Taka krótka wprawka do większego projektu. W sumie to chodziło mi tylko o ćwiczenie stylu, nie jakieś zaskoczenie fabularne.
_____________
Jestem Panem. Panem Złotej Doliny. I stoję na tarasie mojego Pałacu.
Jest wietrzny, chłodny wieczór, słońce chowa się za horyzontem, zalewając dolinę pomarańczowym blaskiem błogości. Jego promienie wychylają się za gór, rozpaczliwie próbując objąć we władanie moją dolinę. Próbują każdego wieczoru, i każdego wieczoru przegrywają. Przez dolinę meandrami płynie rzeka, a przy jej brzegach mieszkają moi poddani, wiodąc swe proste, rutynowe życie. Nie sądzę, żeby próbowali się zmieniać i wyjeżdżać poza dolinę, omamieni jej wspaniałością i sielanką, łatwością, z jaką przychodzi im wszystko, czegokolwiek zapragną. Rzeka dostarcza im wszystkiego, energii, siły, zdrowia, natchnienia.
Niektórzy właśnie próbują się we wszelakiej sztuce, grze na instrumentach, malarstwie, sztuce opowieści, pokazach. Inni urządzają polowania na zwierzęta, licznie zasiedlające bujne lasy, spływające po zboczu gór aż do rzeki, gdzie przerzedzają je domy z białego kamienia, skupione wokół wyłożonych białą kostką ulic. Pozostali spędzają swe życie na różnorakich zabawach, pielęgnowaniu zielonych ogrodów, czy też obserwowaniu otoczenia z tarasów swoich domóstw.
Jak ja.
Ale mój dom jest Pałacem Pana Złotej Doliny. I leży w górskiej kotlinie, jednej z wielu w zataczającym koło wokół doliny górskim łańcuchu bez śniegu. Wokół są tylko spiczaste, skalne szczyty, które sięgają chmur. Kiedyś myślałem, że po chmurach będę mógł chodzić, a będę musiał tylko wdrapać się na sam szczyt gór.
Kiedyś. Kiedy byłem mały, głupi i słaby. Wtedy, kiedy tak wiele z otaczającego świata wydawało się proste jak stalowy pręt balustrady mojego tarasu. Chociaż przygotowywano mnie do bycia królem i starano się zapoznać z prawdziwą sytuacją Pana Doliny, to przez długi czas myślałem, że aby być dobrym władcą, wystarczy będzie siedzieć na tronie i pstrykać palcami w zimny marmur. Sala tronowa miała być przestronna, chłodna, z dużymi oknami i kolumnami w dwóch rzędach. Myślałem, że pewnego dnia heroldowie ogłoszą śmierć starego króla, a ja, wśród skandującego moje imię tłumu, przejdę po czerwonym dywanie. Na głowię będę miał złotą koronę ozdobioną klejnotami, a za ubranie wystarczy złota szata i czerwona peleryna, majestatycznie powiewająca na kwietniowym, wieczornym wietrze.
Bo wymarzyłem sobie koronację w kwietniu, wśród pomarańczowego światła zachodzącego słońca.
Miałem trzymać berło i unieść je, gdy już dojdę do końca dywanu, pod ganek mojego Pałacu. Pamiętam, że przygotowywałem sobie mowę na tą okazję.
- Jestem tu dziś jako wasz nowy król. Jestem tu, by utrzymać to, co zdołał osiągnąć mój świętej pamięci poprzednik na tronie, król Verin Czwarty! Jestem tu, by naprawić to, co zaniedbał, na głowie mając tyle różnych spraw niecierpiących zwłoki, że zapomniał o tych mniej ważnych, o igłach na świerku zajęć! Miał tak wiele do zrobienia, był tak zapracowany, że kiedyś bałem się, czy zdołam podołać sprawowaniu pieczy nad jego wspaniałym królestwem, które tworzycie wy, wspaniali ludzie Złotej Doliny!
I tak dalej, i tak dalej. Teraz wiem, że musiałbym przygotować sobie inną mowę, że ta nie nadawała się do wygłoszenia jej przed ludźmi, ale i tak wyobrażałem sobie klaskający tłum, uniesione dłonie i salut żołnierzy. A ja miałem tam stać, uśmiechnięty i szczęśliwszy niż kiedykolwiek przedtem. Myślałem, że tak po prostu zastąpię starego, niedołężnego króla i zasiądę na jego tronie.
Oczywiście, myliłem się.
Królem zostałem w wieku lat trzydziestu, a do Pałacu przybyłem, gdy miałem lat dwadzieścia dziewięć. Do tej pory mieszkałem wraz z rodziną w kotlinie po drugiej stronie Doliny, niedaleko źródeł przecinającej ją rzeki. Zajmowałem się tym, czym zajmują się zwykli mieszkańcy Doliny - polowałem, grałem na instrumentach, obserwowałem świat z tarasu. Czasami udawałem się do miasta, najczęściej zarobić parę groszy na rynku za pomocą cytry. Im częściej tam bywałem, tym więcej pochwał swojej gry słyszałem.
A w dniu, w którym skończyłem dwadzieścia dziewięć lat, przez wielkie wrota mojego dworu wkroczyli odziani w złote szaty heroldowie Pana i ogłosili, że mój czas się zbliża. Miałem udać się z nimi do Pałacu, gdzie obecny król planował nauczyć mnie wszystkiego, co będzie mi potrzebne jako Panu Złotej Doliny. Nie odmówiłem. Nie miałem innego wyjścia. Władza albo śmierć, mówili. Jeśli nie obejmie władzy mężczyzna urodzony w dniu koronacji poprzedniego króla, zapadnie chaos. Uwierzyłem.
Pożegnałem się więc z matką, ojcem, młodszym bratem i odjechałem wspaniałym rydwanem. Jechaliśmy przez małe dolinki, ciemne i tajemnicze lasy, białe ulice miasta, marmurowe mosty, złote pola. Wszędzie widziałem, jak ludzie odwracają się w naszym kierunku, ale nic więcej. Byli tylko zaciekawieni, po czym wracali do swoich zajęć. Wtedy zastanawiałem się, czy bycie królem to tylko chłodna obojętność poddanych i tak samo chłodny tron w przestronnej sali tronowej.
Wjeżdżaliśmy pod górę po wyłożonej białymi kamieniami drodze, a gdzieś tam w oddali majaczył wielki Pałac, skąpany w blasku zachodzącego słońca. Im bliżej podjeżdżaliśmy, tym więcej okien i tarasów widziałem, i tym większe wydawały mi się kolumny przy wejściowych schodach, i tym szerszy i wyższy był sam budynek, aż w końcu, gdy dotarliśmy do końca drogi, musiałem zadrzeć głowę, by ujrzeć iglicę, i obrócić wzrok, by zobaczyć ostatnie kolumny, które ciągnęły się przez całą szerokość budowli. W całej dolinie nie było drzew.
Już wtedy wiedziałem, że najwięcej czasu w przyszłości spędzę na tarasach, obserwując z wysoka Złotą Dolinę. Delektując się tym widokiem.
Zastanawiałem się też, po co tak wielka budowla dla mnie i służby, ale szybko mi odpowiedziano, że najdalsze zakątki zamieszkane są przez arystokrację i potężnych magów, utrzymujących niezwykłe światło, które cały czas oświetla dolinę. Miałem nadzieję, że wystarczy im satysfakcja, ale niedługo król mnie poinformował, że to duchy magów, nie magowie, a światło utrzymuje pozostała na tym świecie ich moc. Moc, która ani się nie wyczerpuje, ani nie słabnie.
Następny rok spędziłem na nauce królewskich obyczajów, rozkładu Pałacu, obowiązków. Uczyłem się tego, czego nie dane było mi poznać w rodzinnym domu i pozbywałem się niepotrzebnej wiedzy. Zmieniałem sposób myślenia na wyrafinowany, arystokratyczny i wyniosły. Powoli, ale konsekwentnie, dzień po dniu, stawałem się coraz bardziej królem, a coraz mniej tym spokojnym, zakochanym w swojej muzyce młodzieńcu z górskiej kotliny. Cytra kurzyła się w kącie, zapomniana i niechciana.
Jestem królem. Królem i Panem Doliny.
I stoję na tarasie, wyczekując złotego rydwanu, takiego samego, jakim tu przyjechałem trzydzieści lat temu. Niedługo zastąpi mnie taki sam młodzieniec, jakim byłem ja, urodzony w dniu mojej koronacji. Po trzydziestu latach swego rodzaju niewoli wreszcie będę mógł udać się na odpoczynek. Odpocznę po sprawdzaniu magicznej mocy skumulowanej w odległych pomieszczeniach Pałacu, po przyjmowaniu posłów z odległych krain, rzekomo chętnych surowców Doliny.
Żadnych surowców tu nie ma. Za cały dobrobyt odpowiada rzeka, ale nikt poza mną i mieszkańcami miasta o tym nie wie.
Zanim jednak zlegnę w katakumbach, będę musiał przygotować następcę do jego przyszłej roli. Zajmie mi to rok, a potem zorientuję się, że nie chcę odchodzić. Że żaden odpoczynek nie jest mi potrzebny. Sięgnę po miecz, i będę nim rozpaczliwie i nieudolnie wymachiwał przed moim następcą. On lodowato zaśmieje mi się w twarz, a potem odrąbie prawą dłoń.
Tak jak ja to zrobiłem dwadzieścia dziewięć lat temu.
A potem cały Pałac spłonie. Będzie tylko syk płomieni i huk walących się ścian. Przez całą noc, bez przerwy. Mój następca, jak ja dwadzieścia dziewięć lat temu, stanie na końcu wyłożonej kamieniami drogi, która teraz będzie płonąć razem z Pałacem, przed walącymi się ścianami i zaśmieje się w noc. Będzie się śmiał długo i upiornie, odurzony rześką nocą i tańczącymi wokoło płomieniami.
A zanim nastanie ranek, Pałac powstanie. Popioły wzlecą do góry, zawirują, uformują nowe ściany, równie białe jak przedtem, tak samo jak kiedyś przestronne pokoje i tarasy, z których obserwowanie Doliny będzie tak samo przyjemne, jak wcześniej. Moje ciało będzie już spoczywać głęboko w katakumbach, a duch dołączy do pozostałych, zajmujących się dobrobytem w Dolinie.
I tak co trzydzieści lat władcy będą się zmieniać wśród ognia i popiołu. Aż do końca świata.
I wreszcie jedzie mój następca, jedzie w złotym rydwanie zaprzężonym do dwóch koni.. Czas zejść i powitać go w sali tronowej.
Powiem szczerze, że bardzo mi się podoba. Jest w tym coś takiego... przyciągającego. Ta opisowość... Naprawdę bardzo przypadło mi do gustu. Mówię o samym stylu pisania. Wciągający i zachęcający. Samej fabuły, to tu właściwie raczej nie ma, ale i tak wydaje się świetne.
Co do gramatyki/stylistyki/bla bla bla bla, to też nie mam żadnych zastrzeżeń.
Fajne, bardzo fajne.
_________________ "Jeśli jesteś za słaby, by się zabić, nie jesteś godzien, by żyć. Zabij się."
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach