Poniższe opowiadanie będzie się różnić od większości. Nie jest to fantasy/sc-fi/opowieść o gangsterach. Nie macie co liczyć na rozmaite walki, wojny i rozpruwanie ciał. To jest zgoła odmienne...
Najważniejsze postacie :
Łukasz "Sticz" Racławski - Urodzony 07.07.1991. Mieszka w Częstochowie. Żyje w rodzinie alkoholików przez co jest osobą agresywną wobec ludzi spoza kręgu bliskich znajomych. Uczęszcza do Gimnazjum nr.9 i szykuje się do powtórzenia II klasy gimnazjum. Znajduje się pod nadzorem kuratora, po pobiciu syna wicedyrektorki.
Agata Kołodziejczyk - Urodzona 14.12.1992. Dziewczyna Łukasza od półtora roku, mieszka w Częstochowie. Po wakacjach będzie z nim uczęszczała do tej samej klasy. Jej rodzice są bardzo negatywnie nastawieni do związku z Łukaszem.
Robert "Byku" Jędryka - Urodzony 01.08.1991. Najlepszy przyjaciel Łukasza z którym zna się od zerówki. Tak jak Racławski będzie powtarzał drugą klasę z powodu nieobecności. Znajduje się pod nadzorem kuratora.
Jarosław "Erni" Kurda - Urodzony 26.09.1990. Przyjaciel Racławskiego, który niedawno wrócił z pięcioletniego pobytu w Czechach, przez co mówi z wyraźnym akcentem. Zaczyna edukacje w Liceum Ogólnokształcącym im. Kopernika.
Lena Kurda - Urodzona 08.06.1992. Przyjaciółka Łukasza i siostra Roberta. Tak jak Agata od przyszłego roku szkolnego będzie chodzić z Racławskim do tej samej klasy.
Iza Balicka - Urodzona 16.01.1991. Przyjaciółka Racławskiego z jego - do niedawna - klasy w gimnazjum.
Sabina Harmik - Urodzona 30.03.1992. Najlepsza przyjaciółka Agaty, która zarazem stara się przekonać do siebie Łukasza.
Żeby nie było niedomówień - akcja zaczyna się na początku sierpnia 2006 roku. Wszystko dzieje się w Częstochowie.
Ławki pod jednym z bloków na ulicy Ogińskiego. Na jedynych ukrytych w cieniu siedzeniach skryła się grupka czterech młodych osób. Zachowywały się dość głośno a gdy usiedli od razu było słychać charakterystyczny syk otwieranego piwa.
-Kto pali? - Zapytał Jarek.
-Wiesz Erni, że ci nie odmówię, zwłaszcza przy piwie. - Powiedział zdecydowanie rozradowany Łukasz, odbierając od Jarka czerwonego Viceroya.
-Strasznie jesteś rozradowany jak na kogoś kto kibluje... i to po takiej aferze jaką wywołałeś. - Rzucił ku odpalającemu papierosa Łukaszowi.
-Jarek musisz mu to ciągle wytykać? - Syknęła na niego dziewczyna siedząca obok.
-Lena nie musisz mnie niańczyć. - Przerwał Racławki podając Erniemu zapalniczkę. - Prawda jest taka, że takiej afery w szkolę nie było... w każdym razie odkąd ja tam chodzę. Agata... - Powiedział zwracając się ku dziewczynie obok. - Co ty dzisiaj tak cicho?
-Myślę nad szkołą... wiesz nas tez uczy wicedyrektorka.
-Aj tam się przejmujesz. Stara suka wie, że jeśli niezasłużenie mnie udupi to kuratorium dobierze się jej do dupy. Poza tym jest sierpień nie masz o czym myśleć? - Objął Agatę jedną ręką, drugą wkładając sobie papierosa do ust i mocno się zaciągając. Gdy wypuścił dym wiatr skierował go wprost ku niej.
-Łukasz... - Powiedziała odgarniając parę włosów z czoła. - Przesiądź się dobrze? Wiesz, że nienawidzę tego dymu. Prosiłam cię, żebyś rzucił palenie, dlaczego tego nie zrobisz? Narzekasz, że ciężko ci przeżyć za pieniądze, które zabierzesz rodzicom i dostaniesz od dziadków, a tymczasem ty wywalasz je na alkohol i papierosy.
-Papierosy mnie uspokajają. Chyba tylko dzięki nim nie rozbiłem matce albo ojcu tego pustego łba.
-Ta jasne efekt placebo... - Rzuciła kierując wzrok w inną stronę i zakładając ręce na wysokości klatki piersiowej. Racławski chcąc załagodzić sytuacje rzucił papierosa na ziemię, gasząc go butem.
-Ej, ej! - Zareagował odrywając się od butelki Jarek. - Chłopie to był prawie cały papieros. Nie mogłeś go tylko przygasić? To nie rośnie na drzewach... K..rwa. - Warknął na siostrę, która kopniakiem w łydkę dała mu znak by zamilkł.
-Spotkamy się jutro dobrze? Nie mam dzisiaj humoru... - Powiedziała Agata zarazem wstając z miejsca.
-Chyba nie jesteś obrażona o durnego papierosa? - Zareagował Łukasz - Daj spokój siadaj... - dodał klepiąc dłonią w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą siedziała.
-Nie, nie... chciałabym jedynie kiedyś porozmawiać z tobą w samotności.
-Możemy to zrobić i teraz.
-Nie przeszkadzaj sobie naprawdę. Mamy dużo czasu. - Powiedziała uśmiechając się przy ostatnich słowach. Pomachała w jego kierunku dłonią i odeszła stukając niskimi obcasami swoich butów. Łukasz jedynie westchnął, pociągając przy okazji zdrowo z butelki.
-Idziemy do mnie? Jarek, chętnie spiorę cię znowu w Fife.
-Jasne, jasne. Możesz pomarzyć to ja jestem górą. - Na pewno nikomu nie uciekło to jak skaleczył słowo "możesz". Jego akcent był motywem przewodnim niejednego żartu...
-Mohę, mohę. - Rzucił prześmiewczo Łukasz. - Lena też idziesz nie? Napijemy się przy okazji czegoś zimnego, a nie piwa z pseudo lodówki.
-Na pewno nie zostawię ciebie i mojego brata samego. Kto by was potem odebrał z posterunku?
-Moi starzy. - Według Łukasza miało to zapewne być żartem, ale w jego sytuacji zabrzmiało to co najmniej ponuro. Nie kontynuując dialogu na ławce cała trójka wstała i przechodząc kilka metrów doszli pod klatkę Racławskiego. Wnętrze klatki, zresztą jak cały blok, było zadbane. Nienaruszone skrzynki i koszyk na reklamy, ładnie pomalowane ściany. Jedynie w paru miejscach poręcz lekko się chwiała. Tak zadbane miejsce zdecydowanie nie pasowało do ludzi takich jak jego rodzice. Dom tak samo jak i większość wyposażenia zawdzięczali dziadkom, którzy teraz stali się wrogami numer jeden, gdyż tylko oni poza Łukaszem starali się otwarcie walczyć z ich nałogiem. Walka ta była niestety bezcelowa i gdy przez alkohol stracili ostatnią pracę, wszyscy się poddali. Można by zapytać się skąd oni biorą pieniądze. Obu przysługuje przez najbliższy czas zasiłek dla bezrobotnych... a poza tym nie oni jedyni są na tym osiedlu alkoholikami. Bywa, że nie ma ich w domu po parę dni i są to zdecydowanie najspokojniejsze momenty, jakie to mieszkanie widziało. Co będzie potem? Go to nie interesowało. Wiedział, że jedyne co mu grozi to przeniesienie do dziadków, którzy mieli obsesje na punkcie nauki. Docierając na ostatnie piętro przysiedli na schodach. Na zewnątrz od paru dni panował niezwykły skwar, a klatka schodowa była miejscem w miarę chłodnym. Dopiero po paru minutach Łukasz pozbierał się by otworzyć drzwi. Wchodząc do środka odruchowo spojrzał w prawo - na wiecznie zamknięte drzwi do pokoju rodziców. Jak to zazwyczaj bywało zza cienkich drzwi w stylu "harmonijka" nie dobiegał żaden odgłos. Jedynie czasami stukanie butelki lub głośny huk gdy któreś próbowało wstać przerywało grobową ciszę panującą zazwyczaj w domu...
-Wchodźcie. - Powiedział zdejmując buty. - Właźcie do mnie to pokoju ja idę po coś zimnego. - Szybko skierował się do kuchni, która sama w sobie była obrazem nędzy i rozpaczy. Mnóstwo nieumytych naczyń i ogromny syf na stole. Porozsypywane jedzenie wcale go nie zdziwiło. Od razu na myśl przyszło mu, że jeden z jego rodzicieli przyszedł się pożywić. Otworzył lodówkę, wyjmując z niej dużą butelkę czerwonej Ice Tea marki Lipton. W okresie letnim był uzależniony od tego napoju i poza piwem była to chyba jedyna rzecz jaką pijał o tej porze roku. Zajrzał przy okazji do zamrażarki, oglądając stertę tanich, mrożonych pizz, które wraz z zupkami chińskimi stanowiły jego codzienny jadłospis. Cóż były to jedyne rzeczy, które udawało mu się schować przed rodzicami i jedyne, których nie mogliby zmarnować tak jak to robią z całą resztą. Nie zaprzątając sobie tym głowy ruszył do swojego pokoju, przy samych drzwiach przystając jeszcze na chwilę by rzucić okiem na drzwi za którymi skrywało się źródło jego nieszczęścia. Gdy tylko wszedł do siebie zasunął z hukiem drzwi. Pomieszczenie w którym spędzał każdą chwile spędzoną w domu było - poza łazienką - najmniejszym pomieszczeniem. Szafa z odsuwanymi drzwiami po prawej i piętrowe łózko po lewej wystarczało by korytarz, który prowadził ku biurku pod oknem był na tyle wąski, że przechodzić mogła nim na raz tylko jedna osoba. Rzucił napój na górne piętro łóżka przepędzając przy okazji Jarka z fotela przed komputerem. Z szuflady wyjął PAD'a i podpinając go odpalił przy okazji wirtualny obraz gry. FIFA akurat była jedną z niewielu oryginalnych gier jakie posiadał (nie licząc tych z gazet), ale niesamowicie drażniło go ciągłe wkładanie płytki do napędu. Podał kontroler siedzącemu na łóżku Jarkowi.
-Tylko panowie... nie szalejcie jak ostatnio dobra? - Przerwała ciszę Lena, ale wydawało się, iż jej słowa odbiły się od nich jak od ścian. - Łukasz... mogę skorzystać z prysznica? - Racławski milcząco przytaknął spoglądając na ekran ładowania. Pójście pod prysznic było dla niej tylko wymówką do wyrwania się z pokoju, który podczas gry Jarka i Łukasza zamieniał się w pole słownej bitwy. Weszła do łazienki, natychmiast zatrzaskując drzwi na zamek. Na początku ignorowała to ostrzeżenie Łukasza, jednak kiedy jego ojciec ledwo trzymając się na nogach wkroczył do łazienki gdy ona była akurat była "za potrzebą" zaczęła się go słuchać. Rzuciła ubrania na pralkę i klęknęła w wannie chwytając prysznic. Odkręciła zarazem ciepłą jak i zimną wodę by ta nie była zbyt gorąca. Chciała się orzeźwić, nie poddusić. Letnia woda była na tyle przyjemna dla jej rozgrzanego ciała, że oblewała się nią już parę minut. Ale nawet szum wody nie był w stanie zagłuszyć Łukasza krzyczącego "Lampard! Lampard! Co za gol, co za gol!" oraz jej brata, który jak to miał w zwyczaju, nie potrafił się pogodzić z tym, że przegrywał. Gdy czas spędzony pod prysznicem dobijał już kwadransa zakręciła wodę i zaczęła się wycierać. Gdy miała się ubierać usłyszała intensywną rozmowę oraz coraz głośniejszy głos swego brata. Bez zastanowienia owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki. Na przedpokoju spotkała Jarka chodzącego z jednego na drugi koniec przedpokoju i zamawiającego taksówkę. Przynajmniej tak było można wywnioskować po jego słowach. Gdy stanęła w drzwiach do pokoju Łukasza ujrzała jego samego - z głową opartą o deskę łózka i opuszczonymi dłońmi. Gdy zorientował się o jej obecności rzucił w jej kierunku spojrzenie pełne smutku, ale też... pretensji?
-Coś się stało? - Zapytała niepewna czy powinna to robić.
-Agata jest w szpitalu... - Powiedział cicho ponownie zwracając wzrok ku ziemi...
Srebrny Mercedes W210 oblepiony numerami telefonów i logami swojej firmy przyjechał dopiero po dwudziestu minutach od złożenia zamówienia. Stanął przy chodniku, chociaż było to dozwolone tylko w godzinach nocnych. Ale ludzie, nigdy się tym zakazem nie przejmowali - i nie ma się co dziwić. Ilość miejsc parkingowych pod płotem kościoła to za mało by pomieścić wszystkie samochody z osiedla. Zwłaszcza w weekendy kiedy to ludzie woleli siedzieć w domach niż gdzieś wyjechać. Osiedle to było zdecydowanie zbyt ospałe dla osoby takiej jak Łukasz. Na tle emerytów oraz osób w średnim wieku, które żyły tutaj żółwim tempem on i jego znajomi zdecydowanie się wybijali. Nic więc dziwnego, że Łukasz z dwójką znajomych pośpiesznie wsiadających do taksówki przykuł uwagę kilku nudzących się w oknach emerytek.
-Do szpitala na Bielskiej. - Powiedział energicznie zamykając drzwi od samochodu.
-Gdybym mógł prosić nie trzaskaj drzwiami. - Rzekł pouczającym tonem taksówkarz. - No i masz pieniądze na przejazd? - Gdy Łukasz pomachał mu paroma banknotami, pogładził się po siwym, kilkudniowym zaroście i ruszył. W trakcie przejazdu komórka Łukasza praktycznie nie milkła tak samo jak i on sam. Nikt nie wiedział z kim rozmawia - wiadomo było, że ten ktoś jest w szpitalu. Nim taksówka dobrze wjechała na szpitalny parking od razu podbiegła do niej osoba ubrana w biały fartuch. Łukasz gestem pokazał by imponujących rozmiarów lekarz poczekał, aż wyjdzie.
-Jedenaście złotych i 83 grosze. - Racławski wręczył taksówkarzowi dwanaście złotych i nie czekając na resztę wyszedł z samochodu. W ślad za nim poszli Jarek i Lena.
-Cześć Łukasz. - Powiedział lekarz wyciągając rękę i starając się uśmiechnąć pod gęstym wąsem.
-Cześć wujku. Co się dzieje?
-Jak już ci powiedziałem... Agata trafiła do nas po ciężkim pobiciu. - Powiedział jakby speszony chowając dłonie w kieszenie fartucha.
-Ale to chyba nic ciężkiego? - Powiedział zaniepokojony zachowaniem swojego wujka.
-Jej stan jest ciężki. Nie została pobita rękoma tylko ciężkimi przedmiotami... - Łukasza przeszedł dreszcz. Oczy poszerzyły się do granic możliwości, a usta mimowolnie otworzyły się jakby próbowały wydać z siebie żałosny jęk.
-Jak... jak ciężki?
-Nie będę cie okłamywał... stan jest bardzo ciężki. Dostała morfinę i znajduję się pod tlenem. Boimy się o jej życie... najbliższe dwa dni zdecydują czy przeżyję. Ale nawet jeśli przeżyje może skończyć na wózku.
-Do cholery może nawet nie mieć nóg, ale ma żyć! Rozumiesz? Ma żyć i nie obchodzi mnie jak to zrobicie!
-Ej, spokojnie będzie dobrze... - Powiedziała Lena obejmując Łukasza. - Jest twarda, poradzi sobie.
-Wierzę w to... - Powiedział rzucając do wujka spojrzenie, które przeczyło jego słowom. - Mogę ją zobaczyć?
-Myślę, że tak. Ale nie uda ci się z nią porozmawiać.
-Wystarczy, że ją zobaczę... - Przy tych słowach, włożył ręce do kieszeni czarnych dresowych spodni. Zapewne w poszukiwaniu papierosów. - Jarek daj mi fajkę, muszę zapalić zanim tam wejdę. - Jednak od Jarka szybszy był jego wujek, który wysunął ku niemu paczkę mocnych Davidoffów. Gdy Łukasz wziął od niego papierosa, on uczynił to samo.
-Za parę... może paręnaście minut powinniśmy mieć wyniki badań. - Zagadał by zabić śmiertelną cisze, która zapadła. Łukasz w odpowiedzi jedynie niewyraźnie mruknął pod nosem. Widząc, że rozmowa nie ma sensu chwycił Racławskiego za ramie i dopalając papierosy ruszyli do szpitala. Nad budynkiem, zbierały się gęste deszczowe chmury, które jakby zwiastowały, że ma stać się coś złego. Zanim udało im się skryć w budynku szpitala, zdążyło złapać ich kilka kropel deszczowych, które zwiastowały większą ulewę. Łukasz zakupił 3 pary worków na buty i nawet dobrze ich nie zakładając ruszył wraz z wujkiem siecią korytarzy. W końcu zaszli do białych, niedomkniętych drzwi. Wyraźnie było słychać pikanie szpitalnego kardiografu. Położył dłoń na klamce nie wiedząc do końca czy chcę tam wejść. Potężnym pchnięciem otworzył drzwi na oścież szybko je za sobą zamykając. Agata, której twarz niemal w całości była skryta za bandażami wydawała się nie zauważyć gościa. Łukasz podciągnął do łóżka niskie krzesełko i siadł na nim ciężko. Chwycił, ubrudzoną zaschniętą krwią dłoń swojej dziewczyny i przyłożył do policzka. Z każdą chwilą wpatrywania się w nią dostrzegał nowe szczegóły, które pokazywały jak okrutni byli sprawcy. Chciało mu się płakać, ale w środku mówił sobie, że to ostatnie czego potrzebuję. Tę pełną żalu ciszę po paru minutach jego wujek, wyciągając go na korytarz gdzie czekał na nich drugi lekarz.
-Są wyniki badań? - Zapytał choć brzmiało to bardziej jak stwierdzenie.
-Tak przyszły do nas wyniki... - Lekarz zawiesił głos. Wujek Racławskiego widząc jak ciężko idzie jego koledze postanowił go wyręczyć.
-Ona umiera Łukasz...
Brawo! Bardzo ci grauluję tego konkursu i mam nadzieję że wygrasz . A opowiadanie bardzo fajne, ale Wartość Honor była lepsza. Wiesz? Znalazłem 1 błąd. Nie napisałeś też tylko tez. 9+/10.
Ha! Nie wiem, o mnie zmusiło do przeczytania tego opowiadania. Na początku coś mnie zniechęcała, lecz... Dobrze. Zacznijmy od samego początku.
Bardzo ciekawie przedstawiłeś głównych bohaterów. Ich demoralizacja niby jest oczywista, ale... Pokazałeś ich w sposób stawiający coś czarnego pod bardzo jasnym światłem. Jako osoba niezwykle uczulona na błędy każdej postaci zdołałem kilka znaleźć, lecz nie odbiły się one na wysokiej jakości opowiadania. Co do strony graficznej... przeszkadzały mi tylko pauzy w dialogach, które nie były oddzielone od następującego po nich wyrazu.
Dalej... fabuła. Jest realistyczną opowieścią o prawdziwym życiu. Muszę przyznać, iż wciągnęła mnie bardzo - jestem niezwykle zainteresowany dalszymi losami bohaterów.
Ogólnie opowiadanie bardzo dobre - lecz jeszcze nie zasługuje na najwyższą ocenę.
Dam... 9+/10. Czekam bardzo niecierpliwie na kolejne części .
_________________ "Pro Fide, Rege et Lege" - "Za Wiarę, Króla i Prawo" "Sic transit gloria mundi." - "Tak przemija chwała świata."
-Jaja sobie robisz co nie?
-Niestety nie. - Przemówił drugi lekarz. - Miała transfuzje i tylko to trzyma ją przy życiu, ale jej obrażenia są na tyle ciężkie i obszerne, że prawdopodobnie nie uda nam się jej uratować.
-A od czego wy (Cenzura) jesteście jak nie od tego? Ruszcie dupy do roboty i coś z tym zróbcie zamiast prorokować.
-Łukasz my już nic nie możemy zrobić. Pomogłoby jedynie przeszczepy organów, ale nie mamy dawców, a w kolejce jest wielu innych ludzi w podobnej sytuacji. Jeśli sama nie zawalczy o życie... nie przeżyje. - Łukasz chciał coś powiedzieć jednak słowa stanęły mu w gardle. Wiedział, że awanturowanie się z wujkiem nie poprawi sytuacji w jakiej znajduje się Agata.
-Sprawdź czy znajdzie się dla mnie miejsce na nocleg w szpitalu... - Powiedział do wujka po czym schował się w pokoju gdzie leżała Agata. Zaraz po zamknięciu za sobą drzwi w jego oczach natłoczyły się łzy, które w końcu zaczęły spływać po policzkach. Spojrzał na nieprzytomną Agatę i zaczął wspominać każdą szczęśliwą chwilę razem spędzoną. To jak poznał ją na koncercie jakieś tandetnej miejscowej grupy w szkole. Pierwszy taniec, pocałunek... po chwili otrząsnął się z tego stanu i zaczął krążyć po pokoju. Zaczęło go dręczyć pytanie kto jest za to odpowiedzialny. Kto mógł być tak okrutny i bezlitosny? Z jaką bestią Agata musiała stanąć oko w oko... Łukasz siedział w pokoju Agaty, aż do wieczora kiedy wkroczył do środka jego wujek.
-Niestety - powiedział szeptem - Nie znajdzie się dla ciebie żadne miejsce...
-Nie mogę spać na poczekalni?
-Myślałem o tym, ale dyrekcja się nie zgodziła. Musisz wrócić do domu. Zajmiemy się nią...
-Skąd mam wiedzieć czy jutro będzie żyła?
-Nie martw się tym teraz chłopcze... idź... specjalnie wziąłem dzisiaj nocny dyżur żeby mieć na nią oko.
-Dobrze... - Łukasz podszedł do Agaty i spojrzał na nią jakby to miało być ich ostatnie spotkanie. Po chwili wraz z wujkiem wyszedł na korytarz. - Gdzie są jej rodzice do cholery?
-Mają pojawić się jutro.
-Jutro... jak zawsze niezwykle troszczą się o córkę, a potem mają pretensje o wszystko do mnie. Cholerne staruchy...
-Spokojnie Łukasz. Olej ich po co o nich myślisz? Myśl o Agacie ona jest ważniejsza...
-Masz rację. - Powiedział opuszczając głowę. - Pójdę już... - Pożegnał się uściskiem dłoni z wujkiem i wyszedł na postój taksówek wsiadając do pierwszej lepszej.
Była może trzecia w nocy kiedy telefon zabrzmiał utworem "Ocean Avenue" zespołu Yellowcard. Łukasz siadł na łóżku, przetarł oczy i sięgnął po telefon.
-Co jest wujku? - Powiedział odbierając telefon i powstrzymując ziewanie.
-Agata odzyskała przytomność, Łukasz. Policja właśnie od niej wyszła. Podobno mają informacje o tym kto jest sprawcą.
-Dowiedziałeś się czegoś od nich?
-Niestety nie... ale powiedzieli, że złożą ci wizytę.
-Porozmawiamy na miejscu. Już jadę. - Łukasz natychmiast po tych słowach rozłączył się i wybrał kolejny numer. - Dobry wieczór chciałbym zamówić taksówkę na ulicę Ogińskiego szesnaście...
Światła taksówki przebijały mrok panujący na parkingu. Mimo oświetlenia pogoda skutecznie ograniczała pole widzenia.
-Gdyby pan mógł podjechać pod wejście do szpitala.
-Nie ma sprawy, tez nie chciałbym zmoknąć na twoim miejscu. - Rzekł sympatycznym głosem kierowca. Pod zadaszeniem przy głównym wejściu czekał na niego wujek, przyodziany dodatkowo w płaszcz. Łukasz zapłacił za przejazd i wyszedł z taksówki witając się z wujkiem i wkraczając do środka.
-Łukasz... - Powiedział do chrześniaka, któremu było niezwykle śpieszno do spotkania z Agatą.
-Potem porozmawiamy dobra? Chodźmy już.
-Słuchaj...
-O co ci chodzi wujku? Wykrztuś to z siebie!
-Nie zobaczysz się już z Agatą... - Łukasz oniemiał, patrząc otępiałym wzrokiem na swojego wujka. Dopiero teraz zobaczył ślady krwi na jego dłoniach. - Wiesz...
-Powiedz to... - Przerwał mu Łukasz. - Powiedz to do cholery jeśli to prawda!
-Ona umarła Łukasz. Dwadzieścia minut temu, akcja serca podskoczyła nie udało nam się jej opanować... i w końcu serce stanęło. Próbowaliśmy reanimacji, ale nie udało się... to stało się zaraz po moim telefonie do ciebie. - Racławski kręcił z niedowierzaniem głową. Zaczął cały drżeć a po twarzy spłynęły łzy.
-(Cenzura)! - Wrzasnął. - To nie jest prawda! - Nie bacząc na reakcje wujka pobiegł w kierunku pokoju Agaty. Niestety gdy wybiegł zza rogu na korytarz gdzie on się znajdował czekała go przykra niespodzianka. Na tymże korytarzu stali już rodzice Agaty. Na jego widok jej ojciec puścił swoją żonę z objęć i energicznie ruszył ku Racławskiemu.
-Co jest zrobiłeś sukinsynu?! - Wrzasnął chwytając go za koszulkę. - Co?! - Wywrzeszczał, a drobinki śliny spoczęły na twarzy Racławskiego. Ojciec Agaty nawet nie zorientował się kiedy Łukasz otworzył przed jego oczyma nóż sprężynowy.
-Radzę mnie puścić. - Powiedział agresywnym tonem, ale można było w nim wyczuć nutkę poczucia zwycięstwa nad ojcem Agaty.
-Hej, hej to jest szpital! - Powiedział wujek Racławskiego rozdzielając awanturników. - Łukasz chodź z mną... - Na początku Racławski się stawiał, ale w końcu cierpliwość jego wujka skończyła się i zaciągnął go siłą za róg.
-I nie pokazuj się tutaj więcej! Ani tutaj, ani na pogrzebie! - Wrzasnął za nimi ojciec Agaty.
-Co ci strzeliło do głowy? - Krzyknął wujek na Łukasza. - Co chciałeś zrobić z tym nożem.
-Gdyby mnie nie puścił... użyć. Wszystko mi w tej chwili obojętne.
-Jesteś w szoku, nie panujesz nad sobą. W holu czeka na ciebie policja... chodź. - Wujek zaprowadził Racławskiego do holu, gdzie czekała na nich dwójka policjantów w cywilu. Przedstawili się i machnęli Łukaszowi przed oczyma odznakami.
-Pan pozwoli. - Rzucił jeden z policjantów ku wujkowi Łukasza. - Ale weźmiemy na chwilę młodego na zewnątrz żeby pogadać z nim sam na sam, dobrze?
-Oczywiście... Łukasz. - Zatrzymał jeszcze na chwilę chłopaka. - Masz tutaj wrócić po rozmowie... - Łukasz jednak nie odpowiedział, a jedynie wyrwał ramię z uścisku wujka. Gdy tylko wyszedł na dwór wraz z policjantami potężnie zagrzmiało, jakby matka natura odczytała nastrój Łukasza.
-A więc panie Racławski... na początek chciałbym powiedzieć, że współczuje. Śmierć bliskiej osoby w takim wieku to na pewno szok. Zwłaszcza kiedy jest ona tak młoda. Ale przejdźmy do rzeczy. Rozmawialiśmy z Agatą Kołodziejczyk zanim umarła i mamy dane jednego z napastników. Mówi panu coś Daniel Jagielczyk? - Na te słowa Łukaszowi rozszerzyły się oczy i przypomniał się maj tego roku. Lekcja historii, nauczyciel gdzieś wyszedł, a przed nim leżał krwawiący z ust blondyn. Widział oczyma wyobraźni jak znajomi wyrywają mu z rąk krzesło, którym chciał uderzyć leżącą na podłodze postać. - Panie Racławski? - Wytrącił go z transu policjant. - Powtarzam, czy mówi panu coś Daniel Jagielczyk?
-Tak... miałem z nim na pieńku. Wie pan stare porachunki. On pobił Agatę?
-Według jej zeznań tak. On i jeszcze jedna osoba, niestety nie udało nam się jej zidentyfikować. Ciągle przepytujemy mieszkańców bloków z okolic miejsca wypadku.
-A można wiedzieć gdzie to się stało?
-Nie wiem po co to panu, ale owszem może pan wiedzieć. - Policjant otworzył nieduży notesik i przewrócił parę kartek. - Garibaldiego 33... - Łukasz ponownie oniemiał. Przecież to była ulica na której znajdował się blok Agaty! Więc to wszystko miało miejsce pod oknami jej rodziców. To dopiero sukinsyny - powiedział sobie w myślach.
-Wie pan gdzie może przebywać teraz Daniel Jagielczyk?
-Pewnie w domu upaja się swym zwycięstwem nade mną...
-Właśnie nie... wysłaliśmy tam patrol, ale nie było go w środku.
-W takim razie nie wiem... - Powiedział rozkładając ręce.
-Ok... jest pan wolny. Będziemy w kontakcie.
-Do widzenia... - Powiedział do wsiadających do nieoznakowanego wozu policjantów. Spojrzał za siebie na wejście do szpitala i pomyślał czy jest sens tam wchodzić. Włożył do uszu słuchawki od MP3, założył na głowę kaptur i ruszył w tylko sobie znanym kierunku.
Ulica Garibaldiego... nieliczne lampy oświetlały świeżo odmalowane bloki. Na ulicy było cicho i pusto. W żadnym z okien nie gościło już światło. Jedyną osoba, która zapewne nie spała był chłopak cały ubrany na czarno, moknący w deszczu i patrzący w okna na trzecim piętrze. Były to okna od pokoju Agaty... reszta wychodziła na drugą stronę. Uginały się pod nim nogi. Przeszedł długi dystans do tego prawie nie spał. Był głodny i spragniony, ale nie myślał o tym. Spoglądał ciągle na okna pokoju w który właśnie stracił swojego lokatora. Gdyby mieszkanie było istotą rozumną zapewne płakało by wraz z nim za Agatą. Za jej optymizmem i energicznością. Za wszystkimi cechami, które czyniły ją idealną przyjaciółką i dziewczyną. Włożył dłoń pod bluzę i wyciągnął łańcuszek przyozdobiony wisiorkiem w kształcie raka. Agata miała identyczny i dostali je od matki Roberta - najlepszego przyjaciela Łukasza. Przyłożył wisiorek do ust tak jakby dawał Agacie buziaka na pożegnanie i schował go z powrotem. Wtedy usłyszał jakiś stłumiony krzyk. Odwrócił się, wyciągając z uszu słuchawki. Pod latarnią po drugiej stronie ulicy stała znajoma mu jasnowłosa persona. Daniel Jagielczyk. Jagielczyk widząc, iż Racławski go zauważył ruszył ku niemu. Łukasz wyjął MP3 i zaczął przy nim grzebać. Gdy Daniel był już bardzo blisko schował je z powrotem do kieszeni.
-Kogo my tu mamy... Sticz... cóż za zbieg okoliczności. - Faktycznie, pomyślał Łukasz, niesamowity zbieg okoliczności. - Wiedziałem, że tu przyjdziesz. A... i zapomniałem się zapytać - jak twoja dziewczyna słodki książę?
-Nie twój zakichany interes cioto. - Na to ostatnio słowo na twarzy Jagielczyka utworzył się grymas niezadowolenia. - Ty jej to zrobiłeś prawda?
-Nie musimy się obrażać Sticz... - Powiedział Daniel wysilając się na krzywy, wredny uśmieszek. - Ale można by powiedzieć, że zafundowałem jej małą operacje plastyczną.
-Zabiłeś ją.
-Och, tak? I co z tym zrobisz? - Tym razem Jagielczykowi uśmiech wdarł się na twarz. Nie musiał się o starać. Nie zagościł on jednak na jego twarzy na długo, gdyż Łukasz niespodziewanie uderzył z prawej strony. Jagielczyk stracił równowagę, a Racławski wyprowadził kolejny cios - tym razem w brzuch - który powalił jego rywala na ziemię. Bez opamiętania zaczął go kopać i dopiero po kilkunastu potężnych kopniakach w każdą część ciała uspokoił się. Jagielczyk wił się pod jego nogami z bólu, ale Łukasz wcale nie poczuł ulgi. Ba. Czuł się gorzej, że nie może wymierzyć mu kary osobiście. Splunął jedynie na niego i odszedł wyciągając telefon. Szybko wklepał potrzebny numer i przycisnął zieloną słuchawkę.
-Posterunek policji? Czy na komisariacie są może ludzie zajmujący się sprawą Agaty Kołodziejczyk? Mam coś dla nich...
Świetna końcówka! Moim zdaniem najlepsza część. Nie było tam paru przecinków ale chrzanić to. Trochę głupie z tymi jej starymi ale OK. Szczerze to (wiem głupie to), myślę że oni też mieli w tym jakiś cel i że to oni chceli ją zabić 9+/10. Ocena pozostaje przez jej starych.
Ha! Spodziewłem się jej śmierci, spodziewałem reakcji rodziców, przewidywałem ogólny przebieg zdarzeń, lecz końcówka mnie zaskoczyła. Nie myślałem nawet, że Łukasz złapie Jagielczyka. Co będzie dalej - mam kilka opcjii i liczę, że nas zaskoczysz . Ogólnie opowiadanie trzyma wyskoki poziom. Błędów mało, ale coś mi nie pozwala dać 10. Dostaniesz 9+/10. Jeszcze czegoś mi tu brakuje...
_________________ "Pro Fide, Rege et Lege" - "Za Wiarę, Króla i Prawo" "Sic transit gloria mundi." - "Tak przemija chwała świata."
Gęste czarne chmury nie ustępowały i dalej spuszczały ku ziemi litry wody w postaci kropel deszczu. Uspokajały się na chwilę by potem uderzyć jeszcze silniej i liczniej. Mimo to na ulicach pojawiały się już pojedyncze ludzkie sylwetki. Sylwetki ludzi śpieszących się do pracy, na autobus czy po prostu lubiących deszcz. Ich zamierzenia nie były ważne dla Łukasza, który wskakiwał już po schodkach Komisariatu na ulicy Popiełuszki. Osoba pełniąca dyżur w portierni zmierzyła go zdziwionym - mogłoby się wydawać rozbawionym - spojrzeniem. Przemoczone do granic możliwości ubrania wisiały na nim jakby były za duże.
-Ja do pana Sokrackiego. Dzwoniłem jakieś pół godziny temu.
-Tak, tak. Porucznik oczekuje pana w pokoju 115. Wyższe piętro na lewo od schodów. - Łukasz podążył za instrukcjami portiera i w kilka sekund znalazł się przed drzwiami. Nie pukał - po prostu wszedł. Sokracki przeglądał jakieś akta, ale szybko odłożył je na bok widząc Racławskiego.
-Siadaj. Jestem ciekaw co dla mnie masz. - Łukasz siadł i wyjął swoje MP3.
-Proszę włożyć słuchawki do uszu. - Porucznik wydawał się nie rozumieć, ale bez pytań spełnił prośbę Racławskiego. Ten parę razy przesunął palcem po przyciskach i zaczął uważnie spoglądać na Sokrackiego, który wykrzywił wargi w dziwnym geście.
-No proszę, proszę... - Powiedział, wyjmując słuchawki z uszu. - Mamy dowód. Przeglądałem akurat jego akta. Możesz mi powiedzieć czy nadal mieszka na ulicy Gajcego z matką?
-Taa... dzielnica lumpów i debili. - Rzucił nie zastanawiając się nad tym z kim przyszło mu rozmawiać.
-Rozumiem, że nie chcesz tracić zbyt dużo czasu ze mną. - Powiedział, wstając Sokracki. - Ale rozumiesz, że muszę zatrzymać to MP3? To nasz główny argument przeciw niemu. - Racławski również wstał. Nie odpowiedział, a jedynie pokiwał twierdząco głową.
-Proszę do mnie zadzwonić jak już załatwicie sprawę z tym gnojkiem. Chciałbym być na bieżąco...
-Postaram się. Na pewno jeszcze się spotkamy w najbliższych dniach. - Pożegnali się uściskiem dłoni, po czym Łukasz opuścił pokój, a potem komisariat.
Słońce zaczęło przebijać deszczowe chmury, dając odrobinę ciepła. Ta niesamowicie przydała się Sticzowi, który siedział na ławce pod jednym z niewielu bloków na Gajcego. Czekał, popijając kupioną po drodze kawę i bawiąc się papierkiem po jakimś fast-foodzie. Widział zaparkowany ten sam co pod szpitalem samochód. Czarny Ford Taurus, którym przemieszczali się funkcjonariusze wydziału kryminalnego. Niesamowitą radość sprawił mu widok tego, jak do tego właśnie wozu pakowany jest Jagielski... Gdy wóz odjeżdżał wyciągnął telefon i zaczął przeglądać listę kontaktów. Zatrzymał się na jednym zatytułowanym "Sabina H." i z lekką niechęcią przycisnął zieloną słuchawkę.
-Sabina? Musisz o czymś wiedzieć...
Autobus numer 25 świecił pustkami. O tej porze nie było to nic dziwnego w końcu nie dało się nim dojechać do żadnej szkoły ani większego zakładu pracy. Łukasz obserwował z ostatniego rzędu siedzeń kilka osób, które jechały wraz z nim. Brak MP3 go irytował. Był wręcz uzależniony od słuchania muzyki kiedy sam gdzieś wychodził, ale świadomość tego do czego ono posłuży podnosiła go na duchu i ułatwiała mu zniesienie braku słuchawek w uszach. Gdy autobus zatrzymał się na przystanku "Kołakowskiego" wysiadł, wtrącając się przed jakąś emerytkę i olewając jej pretensje pod jego adresem. Na przystanku czekała na niego niewysoka, lecz urodziwa szatynka. Zamiast powitania skoczyła do niego natychmiast go obejmując.
-Dobra, dobra. - Powiedział Łukasz odsuwając ją delikatnie od siebie. - Nie potrzebuje tych czułości, zwłaszcza od ciebie.
-Nawet teraz twoje chore wyobrażenia są ważniejsze? - Rzuciła lekko oburzona. - Wiesz, że Agata była dla mnie jak siostra! Jak siostra imbecylu, rozumiesz?!
-Ale ty dla mnie nie jesteś jak siostra. Chciałem ci tylko przekazać wiadomość, jak najszybciej. Ale skoro już się tutaj pofatygowałem... mów co chciałaś.
-Chciałam ci powiedzieć... - Wyraz jej twarzy powoli łagodniał z każdym słowem. - ... że jeśli czegoś potrzebujesz to możesz na mnie liczyć.
-Wiesz, że niczego bym od ciebie nie chciał. Wolałbym nie żreć. - Ona nie zwracając uwagi na jego słowa, wepchnęła mu do kieszeni parę banknotów. - Nie chcę tego, zabierz to! - Krzyknął wyciągając je. Za późno - już odeszła. Zwinnie przerzucając banknoty przeliczył ich wartość. Równo pięćset złotych. - Bogata gówniara, nie ma co robić z pieniędzmi. - Mruknął pod nosem wyjmując z portfela parę banknotów ułożonych według nominałów. Gdy wszystkie uporządkował schował je wraz z portfelem do kieszeni. Rozejrzał się dookoła i zaczął się zastanawiać co ze sobą zrobić. Nie mógł nic wymyślić. Ciągle się zastanawiając przeszedł na drugą stronę jezdni sprawdzić rozkłady autobusów. Spoglądając raz to na rozkład raz to na zegarek uznał, że poczeka.
Przystanek na ul.Słowackiego. Właśnie stawało na nim czerwone BMW, gdy z daleko było widać nadjeżdżający autobus. Drzwi po prawej stronie samochodu, natychmiast się otworzyły wypuszczając na zewnątrz młodą osobę. Gestem ręki podziękował kierowcy i przyglądał się jak wóz się oddala. W międzyczasie do przystanku dotarł już autobus linii nr. 36. Postać z samochodu dostrzegła wśród wysiadających dobrze znaną sylwetkę.
-Sticz! - Krzyknął podbiegając do Łukasza.
-Robert... skąd ty tutaj?
-Damian mnie podrzucił z Kiedrzyna. Wiesz... ta sprawa z skopaniem Barneja. Ale chrzanić to słyszałem. Przykro mi z powodu Agaty stary. - Powiedział uściskawszy jego dłoń. - Potrzebujesz czegoś?
-Nie... chociaż... daj mi numer do Damiana bo chyba go nie mam na nowym telefonie.
-No spoko... 783... 431...017. Coś jeszcze?
-Dzięki to wszystko.
-Pamiętaj, że gdybyś czegoś potrzebował, nawet pogadać to mieszkam naprzeciwko... pamiętaj. - Powiedział żegnając się z Racławskim.
-Na pewno będę... - Odpowiedział i ruszył w drugim kierunku, do jednego ze sklepów przy ul. Słowackiego. Gdy wszedł do środka młoda ekspedientka rozpromieniała.
-Łukasz! Martwiłam się co się z tobą stanie po tym wszystkim z Agatą. Jak się trzymasz?
-Gorzej raczej nie bywało, ale dam radę Marlena.
-Co ci podać?
-Dwie "zero siódemki" Finlandii. Jestem winny kumplowi za przysługę. - Kasjerka obróciła się na pięcie do półki za plecami i zdjęła z niej dwie butelki wódki.
-Coś jeszcze? - Powiedziała kładąc je na ladzie i wbijając cenę na kasie.
-Marlboro czerwone.
-To będzie razem 92,46 zł. - Łukasz podał jej stuzłotowy banknot i odebrał parę monet reszty.
-Dzięki, do zobaczenia.
-Trzymaj się Łukasz. Jak co pamiętaj, że każde z nas chętnie ci pomoże. Jesteśmy ci to winni... - Łukasz zaciskając wargi wyszedł ze sklepu brzdękając zrywką. Skrócił sobie drogę do domu, przechodząc przez parkingi ciągnące się pomiędzy wieżowcami. Mijając kościół przystanął na chwilę i zaczął się nad czymś zastanawiać. Po chwili jednak wzruszył ramionami i doszedł do swojego bloku. Na wysokości drugiego piętra spotkał swojego sąsiada, który na jego widok przykleił się do ściany. Co jak co, ale wśród sąsiadów nie miał on dobrej opinii. Dla nich był on młodocianym przestępcą, chłopakiem straconym dla społeczeństwa i skazanym na długoletnią odsiadkę w przyszłości. Otworzył drzwi od mieszkania i zgodnie z tradycją spojrzał na drzwi od pokoju do którego nigdy nie wchodził. Rzucił siateczkę i wilgną bluzę na łóżko i zdjął buty. Poszedł do łazienki by przemyć twarz i ręce. Przejrzał się w lustrze. Jego twarz wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Podkrążone i przekrwione oczy widoczny już w niektórych miejscach młodzieńczy zarost... Łukasz nie miał zamiaru marnować jednak czasu na patrzenie się w lustro. Wziął z szafki w kuchni szklankę i zamknął się w swoim pokoju. Czym prędzej odpalił papierosa i uruchomił komputer. Wyjął jedną z butelek wódki. i nalał sobie odrobinę do szklanki, wypijając wszystko za jednym pociągnięciem. Potrząsnął głową i sapnął. Usiadł przed komputerem i na Winampie odpalił "I Wish" R. Kelly'ego. Gdy uruchomił GG zalały go wiadomości z wyrazami współczucia z powodu Agaty. Widząc to znowu nalał sobie odrobinkę wódki do szklanki i od razu przelał to w siebie. Gdy skończył odpisywać na wszystkie "kondolencje", otworzył folder zatytułowany "Zdjęcia". Pełne było wspólnych zdjęć Łukasza i jego ukochanej. W jego oczach pojawiły się łzy gdy oglądał uśmiechniętą Agatę na zdjęciach sprzed tygodnia. To tylko 7 dni... ile się przez tak krótki czas zmieniło. Ta myśl przytłoczyła go więc znów napił się wódki. W tym samym momencie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Łukasz wstał i lekko chwiejnym krokiem podszedł do drzwi wejściowych. Przez Judasza zobaczył Lenę i Izkę. Przekręcił klucz w zamku i powoli otworzył drzwi.
-Co jest? - Zapytał nieprzyjemnym tonem.
-Chciałyśmy zobaczyć jak się trzymasz. - Iza chwilę mu się przyjrzała. - Piłeś?
-A co cię to interesuje?
-Nie masz teraz co robić tylko pić? Zgłupiałeś już zupełnie?!
-Zgłupiałem kurwa? - Powiedział wychodząc na klatkę. - Mogę sobie robić co mi się kurwa podoba! I tak nie pojawię się na pogrzebie bo nie mogę. Więc ty mi tutaj do cholery nie mów co jest dobre a co nie!
-Opanuj się co? - Delikatnie powiedziała Lena.
-Ja mam się opanować? To nie ja zacząłem się wydzierać. - Starsza sąsiadka uchyliła drzwi i wychyliła głowę wyglądając na klatkę. - A ty spierdalaj do domu! Publiczności nie potrzebuje! - Kobieta natychmiast zatrzasnęła drzwi. - A wy... wróćcie jak będziecie miały coś ciekawszego do powiedzenia. - Po tych słowach zamknął drzwi z niesamowitym hukiem. Było już tylko słychać klucz kręcący się w zamku, a potem grobową ciszę. Łukasz wyciągnął telefon i wybrał jakiś numer.
-Damian? Słuchaj no... załatw mi trochę tego twojego cukru-pudru i przyjedź do mnie!... Tak, tak mam kasę, kiedyś nie miałem? Ok czekam...
No cóż, ostatnio coś zaskoczenia na tym GK, najpierw Ado'o wydaje niespodziewanie komiks, teraz Visor wyskakuje z kontynuacją opowiadania. Nie muszę chyba mówić że opowiadanie jest dobre, bardzo podoba mi się styl w jakim jest zapisane, ma taki brudny klimat, gdyby je przerzucić na film to cały czas padałby deszcz i wszystko byłoby szare, to mi się najbardziej spodobało, chociaż ogólnie nie lubię tej tematyki. W najnowszej części wyłuskałem w zasadzie tylko jeden błąd. Mianowicie podczas rozmowy na komisariacie, mamy
"-Siadaj. Jestem ciekaw co dla mnie masz. - Łukasz siadł i wyjął swoje MP3."
Nie mogłem się połapać czy to powiedział Łukasz czy porucznik. Okazało się że porucznik ale musiałem jeszcze ze 3 razy czytnąć całą scenę żeby zakapować. Dalej błędów żadnych nie stwierdziłem. Wszystko jest napisane doskonale, wspomniany wyżej brudny klimat cały czas towarzyszy, naprawdę, ten klimat tak mi się cholernie spodobał że trudno mi to wytłumaczyć. Co jeszcze mogę powiedzieć? Daję 10/10, mam nadzieję że to jakoś skończysz bo ostatnio coś się nie śpieszysz
Cóż, Visorze, ja czytałem odrobinę uważniej i takowe znalazłem. Nie będę jednak bawił się w wypisywanie ich tutaj - cały "dorobek" to trochę pominiętych przecinków i kilka literówek. Nic wielkiego. Klimat opowiadania - przygnębiający i demotywujący. I tak powinno być. Tekst wciąga i zmusza do przemyśleń. Oczywiście lektura budzi też chęć poznania dalszego ciągu. Cóż, powiem tylko jedno - nie błagaj mnie już o ocenę, tylko siadaj i pisz.
Ocena... Jesteś blisko dziesiątki. Jednakże błędów ci nie daruję. Wysil się kolejnym razem i dokonaj korekty. Dalej 9+/10.
_________________ "Pro Fide, Rege et Lege" - "Za Wiarę, Króla i Prawo" "Sic transit gloria mundi." - "Tak przemija chwała świata."
Oczekiwany przez Łukasza, Damian zjawił się na miejscu dość szybko. Zapewne zachęciła go wizja szybkiego i dość sporego zarobku. Co tu dużo mówić - nie zawiódł się. Sticz zostawił u niego równe 150zł w zamian dostając 5 torebek, skromnie wypełnionych białą, sproszkowaną substancją. Pożegnali się za pomocą "żółwika".
-Tylko uważaj z tym gównem Łukasz, nie chcę cię mieć na sumieniu.
-Spokojnie, znasz mnie... mam jeszcze łeb na karku, strzała.
-Strzała. - Damian jeszcze uniósł na schodach rękę w ramach ponownego pożegnania, ale Racławski nie odpowiedział na ten gest, tylko zatrzasnął drzwi. Uniósł otrzymane torebki na wysokość oczu. Przyjrzał się im chwilę i lekko nimi potrząsnął. Wpatrywał się w nie dłuższą chwilę jakby niepewny tego czy to co robi jest słuszne. Kątem oka spojrzał jeszcze w kierunku swojego pokoju. Widział lekko opróżnioną butelkę wódki.
-Mieszać czy nie mieszać... oto jest pytanie. - Mruknął. Biorąc pod uwagę jego rzadkie kontakty z takiego rodzaju używkami miał prawo zadawać sobie to pytanie. Wybrał rozwiązanie nietypowe... Usiadł przy komputerze i zaczął szukać odpowiedzi w Google. Jednak po paru przejrzanych linkach górę wziął impuls i porywczość. Przygotował sobie odpowiednią działkę za pomocą... biletu miesięcznego. Potem już się patyczkował. Rozkręcił na szybko długopis typu "Venus" i złamał korpus na pół. Poprzez tak uzyskaną rurkę wpuścił do swojego nosa rozsypany po stole narkotyk. Fragment plastiku, który do tej pory dzierżył w dłoni wylądował na zmechaconym dywanie, a sam Łukasz również opadł - z tym, że na fotel. Ruchome oparcie skrzypnęło głośno pod nagłym naporem jego ciała. Jeszcze nie czuł skutków chemii, którą wpuścił do swojego organizmu, ale czuł się przygotowany. Jego źrenice robiły się coraz szersze, oddech stawał się nierówny. Gdyby zmierzyć mu w tym momencie ciśnienie, aparat do mierzenia zapewne by oszalał. Chwycił w lekko drżącą dłoń szklankę, w której znajdowało się trochę wódki. Wlał w siebie trochę, ale w końcu szklanka spadła na dywan, rozlewając po nim swoją zawartość. Ułożył dłoń na klatce piersiowej i osunął się trochę w fotelu. Czuł nierówny rytm pracy serca. Czy tak powinno być? Nie miał pojęcia, chciał za to sięgnąć do paczki z papierosami. Jednak kiedy pochylił się do przodu jedyne co udało mu się zrobić to ułożyć głowę na krańcu biurka. Czuł, że brak mu sił aby się ruszyć. Odczuwał też pogarszający się stan zdrowia... Jedno trzeba mu jednak przyznać - podziałało. Wszystkie jego obecne obawy zakryły myśli o tym co stało się jeszcze paręnaście godzin temu... Zastygł w tej pozycji i długie się nie ruszał. Jedynie delikatny ruch źrenic pozwalał ocenić, że jeszcze życie. "Stary przyda ci się drzemka", pomyślał tylko z trudem. Długi czas starał się zasnąć, ale nie wiedział, że będzie to tak trudne zadanie. Był jednak nieustępliwy i próbował dalej...
Nastąpił kolejny dzień. Pogoda była piękna. Słonecznie i ciepło, niebo było całe błękitne, nie zakryte chmurami. Iza właśnie wracała z porannych zakupów, jednak była w innym świecie. Rozmyślała nad tym co dzieję się u jej przyjaciela od pieluch, u Łukasza. Żyła nadzieją, że nie robi w chwili obecnej nic głupiego. Parę osób widziało go poza domem, ponoć nie był w stanie wskazującym na trzeźwość umysłu. Ale nie otwierał drzwi, nie odbierał telefonów. Zamknął się w swoim świecie pełnym alkoholu. W każdy razie miała nadzieje, że tylko alkoholu. Pamiętała jak pół roku temu Łukasz z Agatą mieli solidną awanturę o to, że parę razy z kumplami spróbowali jak to jest "mieć fazę". Ogólnie sobie wybaczyli. Wszystko sobie wybaczali, bo nie mogli bez siebie wytrzymać nawet dnia.
-Łukasz kretynie, mam nadzieje, że wszystko z tobą dobrze... - Mruknęła pod nosem, jednak nie usłyszała swoich słów gdyż zagłuszył je ktoś wykrzykujący jej imię. Robert... ten sam popieprzony Robert, który ciągle robił głupoty z Łukaszem. Teraz stał na ławce zajmowanej jeszcze przez dwie osoby i wymachiwał do niej rękoma. Mimo jego zwariowania nie dało się go nie lubić - tak jak Łukasza. Dlatego ruszyła w jego kierunku bez oporów.
-Cześć Robert, co słychać.
-Nic ciekawego, stara bieda. Chciałem się spytać czy wiesz coś na temat Łukasza?
-A co miałabym wiedzieć? - Odpowiedziała marszcząc brwi.
-No wiesz... Damian przyznał mi się, że sprzedał Sticzowi parę działek koki. - Iza prawie, że wypuściła z ręki siatkę z zakupami. Pośpiesznie odgoniła na bok jednego z kumpli Roberta i ciężko padła na ławkę. Robert sam zszedł z oparcia na którym siedział i usiadł normalnie pochylając się w kierunku Izki. - Dlatego chciałem wiedzieć czy wszystko z nim dobrze... nie widziałem go od tamtego dnia...
-Ja też. Ostatnio jak go widziałam, byłam z Leną i był mocno pijany.
-Nic nie mówię, ale mam wrażenie, że na tych paru działkach może się nie skończyć.
-Powiedz Damianowi żeby mu nie sprzedawał!
-Już to zrobiłem, ale nie on jeden handluje w tym mieście, przecież wiesz ile osób zna Łukasz. Jak coś będzie chciał to dostanie...
-Czyli trzeba coś zrobić tak?
-Tylko co... - Powiedział opuszczając głowę. - Tylko co...
Tymczasem Łukasz przebudził się po długiej wegetacji... czuł jeszcze skutki "zejścia" po zażytym narkotyku, do tego przez wypity alkohol czuł się fatalnie. Poszedł do łazienki i wziął jakieś wiaderko. Popisał się niezłym przeczuciem, bo w połowie drogi powrotnej do pokoju, zwymiotował. Czuł się potwornie odwodniony i pozbawiony sił. Dopadł się do dzbanka z wodą i pochłonął niemal cały. Łapczywość sporo go kosztowała, bo część płynu natychmiast zwrócił. Ciężko sapiąc wrócił do pokoju z kolejnym dzbankiem wody. - Będziesz na przyszłość. - Powiedział kładąc go na biurku i sięgając po butelkę wódki. Postawił ją zaraz obok dzbanka. Na koniec przegrzebał jeszcze szufladę w poszukiwaniu wrzuconych do niej torebek z kokainą. Gdy w końcu je odnalazł położył je obok reszty przedmiotów. - No to jesteśmy wyposażeni. - Powiedział chrypliwie i odkręcił butelkę, od razu wlewając w siebie alkohol. Szybko jednak zaprzestał. Poczuł mdłości, drażniący płyn zadziałał bardzo negatywnie na jego organizm. Odbiło mu się raz, drugi, ale powstrzymał wymioty. Przy drugiej próbie zaczęło mu się odbijać już na sam zapach. Chwycił szklankę i w 1/3 napełnił ją wódką i zalał to wodą. Tak zrobiony "drink" szybko wlał sobie w usta. Smakowało obrzydliwie, i znowu dostał lekkich mdłości, ale przynajmniej wchodziło do środka. Popijając małymi łyczkami obrzydliwy miks gapił się w ścianę i nie robił nic poza tym. Miał ochotę wciągnąć trochę kokainy, ale zdawał sobie sprawę z tego co by się mogło stać gdyby zażył w tak krótkim okresie czasu. - Najebiesz się Sticzu, prześpisz jeszcze trochę to i sobie kokę powciągasz. - Powiedział do siebie, jakby bez przekonania. Jednak im bardziej na jego zachowanie wpływał regularnie spożywany alkohol tym trudniej było mu walczyć z tym prostym pragnieniem. Walkę z sobą przerwała kolejna fala nudności, która zaprowadziła go nad przytaszczone wcześniej wiadro. Nie omieszkał jednak zabrać ze sobą szklanki ze swoim obrzydliwym wynalazkiem i gdy tylko nudności odchodziły w dal ten przywoływał je kolejnymi dawkami tego obrzydlistwa. Błędne koło ciągle było wprawiane w ruch i zatrzymało się dopiero gdy jego "napęd" padł na łóżko niemal kompletnie spity. Jego nerwy pobudziły się na odgłos pukania do drzwi... starał się wstać i przytrzymując się biurka nawet mu się to udało. Oparł się o szafę i w takiej pozycji, wspomagając się dodatkowo rękoma dotarł do wyjścia z pokoju. Czuł się jakby nogi miał z waty. Uginały się pod jego ciężarem i powodowały uciążliwy brak stabilności. Na utrzymaniu równowagi nie pozwalało mu się skupić również nasilające się pukanie i dzwonienie. Hałasy te przerwał jednak inny donośny odgłos - dźwięk padającego na ziemie Łukasza, którego głowa po drodze zderzyła się z futryną drzwi. Nie mógł narzekać na ból, w końcu runął niemal nieprzytomny... jedynie dziwaczne ruchy jakie wykonywał na ziemi, próbując wstać pokazywały, że przez totalny brak jedzenia nie zatracił jeszcze wszystkich sił. A pukanie i dzwonienie już go nie pobudzało, gdyż umilkło...
-Słyszałaś to? - Zapytał Robert słysząc głuchy huk zza drzwi.
-Tak i mam złe myśli na temat tego dźwięku... dzwoń do Leny.
-Ale po co do niej?
-Ona ma klucz do jego mieszkania, dał jej kiedyś kopię na "nagle przypadki". Teraz taki mamy więc dzwoń... i miejmy nadzieje, że nie zamknął się na zatrzask o góry... - Robert posłusznie wykonał prośbę Izy, Leny zaś nie trzeba było zbyt długo przekonywać do tego aby zmusiła Jarka do przywiezienia jej tutaj. Chociaż jej przyjazd trwał zaledwie kilkanaście minut to dla dwójki przyjaciół pod drzwiami był to co najmniej cały dzień. Na każdy odgłos kroków na klatce schodowej zrywali się do poręczy aby zobaczyć czy to już oni, czy to już oni... ale to nie oni. W końcu jednak mogli dojrzeć ich szybko przemieszczające się po schodach sylwetki. Cóż to była za ulga.
-No jestem, jestem... - powiedziała Lena wskakując po schodach i dzwoniąc kluczami. - A on czasem nie zamknął się u góry?
-Mamy nadzieje, że nie... - Lena z wielkim napięciem włożyła klucz do zamka w drzwiach i szybko nim zakręciła. Mechanizm się poruszył i oto u dołu drzwi były otwarte. Robert nie wytrzymał ślimaczego i pełnego ceremoniałów zachowania dziewczyn i razem z Jarkiem wpadli do mieszkania. Za nimi powoli wkroczyła Iza i Lena. Obydwie zakryły usta kiedy zobaczyły leżącego w skrajnie złym stanie Łukasza. Kiedy Iza zobaczyła jak na przedpokój wychodzi Robert trzymający dużą ilość waty od razu mu ją wyrwała i klękając przy nieprzytomnym Racławskim przyłożyła mu do rozbitej głowy.
-Dzwonimy na pogotowie? - Powiedziała Lena.
-Żeby miał przejebane u kuratora? Wiesz co mogą z nim zrobić jak się o tym dowiedzą? - Rzucił Robert.
-Wybacz gangsterze nie wiedziałam. - Odpowiedziała.
-Zamknąć japy! - Krzyknął Jarek kiedy Byku miał odpowiedzieć coś swojej siostrze. - Musimy coś zrobić? - W tym momencie drzwi za Robertem się otworzyły. Oto pojawił się totalnie nabity ojciec Sticza.
-Co się kurwa dzieje... wypierdalać... - Wymruczał i zaczął machać rękoma tak jakby chciał uderzyć którekolwiek z nich. Jego krzyki się nasilały tak samo jak agresja, ale szybko została stłumiona przez Roberta, który dwoma potężnymi ciosami powalił pijaka na ziemie.
-Sticz zawsze mi powtarzał żeby się z nim nie pierdolić. To się nie pierdole. - Powiedział chwytając go za nogi i wciągając z powrotem do pokoju. - I po kłopocie. - Rzucił zamykając drzwi.
-Jarek... zabierzesz go do mnie? - Zapytała Iza.
-Co? - Rzucił zaskoczony Jarek.
-Nie zostawimy go tutaj samego. A przecież żadne z nas nie chciałoby mieszkać w domu Łukasza. Ty zawieziesz mnie i Łukasza do mnie. A Robert i Lena... wy mieszkacie niedaleko, możecie zabrać z jego pokoju ten alkohol? - Powiedziała zerkając w stronę pokoju Sticza.
-I poszukam wiesz czego... Dobra Jarek zabieraj ich, niech Iza się nim zajmie.
Vissssor! Czemu! ZA CO TE MĘKI?! Ja chcę tego więcej! Łamanie uczuć ludzie nie jest dobrym pomysłem.
Klimat... cóż. Podobał mi się. zresztą, podobają mi się tego typu opowiadania traktujące o zwykłych ludziach we współczesnym mieście niż Antharasowatych herosów z 10000 hp w NWNie. Jak tamta Agata umarła... sam się chciałem zemścić
Innymi słowy, wciągnęło mnie na kilka ładnych chwil i dalej nie pozwala się oderwać
Jeśli chodzi o wykonanie, to jak zresztą na starego, dobrego Visora jest bardzo dobrze, prócz jednego - brak przecinków czasem tworzy "fałszywe" zdania, wiesz o co chodzi. To jednak nie zmieni oceny! Za klimat, fabułę i w większości wykonanie dałbym 10/10, ale za to, że muszę czekać na dalsze części dam 1/10, o!
Za same fragmenty 10/10, jednak całość... zobaczy się później.
_________________ "Śmierć, Zemsta i Furia to trzy podstawowe składniki Chaosu"
I believe i am pie!
No, że też ja wcześniej tego nie skomentowałem to ja nie wiem...
To jest GENIALNE! Perfekcyjne. Prawie, że idealne.
Masz u mnie tylko jeden minus. Wydajesz to w takich krótkich częściach! Normalnie 10 min. i po sprawie. O trochę dłuższe bym się nie obraził
Ale przejdźmy do oceny.
Fabuła: mistrzostwo absolutne! Świetny zamysł itd. Każda część kończy się w dosyć dobrym momencie, zostawiając jednocześnie kilka ewentualnych furtek do następnej. Czlowiek skupić się nie może bo ciągle myśli co będzie dalej. I nie jest to skutek tylko jednego opka. Takich prac jest wiele. Oceny mi pogarszacie !
Po moich peanach ktoś może zadać sobie pytanie: czyli co? "Padłem by Powstać" to dzieło doskonałe? Nie, tak dobrze to nie ma, jak powiedział Henryk Walezy gdy pokazali mu królową Annę i zapytali, czy zapewni ciągłość dynastii.
Przede wszystkim, w pierwszych częściach fabuła jest przewidywalna. Potem to nieco gmatwasz, więc za błąd tego nie uznam.
Fabułcia na dychę
Teksty są świetne, błędów większych brak. Nikt nie jest doskonały, jak powiedział... a zresztą, oszczędzę wam kiepskawych anegdot.
W każdym bądź razie, jeśli nie jesteś full time writerem to... powinieneś nim zostać. Masz bardzo dobry, brudny styl. Potrafisz po mistrzowsku budować klimat i jak nikt inny przywiązujesz czytelnika do bohaterów. Teksty są klimatyczne i naprawdę zaslugują na wyróżnienie. Wyróżnijmy je więc : teksty
Teksty na dychę. A na co niby miały być?
Wrażenia ogólne. Miażdżysz! Wszystkie zalety wypisałem, dodam tylko, że akcja jest naprawdę filmowa.
Oceneczka: 11/10. ja naprawdę muszę wymyślić nową skalę do opowiadań
Cóż, akurat ten fragment mi się nie podobał. Mało rozwinąłeś fabułę, nie siedziałem z nosem przy monitorze - ale nie było źle. Chociaż, najgorszy fragment PbP. 7/10
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach