Bractwa Śniącego – tak będzie się nazywał twój obóz – będą cię zwali Jaśnie Oświeconym Mistrzem Y’berionem.
- Jak mamy cię przebudzić, panie?
- Wszystko w swoim czasie. Na razie będziesz zbierać nowych członków.
- Co dalej?
- Kasty będą takie: nowicjusz, ich zadaniem będzie na przykład ugniatanie ziela, czy zbieranie ziela.
- Jakie są wyższe kasty?
- Strażnik świątynny. Będzie on pilnował porządku w obozie.
- Dalej?
- Mniejszy Guru. Potem Guru. Wszyscy Guru będą mieć tytuł baal. Strażnicy świątynni – Gor na.
- Co dalej?
- Uczynisz tamten budynek, wokół którego rozbili obóz buntownicy, moją świątynią. Dwie inne bardzo wysokie osoby w obozie będą mieli tytuł Cor.
- Tak?
- Zbierajcie też wydzielinę z pełzaczy z kopalni Gomeza. To będzie nowe zabezpieczenie – kolejny układ. Wy będziecie chronić kopaczy przed pełzaczami, a w zamian będziecie zdobywać z nich trofea.
- Ja je zbierać.
- W swoim kufrze znajdziesz instrukcje. Wykorzystałem na to wielką część swojej mocy, ale tak naprawdę jestem potężny, tylko że śnię.
- Coś jeszcze, panie?
- Mam swoją własną magię. Ty i Cor Kalom…
- COR Kalom?!
- Tak. Będzie twoim zastępcą. Wice zastępcą będzie Angar. Cor Angar. Będzie on też dowodził strażą świątynną. Kalom będzie zajmował się nowymi. Nikt nie może się odezwać do Guru bez pozwolenia, z wyjątkiem Kaloma.
- Jakie będą twoje czary?
- Będą pozwalać na kontrolowanie rzeczy siłą swojej woli.
- Ktoś będzie od razu Guru oprócz Kaloma?
- Trzech więźniów, których uratowałeś z tym Diego. Drak będzie strażnikiem świątynnym, będzie dostarczał Cor Kalomowi wydzielinę z pełzaczy.
- Coś jeszcze?
- Nowoobozowicze to po prostu barbarzyńcy. Staroobozowicze są niewiele lepsi.
- Co dalej?
- Powysyłam jeszcze kilka wizji. Jutro w samo południe spotkacie się przed bagnami. W kufrze znajdziesz też coś w rodzaju mapy obozu. Jak masz pourządzać rzeczy i w ogóle.
- Tak, panie.
- Będziecie tworzyć runy z Cor Kalomem na bagnach. Udaj się wpierw na miejsce wymiany, ukryj się, i po wymianie ze Starym Obozem zawołaj sługusów króla. Powiedz im, żeby dostarczyli pół miesiąca przed wymianą ze Starym Obozem stół alchemiczny.
- Oczywiście, panie.
- Będziecie udawali członków Starego Obozu, dopóki nie założycie Obozu na Bagnie. Jeśli chodzi o zbroje, dostajesz instrukcje także na nie. Szaty uszyje Cor Kalom, inne zbroje – niejaki Daron.
- Oczywiście, panie.
- A teraz żegnaj. Tylko nikomu nie mów o tej wizji, odpowiednie osoby otrzymają wizje dopiero nocą.
I obudziłem się. Niesamowite! Poznałem prawdziwe bóstwo!

Rozdział 12 – Budowanie Bractwa i usuwanie zbędnych stworzeń..
Cieszyłem się, gdy się dowiedziałem, że do Bractwa należeć będą moi przyjaciele. Hihi, Stary Obóz zostanie poważnie rozkradnięta z załogi. :) Niestety nie wszyscy, nie wszyscy moi przyjaciele będą ze mną. W następnej wizji Śniący przekazał mi jeszcze kilka rzeczy.
Napisałem list do Hagena, króla, czy kogo tam, kto odpowiada na wysyłanie różnych rzeczy do kolonii w zamian za rudę. Chciałem się umówić na dostawę paru rzeczy. Udałem się więc na miejsce wymiany razem z resztą. Diego tym razem nie przyszedł. Razem ze mną przyszli Ang... Cor Angar, Cor Kalom i Tyon. Ocaliliśmy kilku więźniów – Snafa, Shrata, Jacka i Netbeka. Po wymianie zapytano nas, czemu nie idziemy. Powiedziałem, że potrzebuję spokoju, a Kalom, Angar i Tyon mnie ochraniają przed kretoszczurami, ścierwojadami, goblinami i innymi stworzonkami, kiedy będę w stanie zamyślenia.
Kiedy sobie poszli, zaczęliśmy rzucać kamienie za barierę. Po kilku chwilach przyszli strażnicy miejscy i już chcieli nam zagrozić, kiedy zobaczyli wśród nad Maga Ognia, czyli mnie.
- O co chodzi, Y’berionie? – zapytał ten, który przewodniczył grupie wrzucającej mnie przez tę barierę.
Bez słowa wrzuciłem list.
- Do Lorda Hagena, czy kto tam rozkazuje wysyłać te wszystkie rzeczy do kolonii – powiedziałem. – Przyjdźcie tu za tydzień, żebym wiedział, czy zostanie to zaakceptowane.
Zostało. Termin dostawy był na tydzień przed wymianą ze Starym Obozem. „Formalnie” jestem jeszcze Magiem Ognia, mniej rudy dawałem za towary, takie jak wiadro, kamień szlifierski, stół runiczny, stół alchemiczny, materiały na budowę i inne takie.
Śniący wysłał wszystkim wizję, aby się spotkać o danym czasie na bagnach. Budowę obozu nadzorowali Ingenieur i Maurer. Najważniejszą rolę w mieszkalności spełniały drzewa. Służyły jako mieszkania i stanowiły rusztowanie. Miejsce obozu było tuż przy barierze. Kiedy było się bardzo blisko, wolniej się poruszało i w powietrzu latały niebieskie literki Z. Na bagnach roiło się od wężów błotnych, krwiopijców, jaszczurów, dużych i oślizgłych ważek. Znajdowała się tu też grupa koczujących goblinów. Urządziliśmy na nie wielkie polowanie. Dzięki Jägerowi, oprócz mięsa, zdobyliśmy na tym polowaniu wiele trofeów, które sprzedaliśmy.
Zaczęło się od kilku ognistych burz i deszczów ognia. Padło kilka wężów błotnych i sporo ważek. Rozległ się dźwięk wyciągania mieczy i wojownicy ruszyli do boju. Wspomagałem kulami ognia. Wtem przypełzał do mnie wąż błotny i mnie walnął z ogona. Sieknął go jakiś przyszły strażnik świątynny. Ten go mocno walnął i przyszły strażnik świątynny zamienił się w trupa niedoszłego strażnika świątynnego. Wojownika zniosło i jego ciało wparowało na Ingenieura. Ingenieur był blisko bariery i na nią trafił w wyniku uderzenia. Ingenieur po chwili padł nieżywy od niebieskiego pioruna pochodzącego z bariery. Puściłem się biegiem w ucieczce przed wężem błotnym, chowając runę i wyciągając miecz. Zrobiłem nawrót i wbiłem w błotnego węża miecz. Pobiegłem na goblina. Zaczął uciekać, więc skręciłem i ruszyłem na krwiopijcę. Ukąsił mnie w prawe ramię. Upuściłem z bólu oręż. W krwiopijcę, gdy chciał mi zadać kolejny cios, wbił się bełt. Spojrzałem w stronę, skąd przybył bełt i ujrzałem Tota. Po chwili porządnie wparowała na niego ważka. Tota zniosło i wylądował koło Kaloma walczącego z jakimś większym goblinem. Tot został uratowany przez jakiegoś człowieka, który go zabrał z pola bitwy. Kiedy na to patrzyłem, zaatakował mnie jaszczur. Cor Angar uderzył go mieczem z góry. Wyciągnąłem miksturę leczniczą i wypiłem. Rany szybko znikły. „ZA TOBˇ!” – krzyknąłem, bo Angara atakował właśnie od tyłu goblin. Ten szybko się obrócił i ciął mieczem. Ja podniosłem swój i rzuciłem się w wir walki. Spotkałem się z jakimś dużym goblinem. Do akcji wkroczył Cor Angar, a ja zacząłem rozsyłać ogniste burze. Obserwowałem też walkę Angara z goblinem. Goblin był uzbrojony w dwa długie miecze jednoręczne. Angar wyprowadził pchnięcie, goblin sparował jednym mieczem, atakując drugim. Angar cofnął się, jednak otrzymał rysę na czole, która zaczęła broczyć krwią. Cor Angar został oślepiony. Goblin uniósł miecz i... Rzuciłem nad jego głowę ognistą burzę, żeby się cofnął (gdybym trafił w niego, trafiłbym też Angara). No i cofnął się. Angar widział rozmazanie to, co się działo, więc ciachnął mieczem, goblin jeszcze bardziej się cofnął. Stanął przy mnie wojownik, żeby mnie chronić. Pośpiesznie schowałem runę z zaklęciem „ognista burza” i wyciągnąłem runę z zaklęciem leczenia. Uleczyłem Angara. Angar otarł krew. Coś mu wpadło do oka. Kiedy starał się z tym uporać, do akcji wkroczyliśmy ja i wojownik. Goblin znakomicie machał mieczami. Przybył jakiś inny człowiek. Angar nadal starał się uporać z okiem. Przybył mniejszy goblin. Rzuciliśmy się na niego ja i wojownik (jeden nie wiedział, że drugi zrobi to samo). Wojownik na mnie wpadł, a duży goblin zabił wojownika. Upadłem. Mały goblin atakował unosił najeżoną pałkę, duży wyprowadzał cios przeciwko mojemu drugiemu pomocnikowi, a Angara zaatakował krwiopijca, a jedno oko nadal było oślepione... Mój pomocnik szybko podbiegł do mnie, unikając ciosu i wybił pałkę małemu goblinowi. Ten puścił się biegiem. Duży atakował właśnie mego pomocnika, ale go podciąłem, dzięki czemu pomocnik nie oberwał. Krwiopijca dziabnął Angara. Przybył jakiś niski człowiek i starał się walnąć krwiopijcę. Ja i mój pomocnik szybko wstaliśmy i zaszliśmy przywódcę, bo najwyraźniej był to przywódca, z dwóch stron. Angar zabił krwiopijcę i ruszył na goblina, który właśnie powalił mojego pomocnika kopnięciem. Goblin kopnął Cor Angara w klatę, miecz Angara poleciał za barierę. Pomocnik kopnął wodza goblinów, żeby odwrócić jego uwagę. Wtedy ja wyprowadziłem poziomy łuk, ale nie trafiłem, bo ten zrobił kilka kroków w stronę mego pomocnika, który się cofnął. To znaczy trafiłem, ale go tylko troszkę mocniej ukłułem. Angar rzucił się na goblina. Wybrał mu miecz. Zaczęli tarzać się po ziemi. Goblin znalazł się na Cor Angarze, ale ten go zrzucił. Obaj wstali. Ja natomiast podbiegłem do pomocnika, który mi się po chwili przedstawił. Nazywał się Fortuno. Zbliżyliśmy się do Angara i goblina i patrzyliśmy na walkę. Angar wyprowadził poziomy łuk, goblin sparował. Przywódca ryknął bardzo głośno, a wszystkim w promieniu około 7 metrów dźwięczało w uszach. Angar nawet złapał się za uszy. Goblin wyprowadził cios z góry, ale Angar szybko sparował. Goblin na niego wparował (dopiero teraz zauważyłem, że on był wyższy od Cor Angara). Goblin powalił Angara. Fortuna szybko go zaatakował, trafił w ramię. Ja szybko wyciągnąłem runę ognistego pocisku i strzeliłem do goblina, który właśnie wyciągał ze swojego ramienia miecz Fortuna, który szybko się cofnął i, widząc, że goblin jest zajęty i go nie widzi, zaczął zachodzić go od tyłu. Trafiłem w głowę, jednak goblin nie zginął. Fortuno kopnął go w pośladki. Porwałem miecz goblina i wbiłem go w plecy wodza. To koniec. Kilka mniejszych goblinów coś wrzasnęło i wszystkie gobliny zaczęły uciekać. A więc ten duży goblin naprawdę był przywódcą. Gobliny wpadały na inne istoty, co powodowało zamieszanie. Jaszczury padły już od ognia. Ważki, prawie tak zgodne w grupie, jak gobliny, zaczęły nadlatywać ku wpadającym na inne ważki gobliny. Ważki też zaczęły wpadać. Wężów błotnych było bardzo mało. Wszyscy ludzie trochę się oddalili, bo potwory podzieliły się przez to wpadanie na trzy obozy: krwiopijcy i węże błotne kontra ważki kontra gobliny. Gobliny i ważki zginęły, wtedy ludzie wkroczyli do akcji. Potwory zaczęły uciekać. John, mój uczeń, przez przypadek trafił ognistą burzą w parę ludzi. Znów rzucił czar, ale znów źle trafił, ten drugi raz mnie zranił. Na szczęście tylko kilkanaście krwiopijców zauważyło tę zmianę. Coś tam bzyczały, ale reszta była najwyraźniej zajęta ucieczką, więc nie zawróciła. Padło jeszcze kilku ludzi, w tym John. Bitwa wygrana.
Zginęło w końcu sporo ludzi. Koczujące gobliny, jak już napisałem, zginęły na miejscu. Ważek nie było już nigdzie w kolonii.
Bitwa wygrana. A dlaczego dokładnie opisałem tę walkę z wodzem goblinów? Bo chciałem napisać, w jaki sposób omal nie zginął mój wice zastępca...

Rozdział 13 – Próba magii Śniącego.
Zgodnie z wizjami Śniącego Cor Kalom sporządził runy i szaty, Daron zbroje i broń, a Maurer z robotnikami kończył budowę. Zorganizowałem hierarchię w obozie i mianowałem ludzi. Tyona mianowałem młodszym Guru. Cor Kalom zajmował się nowymi, Cor Angar dowodził strażą świątynną. Lester oprowadzał nowych po obozie. Zastępcą Cor Angara w straży był Gor na Tot. Oni dwaj rozstawili straże o około 20 metrów od siedliska błotnych węży i krwiopijców, bo te wróciły po dwóch tygodniach. Ten szaleniec Shrat sobie chatkę tuż przy tym siedlisku! Nikt jeszcze nie mieszkał w obozie, na noc wracaliśmy do Starego Obozu (niektórzy do Nowego), oczywiście nie grupą. Każdy też nosił swoje stare zbroje.
Wyszedłem sobie na spacerek. Wtem wpadłem na kilku chamów: Hereka, Balora, Lewusa, Butcha i Bullita.
- Czeeeść – powiedział szyderczo Baloro. Pewnie ta piątka zebrała się tu, żeby mnie nabić. Obecnie już nie było za dużego konfliktu między Starym, a Nowym Obozem, więc to, że się zebrali, by mnie zlać, nie jest dziwne.
- Spadaj, beko! – krzyknąłem.
- Chłopaki, zaczynamy! – powiedział Bullit i wszyscy wyciągnęli broń.
Uśpiłem Bullita zaklęciem. Runę wyciągnąłem, kiedy mnie ci zaczepili. Robiąc uniki, schowałem zaklęcie snu i wyciągnąłem uderzenie wiatru. Dmuchnąłem. Balora i Butcha zniosło. Lewus i Herek zaczęli uciekać, reszta pobiegła za nim (Bullita zbudziło wpadnięcie na niego Butcha). Potajemnie zacząłem biec za nimi.
- Idioci! Czemu zaczęliście uciekać?! – syczał Baloro. – Dobra, nieważne, idziemy jeszcze raz!
- Tu jestem! – powiedziałem i rzuciłem na Balora urok.
Baloro stał otępiały, nie władający swoim ciałem. Reszta pobiegła na mnie. Rzuciłem urok na Lewusa, który był najbliżej mnie. Cofając się, telekinezą podciąłem Butcha, który podciął Hereka. Baloro na mnie pobiegł, wymachując mieczem. Kiedy rzucałem telekinezę na jego miecz, wytrącił mi runę z ręki. W tym momencie Bullit wyszedł ze stanu uroku, a Butch próbował zrzucić z siebie Hereka, który zarył nosem w ziemię, od czego mu leciała krew z nosa. Herek nie chciał przez to wstawać.
Kiedy Baloro zaczął się szyderczo śmiać i trzymał miecz uniesiony po jego prawej stronie (miał wyprowadzić cios z ukosa), walnąłem go w twarz i popchnąłem na Butcha i Hereka, ale trafiłem w Bullita, bo ten właśnie wybiegł przed tych dwóch. Lewus próbował się zatrzymać, ale i tak wparował na Bullita i Balora z dużą siłą. Ci zakręcili się i upadli, potrącając Lewusa. Herek wstał i zaczął wymachiwać bronią. Wyciągnąłem swój miecz. Herek zaczął na mnie biec z dzikim wrzaskiem i wyprowadził cios. Sparowałem. Zaczęliśmy walczyć. Butch przybiegł po Lewusie, Bullicie i Balorze na mnie i ciął mieczem. Zrobiłem unik. Zadałem ranę Herekowi i wytrąciłem mu miecz na Butcha (i tak nie zabolało go to za bardzo). Kopnąłem Hereka w piszczel, ten wpadł na Butcha. Kiedy ten odpychał Hereka, zadałem mu ranę i wytrąciłem miecz. Popchnięty przez Butcha Herek wpadł na Lewusa, który już wstał, pozostała dwójka jeszcze nie, bo ten ich upadek tak dziwnie „poszedł”, że Lewus był górą i ze zmęczenia nie chciał wstawać. Baloro zaczął wstawać, kiedy upadli na niego Lewus z Herkiem. Bullit już wstawał. Butch oddalił się ode mnie, a ja szybko podniosłem moją runę telekinezy i, sprawdzając, czy za mną nie ma jakiegoś kamienia, o który mógłbym się potknąć, szybko się cofałem. Po chwili zacząłem odganiać Bullita jego mieczem, używając telekinezy. Przepędziłem wszystkich. Odetchnąłem i usiadłem. Po pięciu minutach znów na mnie zaczęli biec. Użyłem pirokinezy przeciw Butchowi. Wrzasnął z bólu. Wrzeszczał, wrzeszczał i wrzeszczał, a reszta nie wiedziała, co robić. Niestety, straciłem swoją energię magiczną. Pozostała czwórka znów zaczęła na mnie biec. Była dość daleka. Szybko wyciągnąłem miksturę energii magicznej i wypiłem, następnie wyciągnąłem zaklęcie „Uderzenie burzy”. Całą czwórkę okrutnie zniosło, jeden wpadł na wlokącego się Butcha. Trzech moich wrogów wpadło do rzeki (działo się to blisko Nowego Obozu). Ponownie użyłem Uderzenia burzy i reszta również wpadła do rzeki.
Oto jest potężna magia Śniącego. Oprócz tych czarów jest jeszcze kontrola, lepsza wersja uroku.

Rozdział 14 – Walka o przetrwanie.

Podczas budowy bramy wejściowej zobaczyliśmy kilku facetów w czarnych zbrojach... To cienie... Zwiadowcy Gomeza nas wykryli. Staraliśmy się ich zatrzymać, ale bez skutku. Po pięciu minutach przyszły posiłki – to moi ludzie, którzy obecnie przebywali w obozie. Dowiedzieli się o wykryciu nas, więc przyszli, by nas bronić, bo według ich informacji Gomez już zbierał siły (najwyraźniej nie tolerował kolejnych obozów...). Wszyscy dostali swoją broń, pancerz i zaklęcia. Mając potrzebne materiały postawiliśmy mały budyneczek tuż przy Starym Obozie. Mieli tu być umieszczeni strzelcy, którzy w niebezpiecznej chwili teleportowaliby się do Obozu Bractwa. Napiszę teraz coś o teleportacji do Obozu.
Wykryliśmy magię na środku placu. Najwyraźniej plac specjalnie został tak zbudowany. Nie umieliśmy tworzyć run teleportacyjnych. Śniący zesłał wizje mnie i Cor Kalomowi. Wspólnie wykonaliśmy runy. Od tej pory do wytwarzanych run i zwojów dołączono runy i zwoje teleportacyjne.
Wracając do fortyfikacji przy Starym Obozie, szybko się z nią uwinęliśmy, m. in. za pomocą magii. Usadziliśmy tam ludzi z bronią dystansową i runami magicznymi. Cor Angar rozstawił jeszcze ludzi w lesie, po małym polowanku. Załoga Starego Obozu została w połowie rozkradnięta. Mieliśmy szanse. Ludzie, którzy uciekli ze Starego Obozu na wieść o wykryciu nas ukradli trochę ekwipunku.
Wszedłem do małego budyneczku. Zobaczyłem... najemników z Nowego Obozu! Na ich czele stał Lee. Stanęli i czekali... Zasadzka na załogę Starego Obozu, czy oczekiwanie na posiłki ze Starego Obozu przeciw nam? Po jakimś czasie wyszła armia Starego Obozu z Krukiem na czele.
- Żadnych wojen! – krzyknął Lee.
Wróg natychmiast się wycofał. Magnaci nie mogli sobie obecnie pozwolić na wojnę z Nowym Obozem. Część z nas poszła powiadomić naszą grupkę będącą w lesie, reszta, razem ze mną, teleportowała się do obozu. Wszystko odwołano. Dopóki Lee z armią czuwa nad pokojem, a Stary Obóz nie jest tak silny, jak dawniej, jesteśmy bezpieczni. No ale teraz nie wiedzieliśmy, co robić... Przecież już o nas wiadomo, a my jeszcze się tak do końca nie zorganizowaliśmy... Zaczęliśmy się nudzić... Nagle atmosfera w obozie znacznie się ożywiła...
- STARY O... – rozległ się stłumiony okrzyk.
A więc to tak... Najemnicy wycofali się do Nowego Obozu, więc Stary Obóz skorzystał z tej okazji i zaatakował. Zaczęła się bitwa wewnątrz naszego obozu. Stanąłem na takiej kamiennej ścianie na brzegu placu i zacząłem miotać zaklęciami. Omal nie zostałem postrzelony. Zrobiłem unik, jednak zachwiałem się i spadłem... Ach, jak bolało!
Obudził mnie z nieprzytomności jakiś nowicjusz i podał miksturkę leczniczą. Znikło złamanie ręki. Podziękowałem i ruszyłem do boju. Wskoczyłem do jeziorka i zacząłem z niego rzucać Uroki. I zobaczyłem Cor Angara walczącego z Krukiem. Wtem Kruka walnął Lester swoją bronią, którą nazwał Negocjatorem. Cor Angar zepchnął Kruka do jeziora. Rzuciłem pirokinezę na jakiegoś strażnika w najlepszej możliwej dla strażnika zbroi. Po chwili został zabity przez Gor na Tota. Gor na Tota ogłuszył cień z młotem kowalskim. Zacząłem płynąć jeziorem za bramę do obozu, żeby zaatakować wrogów od tyłu. Zaatakował mnie cień. Nie zdążyłbym rzucić czaru, a cofając się przewróciłbym się. Cofnąłem się tylko dwa kroki, chowając runę i wyciągając swój miecz. Wyprowadzałem poziome łuki, a cień wciąż się cofał. Doprowadziłem go do brzegu jeziora. Już miałem go zepchnąć, kiedy ten zrobił unik. Zaatakował mnie. Sparowałem mnie. Zacząłem biec wokół niego. Kiedy byłem za jego plecami (za plecami, które były przed chwilą w tym miejscu), cień wyprowadził cios z góry. Sparowałem. Zaczął mnie pokonywać skośnymi ciosami z góry. Wpadłem plecami na plecy strażnika atakującego nowicjusza. W ten sposób akurat przeszkodziłem mu w walce i nowicjusz wygrał. Uratowany nowicjusz zaatakował mojego przeciwnika. Pobiegłem w głąb obozu. Zaatakował mnie kopacz. O dziwo, miał miecz jednoręczny. Zaczęliśmy walczyć. Robiliśmy dużo kroków. Doszliśmy do miejsca, gdzie miał wkrótce rezydować Fortuno, wyżej znajdowała się chatka Cor Kaloma. Wspiąłem się po drabinie, kopacz zaczął mnie ścigać. Nagle zeskoczyłem z drabinki prosto na niego. On spadł, ja odniosłem parę zadrapań i potłuczeń. Wtem spotkałem się z cieniem. Wbiegłem do chatki Fortuno. Tam walczyli dwaj nowicjusze ze strażnikiem i cieniem. Dzięki wymianie „partnerów” jeszcze nikt nie zginął. Zabiłem cienia walczącego z nowicjuszem, z zaskoczenia. Wtedy uratowany zajął się tym, co mnie atakował. Zacząłem atakować strażnika. Miałem przecież pomocnika. Cień, który mnie doprowadził mnie do chatki Fortuna, wygrał swoją walkę. Napadł na jedynego żyjącego nowicjusza znajdującego się w tej chatce. Zacząłem robić uniki. Nowicjusz napadł strażnika, więc zająłem się cieniem. Zdesperowany nadepnąłem na nogę cienia. Kiedy krzyczał „AU!”, przeciąłem mu głowę. Tamten nowicjusz jeszcze żył. Napadłem na strażnika. Nowicjusz myślał, że to wymiana partnerów, ale kiedy zobaczył martwego cienia, zaczął mi pomagać. Odsunąłem się i rzuciłem Sen. Nowicjusz zadźgał strażnika. Dałem mu miksturę leczniczą, bo miał kilka lekkich ran, i napadłem na jakiegoś kopacza będącego blisko. Zaczął wspinać się po drabinie. Potraktowałem go snem. Kiedy spadł, złamałem mu kark. Rozejrzałem się, czy ktoś mnie nie trafi z łuku lub kuszy, kiedy się będę wspinał. Był ktoś. Wyciągnąłem urok. Niestety, mój cel był za daleko. Zaryzykowałem. Odwróciłem głowę – cień już do mnie celował z łuku. Wtem znów pojawił się jakiś mag w czarnej szacie. Powstrzymał magią strzałę i zabił cienia. Przywołał kamiennego golema. Skrzywiłem się na tę praktykę, ale musiałem zająć się bitwą. Wszedłem w końcu po drabince do celu. Walczyło tu parę strażników i strażników świątynnych. Był tu też Cor Kalom. Zacząłem rzucać Uroki. Wyciągnąłem miecz. Jakiś strażnik, po zabiciu strażnika świątynnego, wytrącił mi go. Cor Kalom potraktował tego strażnika uderzeniem wiatru. Strażnika odrzuciło i facet wypadł. W chatce Cor Kaloma nie było nikogo. Cor Kalom wypił miksturkę lecznicza i miksturę many. Ja też wypiłem miksturę many. Wszedłem na dach chaty Cor Kaloma, żeby wszystko obserwować. Obie armie były całkowicie rozproszone. Cor Angar walczył blisko bramy. Dojrzałem też niejakiego Yoru zatrzymującego różnych biegnących nowicjuszy. Było przy nim już kilku nowicjuszy. Widocznie zbierał grupkę. Wtem zobaczyłem coś strasznego – grupa strażników niebezpiecznie zbliżała się do świątyni. Byłem za daleko, żeby trafić zaklęciami. Maga w czarnej szacie nigdzie nie było. Na szczęście ci, którzy bronili Cor Kaloma przed strażnikami, nie pobiegli nigdzie, tylko część strzelała z kusz, a reszta pilnowała mnie i Cor Kaloma. Wysłałem ich do obrony świątyni. Strażnicy będący blisko świątyni mieli przewagę nad ludźmi jej broniącymi. No więc obrońcy świątyni otrzymali posiłki. Strażnicy zostali otoczeni, jednak nadal mieli przewagę. Tyon z kamiennej ściany rzucał Kule ognia. Nie pozbył się jeszcze runy. A tu znów Yoru przykuł moją uwagę. Biegł ze swoją grupką. Zmierzał do... świątyni! Pewnie ktoś z grupy poinformował go o oblężeniu tego świętego miejsca. Strażnicy oblegający plac zostali ściśnięci. Poginęli. Yoru wyruszył z częścią swojej grupki do innych miejsc obozu, by nieść posiłki i powiększając grupę. Rozejrzałem się. Tam, gdzie miał wkrótce nauczać baal Cadar, nowicjusze urządzili dziwną bieganinę w walce. Wtem tam, gdzie miało być przetwarzane bagienne, zobaczyłem kilku Guru – walczyli z wrogiem. Nagle jeden baal zginął od strzału z łuku w głowę. Rozglądając się po obozie zobaczyłem Cor Angara, dwóch strażników świątynnych i nowicjusza skaczących do wody. Wtedy Kruk zaczął uciekać z wody, leń jeden... Przy bramie było kilku strażników, cieni i kopaczy. Gwałtownie natarła na nich grupa Yoru. Szybko z wody wyszedł Cor Angar z dwoma strażnikami świątynnymi i nowicjuszem. Gdzie indziej grupa Guru znakomicie dawała sobie radę z grupką łuczników i kilku kuszników. Poległo jednak jeszcze dwóch Guru. Z pomocą Guru przybyło kilku strażników świątynnych, których imiona pamiętam – Gor na Kosh, Gor na Bar, Gor na Vid i Gor na Drake, w towarzystwie Maurera. Niektórzy strażnicy schowali kusze i wyciągnęli miecze. Jeden z nich zabił Maurera.
Odwróciłem głowę w stronę placu świątynnego – znów przybyli tam wrogowie. Ścigałą ich grupka strażników świątynnych na czele Jägera. Dwie grupki z naszego obozu (grupa Jägera i grupa z placu świątynnego) starły się z grupą wrogów. Jäger poległ. Z tego starcia przeżyli tylko: baal Tyon, kilku strażników świątynnych i trzech nowicjuszy. Wszyscy zostali już na placu. Spojrzałem ku bramie – grupa Yoru była już nieliczna. W tamtym miejscu było tylko 3 strażnikó, 4-5 cieni, kopacz, 7 nowicjuszy, strażnik świątynny, Cor Angar i Yoru (właściwie to on też jest nowicjuszem, ale napisałem go oddzielnie). Poległ jeden ze strażników. Po zaciętym i wytrwałym starciu przeżyło tylko czterech nowicjuszy z grupki Yoru, strażnik świątynny, Yoru i Cor Angar. Powypijali mikstury lecznicze. W tym samym czacie kilku Guru i dwóch strażników świątynnych spotkało się z inną grupką wroga, która zbiła się w grupę po powybijaniu strażników świątynnych broniących obozu przed błotnymi wężami. Chwyciłem runę, zszedłem z drabinki i ruszyłem do reszty Guru. Cor Kalom pobiegł za mną. Zaatakowaliśmy wroga Uderzeniami wiatru i Urokami. Po rozprawieniu się z tą grupą udaliśmy się w okolice chatki Cor Kaloma, bo byli tam jacyś walczący ludzie, ale musieliśmy biec do Guru. Rozprawiliśmy się długą walką z wrogiem koło chaty Fortuna, potem z wrogiem w kuźni i udaliśmy się na plac. Zostawiliśmy na placu baal Oruna i poszliśmy tam, gdzie miał nauczać baal Cadar. Niestety, zebrali się tam wrogowie i już częściowo odpoczęli, a mieli broń w pogotowiu. Kusznicy byli ukryci. Wtem przebiegła spora grupa wrogów, która chodziła po całym obozie. Ścigała ich dość spora grupa naszych, która też chodziła po całym obozie, jednak dziwnym trafem nie przechodzili obok bramy wejściowej. Ci, którzy odpoczywali i czuwali na miejscu przyszłego nauczania baal Cadara, też uciekli. Usunęliśmy się z drogi, by uniknąć stratowania. Rzucaliśmy jeszcze jednak zaklęcia. W końcu spora grupka uciekła z Obozu na bagnie. Troszkę odpoczęliśmy, zebraliśmy siły, zostawiliśmy straże i ruszyła z naszego obozu mała grupka. Zobaczyliśmy postawiony przez nas budynek – zniszczony. Uderzyliśmy ognistym zaklęciem bramę Starego Obozu – ognioodporna, na pewno dzięki magii. Część z nas poszła po różne duże kamienie. Ustawiliśmy je i zaczęliśmy, ukryci za kamieniami, strzelać z magii i kusz. Na murach Starego Obozu ukrywali się strażnicy i cienie, którzy też strzelali. Udało mi się trafić pirokinezą jednego ze strażników. Ten wrzeszczał z bólu, aż zginął. Wypiłem miksturę many i zaatakowałem następnego strażnika. Ten, unieruchomiony, został trafiony bełtem. Czasem trafialiśmy, a czasem nie. Przeważnie nie. U nas zginęło czterech strażników świątynnych.
- MIAŁO NIE BYĆ WOJEN! – krzyknął jakiś najemnik na czele grupy innych. – MA TO BYĆ OSTATNI RAZ! WYNOCHA!
Najemnicy nas przepędzili. Pozabieraliśmy swoje kamienie i sobie pobiegliśmy. Najemnicy, żeby nas przepędzić, zaczęli nas atakować. Tak naprawdę udawali, ale to potem wyszło na jaw. Biegnąc wrzuciliśmy kamienie do rzeki. Dopadliśmy bram obozu. Kiedy nas zobaczono, otworzono je. Zamknęliśmy bramę. Kiedy najemnicy zobaczyli zamkniętą bramę, poszli sobie.
- Koniec wojny, Cor Angarze – powiedziałem. – Niech Śniący zlituje się nad duszami poległych – dodałem, ocierając łzy.

I tu się urywa.
A tem dziwny mag, co występował, to Xardas. Miał swój cel - chciał pomóc w celu Śniącego, by potem znaleźć takiego delikwenta jak bezimienny, którym mógłby się posłużyć. Dlatego strzegł życia Y'beriona. Czy jakoś tak (dawno temu to planowałem).
_________________
Piszę poprawnie.

Ciekawy ze mnie człowiek... zawsze, gdy wszystkim komiks się podoba maksymalnie, gdy wystawiają oceny 10/10, ja i tak znajdę dziurę... :D

  

 
 
TheNagazul 


Postów: 10

Wysłany: 11-04-10, 13:05     

Nie jest złe.... Mi się podoba. Ocena to 9. Gdyż nawiązuje do ciekawych treści.
_________________
fajny opis :D



  

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


GothicKomiksy.pl © 2007 - 2012
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - forum anime

Forum Literackie Inkaustus

Strona wygenerowana w 0,88 sekundy. Zapytań do SQL: 21