Od autora
Właśnie, to co za chwilę przeczytacie (albo i nie) oraz ocenicie (albo i nie) zostało stworzone całkiem niedawno. Nie wiem sam, czy to zalicza się do fantasy, ale raczej jest to po prostu opowiadanie przygodowe. Obiecywałem wcześniej, iż zajmę się pisaniem rzeczy bardziej poważnych. Niestety, muszę was trochę zawieść , gdyż opowiadanie to ma drobny humorek i raczej jest opkiem bardziej wesołym, niż poważnym.
Jeżeli o fabułę chodzi, to opowiadanie to przedstawia pewnego pijaczynę, który jest... strażnikiem miasta. Otrzymuje on zadanie od Lorda Velvaresa, który jako król państwa Vegrendervan, jest także burmistrzem stolicy owego kraju.
Opowiadanie można spokojnie sobie wyobrazić w świecie gry Gothic 2.
A gdy znajdziecie jakieś błędy (a jest ich zapewne mnóstwo) piszcie od razu.
Proszę także o ocenę, gdyż jest to moje pierwsze takie dzieło.
MIŁOŚĆ W BUTELCE
Poranek, jak każdy inne. Wiatr nadciągający z południa, od strony morza był wilgotny, od jeszcze wczorajszego deszczu, który to wspomógł okoliczne farmy i pastwiska. Najwidoczniej o tej porze roku, trudno zebrać cokolwiek dojrzałego i nadającego się do spożycia, a już szczególnie, jeśli to ,,coś" jest owocem rosnącym na drzewie.
Nic nowego. Mieszkańcy Vergendervanu włóczyli się bez celu, odwiedzając sklepy, w których kupowali zapasy żywności lub jedzenie na zbliżającą się porę obiadu, albo wchodząc do baru, skąd usłyszeć było można różne krzyki podpitych już trochę obywateli, czy też normalne, kulturalne oraz grzeczne rozmowy, najczęściej o życiu codziennym, które od ostatnich miesięcy zalatywały ciągnącą się i wieczną, bez końca - nudą.
Nawet strażnicy okazywali dużą senność, przechodząc z tego miejsca do tamtego, lub zamieniając się z kolegami z pracy terenem patrolowania, czy nie ma tam choćby jakiejś bójki, gwałtu, czy kradzieży. Stróże prawa nawet chcieli, by wreszcie się coś zdarzyło, np. ktoś kogoś zabił czy okradł, albo chociaż obraził. Jednakże nawet złoczyńcy czuli wielką senność i melancholię.
Rzecz, którą tu opisuję dzieje się jednak w małym barze, do którego ostatnio zaglądać zaczęło wiele osób, chcących zrelaksować się i porozmawiać z kolegami, przy dobrym, pienistym piwie.
- Brann, podaj jeszcze jedno takie! - krzyknął Vylyen Varstbrux, zwany częściej przez innych jako Borsuk.
Vylyen był już trochę postarzałym jegomościem, o dosyć dużym zaroście i krzywym uśmieszku, który towarzyszył mu przez cały czas. Borsuka znał każdy. A przynajmniej każdy, kto dość często bywał w barze pod ,,Karmiącym Kuflem". Spędzający prawie całe swoje nędzne życie przy butelce wina, lub innego alkoholu, Vylyen był - możecie mi wierzyć, albo nie - strażnikiem. Jednak zamiast pilnować okolic miasta, on zwykł raczej uczęszczać w knajpie, gdzie zapominając o wszystkim, upijał się z kolegami. Niegdyś Lord Velvares - główny oficer straży, a tym samym burmistrz miasta - ogłosił konkurs na to, kto zobaczy trzeźwego Borsuka i przyprowadzi go do jego kwater. Oczywiście żadnemu to się nie udało, jednak mieszkańcy nadal próbują powstrzymać Vylyena od sięgnięcia po alkohol.
Jednakże bez żadnego skutku. Wśród krzyków pijaków, brzmiała piosenka dedykowana Borsukowi:
Małe piwko, małe piwko - wypij za nas trzech, do dna!
Małe piwko, małe piwko - wielkiej siły ci to da!
Małe piwko, małe piwko - hej, poprawi smutki twe!
Małe piwko, małe piwko - i zapomnisz, że ci źle!
- Brann, jeszcze takie jednnn...jedno takie! - z trudem wymówił, a raczej wymruczał, Borsuk, chwytając za kolejną już porcję świeżego piwa.
Do baru wbiegł Venix - strażnik, a tym samym najlepszy kumpel Borsuka. Głośno sapiąc, zdyszany poszukał wzrokiem po karczmie swojego przyjaciela.
- Vylyen? - zapytał, czekając na odpowiedź
- Tutaj! - krzyknął znajomy głos
Venix był dosyć młodym chłopcem, o dużym marzeniu bycia rycerzem, co było bardzo trudną czynnością, zwłaszcza w tych czasach. Blondyn ten, jak zawsze czysty i wypielęgnowany, miał charakterystyczny cienki głos przypominający małą, chichoczącą się hienę.
- Vylyen! Posłuchaj! Napadli na bank Lechumora! Musimy odzyskać złoto! Szybko, gońmy złodziei! - krzyczał popędzając Borsuka i pomagając mu wstać z krzesła - Lord Velvares obiecał nagrodę temu, kto przyprowadzi żywcem przestępce!
Nie tracąc czasu na wyjaśnienia, obaj wybiegli z baru, kierując się w stronę długiej alei, prowadzącej do tak zwanej handlowej części miasta, gdzie jak sama nazwa wskazuje możliwy był zakup wszystkiego, co może się przydać - od żywności i narzędzi - po broń, potrzebną do przetrwania w lasach, lub gdziekolwiek, poza miastem.
- Może jeszcze zdołamy go dogonić - krzyczał zmęczony już biegiem Venix - Nie mógł daleko uciec!
Borsuk był jeszcze trochę pijany, co stwierdzić było można po jego koślawym biegu oraz mruczeniu czegoś niezrozumiałego pod nosem. Skręcając w uliczkę, przewrócił się parę razy, raz to potykając się o kamień, kolejny zaś tracąc równowagę, przez działanie alkoholu, co powodowało stratę czasu. Vylyen śmiał się, sam nie wiedząc dokładnie z czego i śpiewając na okrągło jedną z tych wesołych śpiewek, które to często można było usłyszeć w karczmie.
- Jest tam! Widzę go! - krzyknął z podnieceniem w głosie, Venix - Vylyen! Ty pobiegnij z lewej strony budynku!
Zauważenie złodzieja najwyraźniej dodało strażnikowi siły, gdyż ze zasapanego i zmęczonego chłopca, stał się nagle szybki, jak gepard mężczyzna o umiejętnościach bestii.
Sprawca kradzieży biegnąc za kuźnię, potknął się parę razy, o kamienie leżące na ziemi, cicho przeklinając.
- Bierz go, Vylyen! - rozkazał Venix - Ja pobiegnę z lewej, ty z prawej i złapiemy go w pułapkę!
Jak powiedział, tak też zrobili. Niestety, jednak ostatnie butelki wina, wypite przez Borsuka w barze, musiały dopiero teraz zadziałać, gdyż strażnik biegł coraz bardziej koślawo splatając sobie nogi.
- Zasss... hygh! Zastosuuu...je...metodę...oposa! - krzyknął, po czym przewrócił się niezdarnie na trawę ogrodu.
Krzyczał coś jeszcze, po pijanemu, jednak nie było w tym nic, co można było zrozumieć i przetłumaczyć na nasz język.
Venix stracił nadzieję goniąc złodzieja w kierunku Vylyena, którego nie było widać. Zdyszany już złoczyńca uciekając przez ogród, przeskakując przez różne przeszkody, nie zauważył strażnika leżącego w gęstwinach trawy i potykając się o ciało runął na ziemię łamiąc sobie przy tym przednie zęby.
- Vylyen! Złapałeś złodzieja! - uradował się Venix, podbiegając do złoczyńcy i przywiązując mu ręce - Złapałeś złodzieja! Jesteśmy bogaci, rozumiesz?
Borsuk podniósł się z ziemi, wstanął.
- Se...ssserio?
***
Kolejny już chłodny dzień, Vylyen spędzał przy butelce słodkiego, czerwonego wina, przywiezionego prosto z Wechtenlandii - kraju o dużych obszarach, gdzie rosły jakieś drzewa cytrusowe, czy inne centrum zdrowej i surowej żywności. Na cześć największego pijaka, Vylyena powstało nawet znane wszystkim - ,,Borsucze Mleko". Jest to piwo, której receptury nikt nikomu nie zdradził. A wymyślił ją wielki uczony alchemik - Constantino.
Podczas, gdy Vylyen topił swoje smutki i myśli w alkoholu, do baru pod ,,Karmiącym Kuflem" wszedł Venix. Z jego nowej zbroi oraz szczęśliwego uśmieszku na jego twarzy wyczytać było można, iż dostał awans.
- Vylyen! - krzyknął chłopiec, patrząc na upijającego się kolegę - Zamiast wydawać swoją pensję na wódkę, może byś zrobił coś pożytecznego, hę?
- Cz... co nibbby...?
- No, dobra! Dosyć tego gadania! Lord Velvares cię wzywa! - rzekł z jeszcze większym uśmiechem Venix
Vylyen wytrzeszczył oczy, jakby zobaczył ducha, bądź smoka, które to już bodajże dziesięć lat temu wyginęły.
- A-ale... j-jak to www...woła? - zająknął się zdziwiony Borsuk
- Nie wiem! Idź, to się przekonasz! Może awans? - teraz uśmiech Venixa już dokonał zenitu
- B-bboję sssię... że to coś g-g-gorszego...!
- Spokojnie! Może nie jest aż tak źle, jak ci się wydaje! - stwierdził Venix, następnie prowadząc jeszcze trochę pijanego Borsuka przez ramię, do koszar.
***
Koszary były duże, liczyły około dwustu osobnych pokoi i kwater dla służby króla oraz niego samego.
Pomieszczenie, w którym przesiadywał burmistrz, było czyściutkie, a zapach, który w nim przebywał przypominał, jakby to była raczej kostnica, nie gabinet. Na stole leżały między innymi różne mapy, szkice, plany, pióro z kałamarzem oraz nogi samego burmistrza.
Lord Velvares był bardzo miłym, kulturalnym i szanującym wszystkich oraz wszystko burmistrzem. Wspomagał biednych, tworząc różne akcje dobroczynne, a także fundował rozrywkę, taką jak np. walki na arenie.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść! - rozkazał burmistrz zdejmując z niechęcią nogi ze stołu - Proszę bardzo! - wskazał krzesło naprzeciwko jego.
- Pełne uszanowanie dla pana burmistrza! - rzekł spokojnie Vylyen
- Ech, oszczędźmy sobie tych przymileń! - powiedział Velvares, sięgając po świeżą jeszcze butelkę wina - Napijemy się?
- Chętnie. - uśmiechnął się Borsuk - W jakiej to sprawie burmistrz mnie wezwał do swego gabinetu? Czyżby jakieś przestępstwo? Bo jeśli tak, od razu jestem gotów!
- Nie, nic z tych rzeczy. - burmistrz nalał trunku do dwóch kubków - Jak wiecie już, prowadzimy wojnę ze stronami Dewordii. Wyspa, na której jest położony ten obszar, zawsze sprawiał nam problemy. Ale tylko tam są złoża rudy, potrzebnej do produkcji naszych zbroi, pancerzy, a przede wszystkim broni, bez której nie powstrzymamy wściekłych aggelonów, którzy to za każdą cenę chcą, by ta wyspa należała do nich. Wojna trwa zaledwie dziesięć lat, odkąd wielki rycerz - Gerniut, pokonał smoka z Naveiry. Więc postanowiłem zaatakować Dewordię, po czym przejąć kopalnie rudy. Ale to nie jest takie proste!
Lord Velvares pociągnął z kubka, chrząknął, po czym mówił dalej:
- Na czym to ja stanąłem? A, tak! Dlatego też muszę się dowiedzieć ile wojska ma Hermood, król Dewordii. I tu wkraczasz ty! - burmistrz wskazał palcem Vylyena
- Ja? - zdziwił się strażnik
- Tak, ty! - zaśmiał się Velvares - Wiadome jest, iż służbom króla nie wolno podróżować do innych państw. Ale, powiedzmy taki alchemik... Alchemik, który potrzebuje różnych roślin, składników do przyrządzania mikstur. A rośliny te z kolei rosną tylko i wyłącznie na obszarze państwa Dewordia. Co ty na to?
- Chwila, chwila! - żachnął się Vylyen - Czy ja dobrze rozumiem, że mam w przebraniu alchemika popłynąć aż do Dewordii i dowiedzieć się ile król Hermood zgromadził do tej pory wojska oraz ile rudy do tej pory wydobyto i czy da się wydobyć jeszcze więcej?!
- Dokładnie! - przytaknął król Vergendervanu (zwany także burmistrzem, nie wiadomo nawet czemu. Być może dlatego, że poza całym krajem, rządził także miastem, w którym obecnie dzieją się te wydarzenia?)
- Ale jak ja mam tego dokonać? Przecież, gdy zadam takie pytanie, straż od razu mnie zamknie i to oni mnie przesłuchają, a nie ja ich! - trzeźwy Vylyen zachowywał się znacznie lepiej, ale rzadko można było go spotkać w takim stanie, gdyż gdy zobaczy on alkohol, od razu się nie może powstrzymać od picia.
- Oczywiście, że się nikogo nie spytasz! - tłumaczył Velvares - Będziesz tam, jako szpieg! Podsłuchasz jakąś rozmowę, albo (co jest o wiele lepsze, gdyż będę miał dowód) wykradniesz dokumenty i wrócisz tutaj!
Vylyen nadal okazywał zdziwienie.
- A złoto? Dostanę? I oczywiście statek!
- O nic się nie martw! Ja wszytko załatwię! - obiecywał Lord Velvares
- Kiedy wyjeżdżam? - Borsuk zbladł
- Jutro z rana. - rzekł burmistrz, a tym samym król Vergendervanu.
***
Statek już czekał. Zaspany Vylyen miał szczęście, że zdołał jeszcze zdążyć, kiedy to okręt miał właśnie odpływać.
Statek osobowy woził mieszkańców z Vergendervanu do Dewordii i odwrotnie. Podróżujący zwykle nie narzekali, iż dobrze wiedzieli, że wypływają na swoją własną odpowiedzialność i że cokolwiek złego się stanie, winy nie będzie ponosił burmistrz, tylko oni sami.
Okręt był dość duży, wyposażony w najnowszy sprzęt, w tym także obronny, mógł więc stawać czoła nawet najbardziej wyszkolonym piratom na morzu.
Vylyen w stroju alchemika wyglądał trochę śmiesznie. Zapewne strój był za duży, co powodowało kilkukrotne przewrócenie się i odniesienie paru małych ran. Na szczęście na pokładzie znajdował się lekarz, który - nawet za darmo - pomagał chorym, a przy chęci podarowania mu złota ze strony pacjentów, mawiał, że ,,przynajmniej trochę potrenuje". Fartem także był fakt, iż na statku nie było żadnego alchemika (poza Borsukiem, ma się rozumieć), dlatego też Vylyen mógł swobodnie rozmawiać na temat jego zmyślonych miksturach i składnikach, potrzebnych do ich przygotowania.
***
Drugi dzień na pełnym morzu był znacznie spokojniejszy. Południowy wiatr, który pomagał statkowi płynąć dalej - na północ - był mocny. Okręt powoli sunął się po powierzchni wody.
Vylyen wstał wcześnie. Zmęczony całą tą sytuacją ucieszył się na wiadomość, że można wypić tu dużo rumu, w tym i grogu. Poczuł chęć bycia marynarzem.
Siedział tak patrząc na morze i popijając od czasu do czasu rum z butelki, którą podarował mu kapitan Meva - właściciel tego przepięknego statku.
Tak, więc płynęli...i płynęli...aż dopłynęli.
***
Dopiero po około dziesięciu dniach na ziemi zwanej Dewordia, było stąpać Borsukowi.
Państwo wyglądało pięknie. Zdaniem Borsuka (podpitego już trochę rumem) było piękniejsze niż tereny Vergendervanu, które to świeciły ładem architektury wśród graniczących krajów.
Po drodze do stolicy Dewordii - Fargehttu, Vylyen zwiedził duże ilości karczm i barów, upijając się w nich - i nie zawsze wychodząc z tego cało. Zdarzało się, że Borsuk przez swoje pijaństwo wpadł do pobliskiej rzeki, albo pobił się ze swoim ,,pokrewnym", ale tak, czy siak - dotarł w końcu do centrum państwa.
***
Tak, jak miasta Dewordii były piękne, tak stolica prezentowała się jeszcze lepiej, ukazując swe zabytki oraz punkty rozrywki, jak np. arena, na której tylko jeden wojownik wychodził żywy, drugiego natomiast nieśli na wielkiej, okrągłej tarczy, symbolizującej klęskę oraz śmierć przegranego.
Na arenie zbierał się tłum ludzi, chcących obejrzeć imponującą walkę między gryfonem z Vasii, a człowiekiem mieszkającym w Vergendervanie.
Gryfon, tak jak i człowiek nosił na sobie wielką, srebrną zbroję, a także podłużny i ostry jak brzytwa - miecz. Człowiek najwyraźniej był trochę słabszy, gdyż miecz ten, w porównaniu do gryfona, trzymał oburącz.
- Podnieście kraty! - zabrzmiał głos nadzorującego i jednocześnie sędzi.
W parę sekund obaj wojownicy wybiegli na środek areny, tucząc się nawzajem swoimi dużymi mieczami.
Mieszkaniec Vergendervanu, chciał zadać gryfonowi potężny cios w ramię, lecz ten odskoczył, następnie szybkim obrotem - ciął przeciwnikowi w brzuch, a ten wyjąc z bólu padł na kolana.
- Arggghhhh....! - przegrany już pluł krwią, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa.
- Giń, wieprzku! - gryfon wbił miecz prosto w serce człowieka, tym samym zabijając go.
Kibice klaskali.
- Takiej szybkiej walki, to ja chyba nigdy w życiu nie widziałem! - krzyknął, śmiejąc się jeden z tych byłych czempionów.
Vylyen wypił jeszcze trochę ,,Ciemnego Sopla", po czym ruszył w kierunku zamku króla Deworii.
***
Przed zamkiem króla, zbudowany został wielki plac, na którym można było coś kupić, coś sprzedać, coś wypić...
...oczywiście Borsuka najbardziej interesowało to ostatnie. Vylyen podszedł do kramu stojącego obok murów zamku.
- Ty tutejszy? - usłyszał pytanie zza pleców
Był to troszkę starszy już mężczyzna, sprzedający świeże - zatem i śmierdzące - ryby.
- Jesteś stąd? - powtórzył handlarz
- Nieeee, z Vergendervannnn-nu... - odparł pijany już Borsuk
- Więc uważaj! Takich jak ty, tutaj wieszają za jaja! - mówił poważnie staruszek - A powiedz mi, po co tu przypłynąłeś?
- J-jja jestemmm alchemikiem, n-nnie ww...widać?! N-nie jestemm...straż...nie strażnikiem! J-jesttt...em alchemmmikiem...!
- A dlaczego nie strażnikiem? - uśmiechnął się szyderczo handlarz rybami
- B-bbo...bo Lord Vervvare...s...kazzał... - z trudem wymówił Vylyen
- A czemu ci tak kazał?
- Www...wojsko!...podsssłuchać...!
Handlarz już o nic nie pytał, tylko zajmował się kolejnymi klientami, podając im śmierdzące ryby.
***
Cicha noc. Wszyscy mieszkańcy Fargehttu śpią. Prawie wszyscy...
W jednym z pokoi zamku spotkały się dwa cienie, podając sobie ręce.
- Człowieku, czego chcesz? Wiesz, że ja o tej porze już śpię! A gdy król się dowie, że się z tobą spotykam, to mnie zamorduje! - krzyczał szeptem jeden z nich
- Spokojnie, nie zamorduje! - zapewniał drugi - Nawet da ci awans!
Pomieszczenie było małe. Ogień świeczki oświetlał tylko jego małą część, w której stały tylko jakieś beczki i skrzynie.
- Co ty, u diabła kombinujesz? - jeden z nich podniósł świece wyżej
- To, że w nasze rejony przemknął szpieg! I w dodatku głupi jak osioł!
- Czyli, mam to zgłosić? I tak nie dostanę podwyżki! - zdziwił się pierwszy
- Nie, nie tak zrobisz... Nasz szpieg jest strażnikiem, wysłannikiem króla Velvaresa! A jeśli tak, to wie dużo o tym, ile król zebrał wojska! - tłumaczył drugi
Pierwszy cień podniósł świecę jeszcze wyżej, niż poprzednio.
- Ale jak on mi to wygada?! Chyba nie jest taki głupi!
- Nie, ale jest bardzo czuły na alkohol! Po prostu upijesz go, zdobędziesz informację i wyśpiewasz pięknie wszystko królowi!
Zapadło kilka minut ciszy. Pierwszy cień najwyraźniej coś rozmyślał. Układał sobie wszystko po kolei w głowie, następnie uniósł ją, uśmiechnął się i rzekł:
- Kevin, jesteś geniuszem!
- Wiem! - przyznał rację drugi cień
Ten pierwszy, jeszcze chwilę się zastanowił.
- No, dobra! Zrobię jak powiedziałeś! Tyko idź już, bo śmierdzi od ciebie rybami! Już cię tu nie ma!
Zapadła cisza. Pierwszy cień został sam, nadal rozmyślając.
***
Wiatr poruszał się leciutko, szepcząc cicho coś do ucha.
Dzień taki, jak zwykle. Nic szczególnego... Nawet na placu króla Hermooda, jakoś tak zwyczajnie... Tylko Vernardt, generał wojsk i jednocześnie doradca króla, wydawał się dzisiaj dziwnie uśmiechnięty. Szedł właśnie wąską uliczką, prowadzącą do baru pod ,,Rosnącą Gruszą". Nikt nie wiedział, dlaczego się tak nazywa - koło karczmy nie stało żadne drzewko, a co dopiero grusza. Vernardt stanął opierając się o ścianę karczmy i czekał.
Vylyen właśnie wychodził z domu, kierując się (jak zwykle) do karczmy, by opić wczorajszy dzień, w którym to - co się działo - niestety nie pamiętał. Już miał zamówić piwo, gdy ni stąd, ni zowąd zatrzymał go generał Vernardt.
- Przepraszam - powiedział - To pan jest tym alchemikiem, który przybył aż z Vergendervanu, do nas, by zebrać jakieś rzadkie rośliny?
- Tak, skąd pan wie? - odparł zdziwiony (jeszcze trzeźwy) Borsuk
- Wie pan, u nas wieści dość szybko się rozchodzą - mówił generał - Jestem Vernardt, generał od spraw wojska, tym samym prawa ręka króla. Według zwyczaju, jak zwykle gości z daleka witamy huczną kolacją. Czy dałby pan się zaprosić dziś wieczorem do karczmy ,,Pod Skutym Jelonkiem"? Bardzo bym chciał...
,,Generał od spraw wojska, tak? Przynajmniej może jakoś zdobędę informacje dla króla. Trzeba zaryzykować!" - pomyślał Borsuk.
- Dobrze się składa, gdyż właśnie jutro miałem wypływać z powrotem, do Vergendervanu - skłamał Vylyen - Więc swój ostatni dzień na tej wyspie spędzę na hucznej kolacji. Zgoda!
- Oczywiście ja za wszystko zapłacę! - zapewnił Vernardt, po czym razem podali sobie ręce - Będę tam na pana czekał!
***
Wieczór przyszedł szybko. Vylyen wypił resztki trunku z solidnego, acz glinianego kufla, następnie wychodząc z karczmy skierował się do następnej - ładniejszej.
Gospoda od wewnątrz, tak samo jak i od zewnętrznej strony - wyglądała wspaniale. Dokonywały tego piękne stoliki oraz pozłacane krzesła wykonane z solidnego drewna - zapewne dębu, gdyż były twarde niczym skały (absolutnie nie do zniszczenia).
Klimat tam panujący nie był taki sam, jak ten z okolicznych barów, które zwykł odwiedzać Borsuk. Było w nim coś spokojniejszego i bardziej opanowanego.
Ludzie, którzy tam przebywali zachowywali się cicho i kulturalnie, miny mieli poważne. Starali się nie zakłócać spokoju będącego w budynku.
Nie było żadnych wesołych śmiechów, przyśpiewek, czy brutalnych okrzyków, symbolizujących nadmiar alkoholu.
Generał siedział po prawej stronie pomieszczenia - przy oknie. Zdawał się być także spokojnym. Uśmiechał się tylko lekko, patrząc na szare i smutne uliczki miasta, marząc o Bóg wie czym.
Na widok wchodzącego Vylyena uśmiechnął się jeszcze szerzej i milej.
- Proszę, niech pan siada - rzekł uprzejmie wskazując krzesło - Yuk! Podaj nam coś do jedzenia i jakieś wino z najwyższej pułki!
Yuk, bo tak nazywał się właściciel baru - przyniósł po chwili na dużej, srebrnej tacy - piękną pieczeń z dzika. Nie minęła chwila, a na stole pojawiła się również butelka wytrawnego wina.
Vernardt nalał po troszeczku do dwóch kubków, myśląc jak zagaić rozmowę.
- Tak, więc... Jakich pan roślin szuka do tych eliksirów? - zapytał
Vylyen nie był przygotowany na takie pytania, toteż mówił, co wiedział.
- Różne. - odparł - Od liści Verdetty, nawet po kwiaty Hursembli, które rosną tylko w jaskiniach i podziemnych tunelach.
Vernardt starał się dużo nie pić, nalewał sobie tylko kapkę, natomiast Borsukowi wlewał całą pojemność dużego, drewnianego kubka.
- Do jakiego eliksiru są potrzebne panu te składniki?
- Do całkiem wszelakich. - odpowiedział krótko Vylyen - Najczęściej do tych o właściwościach leczniczych.
Vernardt odstawiając kubek i nalewając jeszcze trochę wina do kubka Borsuka, zabrał się za dziczyznę.
- A jak tam się miewa Lord Velvares? - generał powolutku zmierzał do celu - Dawno z nim nie rozmawiałem! Radzi sobie?
Wino powoli zaczynało działać, dlatego też Vylyen coraz bardziej wydawał się być pijany.
- Lorddd...Veaeal-l...Velvvvarresss...m-mmiewwwa....się...dobrzrzrze? - wymruczał Borsuk
Vernardt się uśmiechnął.
- Aaaa...! Tttyy-y...się nie...n-nnapijjesz...? - spytał kręcąc oczami Vylyen
- Raczej nie zaszkodzi! - zaśmiał się generał, nalewając sobie pełny kubek
Wypił jednym haustem.
***
Nie minęło kilka minut, a obaj nasi goście byli opici jak bele (oczywiście Vylyen był bardziej odporny na alkohol, toteż kilka pełnych kubków nie robiło na nim zbyt dużego wrażenia).
- Aaaa...! J-jjakkk...tenn-n...no!...jak...się mmiewwwa-a...król...? - spytał opierający się ręką o stół generał
- N-nnieee...nie wieemmm!!! - wołał głośno Vylyen - O...! t-tty mi...!
- Ejjj...A illle...maccc...hygh!...ie...wojss-ka...ka? - zadał pytanie Vernardt
Borsuk miał już odpowiedzieć, gdyby nie butelka wina, która rozlała się na jego szerokie ubranie.
- Cholera! - zaklął
Vylyen odszedł pijanym krokiem do okna i zaczął suszyć ubranie, machając rękami - to w prawą - to w lewą stronę. Wyglądało to bardzo śmiesznie.
Yuk stanął obok Vernardta.
- Może już wystarczy, hę? - zapytał
- N-nnie...!...Vylyennn nie w-wwyjjedzie sttąd...dopóki...się...nie...dd-dowiem...! - odparł generał, bawiąc się pustym już kubkiem
- Jak pan sobie życzy! - rzekł Yuk, po czym szybkim ruchem wyszedł z powrotem za ladę
Vylyen jeszcze przemoczony usiadł na krześle, opróżniając resztki trunku.
- J-jjakkie...ttto...ppytanie...mmiałłem...ci...zada...ć? - Vernardt upuścił kubek na podłogę
- Yyy...wiem!...ille...w-wwojsk...a...macccie...? - wymruczał Borsuk - tak-kkie...pytannie było...!
- Ahha...! Wojssskka??? Ill-le...mammmy...? Okkoło-oo...pięciu...tt-tyssięc...cy...!...piechotty...i konnicccy...?! Tt-tak...chyb...tak...! - wymamrotał Vernardt
- Rr-rudd..rudy ille www..ydobyliści...? - pytał dalej Vylyen
- Hohoho!...aż...siedemtysięccy...skrzyń!...hehehe!...Pokonamy ten pp-pieprzonny... Vergendervv-va...n! - śpiewał śmiejąc się generał
- Nn-no...!...ja mmuszę..się, już...tego, no!...zbierać...! Dowwidzenia...! - Vylyen założył kapelusik, który leżał na stoliku (zapewne jakiś dziadek go tu zostawił)
Yuk spojrzał w okno, chwilę potem znów podszedł do Vernardta.
- Dowwwidzenia-a! - krzyknął generał - J-jjeszcze się...spottkammyyyy-y!
Vylyen wyszedł.
- Jest pan pewien, że chce go pan generał puścić wolno? - zapytał poważnie Yuk
- T-ttak...! Wszszystt-tko...sobie powiedziell-liśmmy...! Mamm...informacje...dla król-la...! HAHahahaha...! - odparł Vernardt bujając się na krześle
Wszystko przebiegało pomyślnie...
***
Poranek wyglądał tak samo, jak wcześniej. Jakby wycięty z obrazka.
W zamku króla Hermooda, w jednym z pokoi leżał Vernardt, powoli odzyskując siły.
- Wody... - wyszeptał cicho - Mojja...głowa...auuaa...
- Spokojnie. - zapewnił sługa - Zaraz przyniosę panu lód!
- Cicho...cicho... - rozkazał generał trzymając się za głowę
Do pokoju wszedł Kevin, handlarz rybami.
- Witam, generale! - krzyknął poważnie - Właśnie przed chwilą widziałem szanownego pana Vylyena, jak wchodził na statek. Czy uzyskał pan informacje?
- Tak... - uśmiechnął się Vernardt - Wszystko...wiem! Hihihi...
- No, więc? - domagał się odpowiedzi niecierpliwy Kevin
- Więc...chyba...około...pięciu...tysięcy piechotty...i konnicy... - mówił cicho generał - Ruda...siedem...tysięcy skrzyń...,a...natomiast
- Zaraz, zaraz! - ocknął się Kevin - Przecież to jest skład naszego wojska! Coś ty mu nagadał?!
- O cholera! - wstał mimo bólu głowy, generał Vernardt - Gońcie tego wieprzka! Nie dajcie mu uciec z wyspy! O Borze! Co ja uczyniłem! A, to lis chytry! Już, migiem! Gonić go! Przyprowadzić żywego!
Około dziesięciu żołnierzy wybiegło niczym wściekłe gryfony, z zamku i kierując się w stronę portu, popędził również Vernardt.
- Niech, no dostanę tego gówniarza! Nie ucieknie mi! - groził, wymachując swym dużym mieczem
Vylyen stał już na statku, żegnając tę przepiękną wyspę, pełną dobrego alkoholu i pięknie kwitnących roślin.
Generał Vernardt razem z żołnierzami wbiegli do portu, kiedy właśnie okręt pełen pasażerów, wypływał na szerokie morze.
- Cholera! - zaklął generał - Cholera! Cholera! Cholera! Choleraaaaa!!!!!!
Vylyen uśmiechając się lekko, pomachał wyspie.
***
Vergendervan Piękny Vergendervan. Najlepszy...
- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, co nie Burek? - Borsuk siedział w karczmie pod ,,Karmiącym Kuflem" i popijał świeże, pieniste piwo.
Obok jego nogi leżał kudłaty pies, średniej wielkości, skubiąc resztki jedzenia, jakie zostawił mu pan.
- I tak to się skończyło, drogi Burku! - tłumaczył psu Vylyen - Lord Velvares, dał mi wysoką nagrodę, a ja właśnie zamieniam je na piękne, pozłacane kufle pełne smacznego piwa!
Pies wstał i wskoczył na panu na kolana.
- I wierz, co? - dodał po chwili Borsuk - Tak to już jest, że kiedy wypłynąłbyś nawet na drugi koniec świata, gdzie sądziłbyś, że jest najpiękniej - i tak wrócisz w końcu do domu, gdzie jest twoje najlepsze miejsce!
Pies zaskomlał leniwie, jakby chciał potwierdzić zdanie swojego pana.
W drzwiach karczmy stanął Venix, jak zwykle uśmiechnięty.
- No, Vylyen! - przemówił do Borsuka - Zakładaj mundur, masz zadanie do wykonania! Lord Velvares cię wzywa!
Vylyen spojrzał na psa i stwierdził:
- Widzisz, Burek? I nawet gdybyś był na tym swoim końcu świata, to i tak te zasrane obowiązki będą cię wzywały!
Wszyscy się głośno zaśmiali (pies oczywiście zaszczekał).
Jeśli chodzi o znaki interpunkcyjne to musze przyznac, ze bylo ich "troche" . Kilka literowek, miejscami za duzo przecinkow ale ogolnie to dobrze. Fabula "gdzie/nie gdzie" stawala sie monotonna. Pochwalam tez to, ze napisale cos tak dlugiego. Plus dla Ciebie. Moja ocena to +7/10 . Trzymaj tak dalej.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach