Po wielu bataliach ze sobą postanowiłem w końcu wrzucić tu moje opowiadanie. Może czytać się dziwnie gdyż początkowo miał to być scenariusz komiksowy ale zmieniłem parę rzeczy i teraz zrobienie tego w Gothicu jest niemożliwe początkowo pisałem to w notatniku dlatego nagłe Entery mogą zdarzać się dość często. Właściwie można zacząć od podpunktu Bohater ale jeżeli chce się mieć lepszy obraz całości lepiej zacząć od początku.
Opowieść została w całości stworzona przezemnie. Jeżeli ktoś widzi gdzieś podobieństwo w fabule/postaci to jest to zrobione nieświadomie i z góry przepraszam.
Dość pieprzenia, oto opowieść. Mam nadzieję że będzie się podobać.
Rozdział pierwszy (Jeżeli można go tak nazwać)
Bogowie...
Mają swoich wyznawców, czcicieli oraz kapłanów głoszących ich wieczną chwałę.
Mają takżę swoich wybrańców, osoby obdarzone ich boskimi cechami często niewiedzące o swoim
przeznaczeniu przez całe swoje życie.
Były też istoty wyjątkowe, takie, które były wybrańcami boga... ale jakiego - to już zależało od ich gustu.
Takie osoby rodzą się bardzo rzadko, ale jednak się rodzą.
Ogólnie jednak każda istota miała swojego boga - mogła się do niego modlić, błagać go o coś... a bóg
wiedział że ona istnieje i może go o coś prosić. Dzięki tej wiedzy nigdy nie musiał spełniać próśb.
Gdyby nagle zaczął, mogłoby się to spotkać z nagłą podejrzliwością jego wyznawców. W końcu, jaki bóg spełnia ludzkie życzenia?
Mogliby od niego odejść.
A żaden bóg nie chce stracić wyznawców.
Co by się jednak stało gdyby jakaś istota... nie miała własnego boga? Tacy ludzie nie mają prawa się rodzić.
Ale ludzie lubią łamać prawa.
Przyjrzyjmy się pierwszej lepszej istocie ludzkiej. Jest wierząca. Ma boga. Bóg ma ją. Bóg o niej wie, i pilnuje żeby nie spotykało jej nic złego.
To znaczy, nic złego w stopniu jakim to możliwe, bo Przeznaczenie zawsze może się wtrącić i powiedzieć : "Jeżeli jego nie spotka coś złego, wtedy nie zacznie być nieufnym przez co nie oszuka pewnego innego gościa który, nieoszukany, nie zabije go i nie zostanie skazany na śmierć. A jeżeli on nie zostanie skazany na śmierć to dokona rewolucjii i zginie o wiele więcej ludzi, w tym waszych wyznawców". Bogowie w takim wypadku
nie mieli wiele do gadania. Chronili jednak swoich wyznawców w miarę swoich skromnych boskich możliwości.
Także zwierzęta miały swoich bogów, byli oni jednak prymitywni i hm, odrobinę głupi. I każdy przynależał do danego gatunku, np wilki mają
Auuuuauauauy'a, a Jaszczury miały Ssssssssyhahysyhs'a.
Teraz jednak w religii Myrthany - średniej wielkości kontynentu mającego trzech głównych i parę pomniejszych bóstw - nastąpił czas wybrańców.
- Już czas. - Bogowie tego rejonu wiedzieli o tym. I musieli ze sobą porozmawiać.
Spotykali się na największej górze o nazwie Mar-Krakatur. Było to miejsce życia wszystkich bóstw, które coś znaczyły. Tzn, mieli więcej niż pięciu wyznawców.
Była tam forteca. Dolne rejony były przeznaczone dla bóstw, które mają najmniej wyznawców. Im wyżej tym wyższe sfery i ważniejsi bogowie.
Było, na samym szczycie, miejsce do spotkań w sprawie wybrańców. I tam znaleźli się bogowie Myrthany. Przynajmniej dwóch.
Pierwszy był Innos, dość typowy bóg ognia i sprawiedliwości który chyba tylko dzięki swojemu fartowi zyskał jako taką pozycję.
Wyglądał w tym miejscu jak swój przyszły avatar. Zaraz przyszedł Beliar, równie typowy bóg ciemności i cierpienia któremu o dziwo powodziło się
równie dobrze co Innosowi. Wyglądał jak swój Najwierniejszy Wyznawca - Jeden z pierwszych. Przynajmniej w tym miejscu.
- No i co, braciszku?
- Wiesz. Nadszedł Czas Wybrańców. Każdy z naszej trójcy będzie oczekiwał swego avatara.
- Więc będziemy trochę zajęci co? Nie przegapimy niczego?
- Raczej nie. Adanos jest zazwyczaj bardzo skrupulatny jeżeli chodzi o wszystkie narodziny i zgony.
- Ale on też będzie miał swego avatara. Na pewno nic nie przegapimy?
- Spokojnie. Nawet jeżeli, co złego może się stać?
- Jeżeli ktoś umrze, to nic. Ale jeżeli się urodzi... To niemożliwe, nic się nie stanie.
- Masz rację. A teraz chodźmy, bo minie nasza kolejka.
Bogowie lubią grać. Są nieśmiertelni, a ciągłe jedzenie może każdą istotę znudzić po ok. 100 latach. Mają więc Grę. Stawką jest
jedyna u bogów waluta - ich wyznawcy. Grają więc swoimi avatarami w planszówkę, a planszą jest świat.
Bohater
Ta historia zaczyna się w Khorinis, w małej kolonii górniczej. Została zmieniona w Kolonię - Karną. Nazywany "państwem w państwie",
otoczony górami obóz. Ta historia zaczyna się w Starym, Pierwszym obozie. Spełnił się koszmar bogów.
Ktoś się urodził...
- Pani, to chłopiec. Jest zdrowy i raczej nic nie będzie mu dolegać przez pierwsze miesiące. Pani? Pani, obudź się! O, nie...
Jasna cholera! Dlaczego to się zdarza tylko na moich dyżurach?! Dobra, pomyślmy... Mam dwa wyjścia. Oddać tego dzieciaka do rynsztoka, albo
wziąć go na wychowanie. Samemu. Bez żony, co i tak jest coraz rzadsze, z pensją dwadzieścia pięć bryłek tygodniowo i mieszkaniem
na pół osoby?
Czy naprawdę mam jakiś wybór?
30 LAT PÓ?NIEJ
Chłopak wyrósł u lekarza. Ten musiał nauczyć go żyć, a był sam, zarabiał 25 bryłek tygodniowo i miał mieszkanie na pół osoby.
Lekarz nauczył go rzeczy potrzebnych tutaj, w Kolonii Karnej. Kradzieży i Bezczelnego Uśmiechu. Dla profesji jaką sobie wybrał
trzeba było także siły, więc chłopak nie sypiał w łóżku i chodził z dodatkowymi obciążnikami u nóg. Ojciec zawsze mu powtarzał :
"Cel uświęca środki więc pamiętaj o Bezczelnym Uśmiechu."
Poznajmy jego historię.
- Cholera...
Odkąd pamiętam prześladują mnie nieszczęścia. Jestem zwykłym gościem a ci wszyscy strażnicy udupiają mnie na każdym kroku.
Można by pomyśleć że to przez to, że nie znam matki. Można, ale nie tutaj. Tu każdy facet zabiłby własną matkę za pięć bryłek.
Straciłem dobytek po ojcu. W karty. I jeszcze ci kolesie specjalnie nie oszukiwali! Cztery razy obrobili mi mieszkanie. Nie wynieśli jedynie
stołków. A teraz pracuję w tej pieprzonej robocie moich marzeń i ostrze tanie miecze pod reżimem jakiegoś grubego obszczymura.
W sumie, mogło być gorzej.
Taaa. Miałem fart że nie zmarłem przed narodzinami.
Może powinienem przenieść się do innych obozów? Przez ostatnie dziesięć lat stały się bardzo popularne.
Tylko że nie bardzo uśmiecha mi się to gadanie o Śniącym, który i tak nie istnieje, ani ta anarchia w Nowym Obozie.
Jestem skazany na pecha. Nie ma to jak życie.
- No dobra, trzeba ruszyć swoje przeklęte d u p s k o i iść się ukorzyć przed magistrem kowalstwa, panem Hunem.
U Huna.
- Hej! Spóźniłeś się dzisiaj o trzy minuty! Ruszaj natychmiast tyłek!
- (Liczysz sekundy grubasie czy po prostu mnie szpiegujesz?)Tak, już lecę...
No i kolejny piękny poranek. Poranię sobie palce, najpewniej także je poparzę, potem jakiś schizol zacznie mnie napastować na
"cudowną maść przeciw wszystkiemu" i będe miał zajęcie przeganiania go na cały dzień.
No a teraz przydałaby się opaska bo zaraz parę iskier skoczy mi do oka a ja będe musiał to przetrzymać bo inaczej zostanę zwolniony
za opóźnianie pracy. Jasna cholera, jaka pieprzona robota!
- No dobra, na dzisiaj skończyłeś. Teraz zjeżdżaj i przygotuj się na jutro.
- Tak, już lecę...
Po pracy
Czułem się tak jak zwykle pod koniec mojego dnia. Wyżety z uczuć fizycznych. Jakby ktoś puknął mnie w ramię, uznałbym że to ptak
na mnie nasrał. Ale nie było schizola. Nareszcie jakiś plus.
Odszczekałem to przed domem.
- Stać! Nie wolno wchodzić. Dom przechodzi pod opiekę sir Artoo.
Bogowie... służbista.
- Mam to gdzieś.
- Mam to gdzieś że masz to gdzieś.
- Ja też mam to gdzieś.
- Słuchaj, możemy tak mówić do końca świata i o jeden dzień dłużej ale choćbyś się posrał to nie wejdziesz.
- To gdzie ja mam spać? Na ulicy?
- Nie radzę. Różni ludzie kręcą się po ulicach po zmroku szczególnie tacy, wiesz, co to kobiet...
- Dobra nie kończ. Jakoś sobie poradzę. W kopalni są jeszcze jakieś łóżka...
Jasna cholera! A to mógł być taki przyjemny dzień! Teraz trochę się przejdę, a jak będe blisko bramy to zacznę biec jak demony!
...... cholera różne rzeczy się słyszy o tym lesie. Bandyci i różne takie... ale nie mam wyboru. Lepsze to niż... yyyff!
Oczywiście mój pech dał o sobie znać. Zmaterializował się w postaci bandyty.
- Stój koleś! Dawaj forsę!
Jasne, i może pasek do tego...
- Posłuchaj, mam dziś straszny dzień. Ja dam ci moją rudę a ty mnie nie poturbu...
Ale koleś był chyba trochę nabuzowany gdyż dostałem pod żebro buławą. Zamigotały mi gwiazdki i straciłem przytomność.
Przedtem usłyszałem jeszcze :
- O cholera! Jaki ładny...
Nie dowiedziałem się co było takiego ładnego, ale wolałem się nie domyślać. Grunt to były dla mnie spodnie.
Ale facet chyba zaczął spieprzać, bo kiedy się obudziłem, wciąż miałem : a) pasek, b) spodnie, c) moją Brzytwę.
Rudy nie było, ale szedłem do kopalni więc mogłem nakopać trochę na czarno albo zwędzić.
Po krótkim biegu byłem już u bram. Niektóre części mojego ciała domagały się odpoczynku (nie te o których myślicie)
a inne domagały się lekarza (te o których myślicie ale o tym później jeżeli wogóle).
W kopalni
Wszedłem do kopalni i zacząłem rozmyślać.
Co może sprawiać że mam takiego pecha? To przecież niemożliwe żeby zwykły śmiertelnik miał tak przesrane od początków swojego istnienia.
Jestem pod opieką Beliara? Co on, głupi? Ja nie mam życia!
Rozmyślania wychowanka przerwałem gdyż byłem u celu. Ian i swobodna rozmowa o... łóżko.
- Witaj Ian. Co tam w kopalni?
- A po cholerę żeś tu przyłaził? Nie mamy rudy!
- Właśnie! I nie licz że wykopiesz na czarno! - to był Albert. Zawsze gnoja nie lubiłem.
- Nie macie, tak? To dobrze że ja nie o to. Widzicie, zajeli mi mą skromną chatynkę i nie mam gdzie spać, a na ulicach i w lasach
nie jest zbyt bezpiecznie.
- Chcesz wyrka tak? Na dole jeszcze są! - To był zaś jeden z kopaczy. Nie znałem gościa, zawsze po prostu był.
- Na dole? Dzięki. To ja idę.
Idąc w dół kopalni rozglądałem się wokół. Jasna cholera, już zapomniałem jakie wielkie to draństwo!
W takich miejscach dopada człowieka filozofia...
Po demona to wszystko?!
Ale skończyłem z tym myśleniem. Była północ a ja musiałem się kimnąć. Zszedłem na dół.
Na dole było parę osób i kopaczy którzy nie mieli co robić więc grzebali sobie w zębach i drapali się po nogach.
Moim celem jednakoż był jeszcze głębszy dół. Stała tam zgniatarka, przeznaczona dla rudy i niektórych kopaczy.
Obsługiwał ją ork ale teraz miał przerwę na codzienną modlitwę do Ghadrak'a czy tam jakiegoś innego orkowego bożka.
Nie miałem sił jednak zdobyłem się na ostatni wysiłek i pobiegłem tam gdzie mogłem się wyspać. Podbiegłem i zasnąłem zanim udzerzyłem
o worki.
Piękne miejsce...
Następnego ranka po załatwieniu codziennych potrzeb mogłem wyjść na świeże powietrze.
Nie spieszyłem się. Niby po co? Nie miałem domu, roboty też bo pewnie mnie już zwolnili, rudy ani... właściwie miałem tylko ubranie i mieczyk.
Moją Brzytewkę. Ale miałem dość tego zatęchłego miejsca. Zatrzymałem się przy przetapiarce (przeznaczonej dla rudy i niektórych kopaczy)
i mój wzrok przykuła gigantyczna bryła rudy. Było tego w i trochę. Czy ktoś by się zorientował gdyby nagle zabrakło trzystu bryłek?
No i zawszę mogę zastosować Bezczelny Uśmiech...
Podszedłem więc do Węża (nie wiem skąd to przezwisko. Wolałem nigdy nie dopytywać) z dokładnie opracowanym planem.
Miałem udawać przygłupa który nieudolnie próbuje podebrać coś z kopca. Ponieważ takich debili jest od groma i nikt nie traktuje ich poważnie mogło się udać.
Zagadałem więc:
- Heej dasz mi trochę ruuuudy?
Facet samą postawą mówił: nie.
Pogapiłem się troche na urządzenia... i szybko skubnąłem trochę czystej rudy. I w nogi!
Byłem jednak zauważony...
- Hej ty! - inteligentny strażnik. Stoję tuż przy nim i mnie woła. - tu ni wolno kraść. za to jest kara Zgniatarki albo Przetapiarki. Stój albo strzelam!
Stój albo strzelam! Co to za tekst?! Facet chyba awansował niedawno!
Uskoczyłem przed bełtem i w długą! Pobiegłem w kierunku zgniatarki i zacząłem się na nią wspinać. Musiałem się poruszać po kociemu.
W każdej chwili mogłem spaść. W końcu znalazłem mniej więcej bezpieczne miejsce na głównym drągu (?) który zgniatał rudę czy co tam się pod niego daję.
I wtedy usłyszałem:
- Koniec przerwy!
Zamarłem. Ork wracał do roboty a ja byłem na jego narzędziu potrzebnym do pracy. Już czułem ten upadek z wysokości 15 stóp!
Próbowałem krzyczeć:
- Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!
Ale na próżno. Ork albo nie słyszał albo specjalnie mnie zignorował. Drąg uderzył o podstawę i zacząłem spadać.
Kątem oka dostrzegłem strażnika który w heroicznej postawie chciał powstrzymać groźnego zbiega czyli mnie, złodziejaszka, który podpylił bryłkę czystej rudy.
Ale ja już leżałem i kwiczałem.
- Aałłłłłłłł...
Zdołałem się przewrócić na plecy i patrzyłem w sufit. Tak bosko mi się leżało! Nie chciałem wstawać.
Ale musiał się pojawić dozorca.
- Hej koleś! Wstawaj. Spokojnie, nic ci nie zrobię. Pozatym nie spadłeś z tak wysoka.
- Zooooosssssstttttaaaaaaawwwwww mmmmmnnnnniiiiiiiieeeee...
- Nie ma głupich! Spokojnie, nic ci nie grozi. Przecież jesteś ze Starego, nie? Masz. Dostaniesz ser jeżeli wstaniesz.
- Nnnnniiiiiiieeeeee... Przecież sam go zjesz.
- Racja! Mlask, glam. A mógł być twój! No już, wstawaj.
Wstałem. Facet był miły i mógł mnie puścić. A w razie czego mogłem zarzucić Uśmiechem.
- No! Widzisz, nie było tak źle. - miałem szansę... - a teraz powiedz mi, co ja mam z tobą zrobić?
- Puść mnie.
- Wiesz, żal mi cię trochę. Weź sobie tę bryłkę. I tak tamta kupka miała iść na recykling. Jest warta może trzy odpryski zwykłej bryłki.
Ale, żebyś wiedział że jesteśmy dobrzy tu na dole, weź te bryłki. Dwadzieścia, na początek. A teraz spadaj i postaraj się nie rozrabiać więcej.
Mogłem iść. Cóż, wiedziałem że mnie puści, ale i tak byłem szczęśliwy. No i dwadzieścia bryłek! A to już coś.
Na powierzchni
Na powierzchni było już południe. Nie miałem nic do roboty. Do demona z tym. Idę się zabić.
Wystarczyło jednak przejść przez bramę. Zatrzymałem się nagle... i doznałem olśnienia.
- Hej! Ta sytuacja otwiera przedemną nowe możliwości. Nie mam zobowiązań! Mogę być każdym! Kupcem! Tragarzem!
- Woźnicą! Zabójcą!
- Idiotą! Myśliwym!
- Złodziejem! NIKIM!
To było cudowne uczucie. Wiele głosów przemawiało w mojej głowie, a ja mogłem wybrać każdy z nich.
Potrzebowałem jednak miejsca. A odpowiednim miejscem dla tego burdelu w mojej głowie była Nowoobozowa anarchia.
Zdarzenie
Biegłem właśnie do Nowego, kiedy po drodze zauważyłem coś między skałami. Wyglądało to mieczowato, więc podbiegłem bo moja Brzytewka
choć cudowna powoli się zużywała. A ten mieczyk tak ładnie sobie leży... poprawka, był wbity. Wyjąłem go bez trudu bo ostatnie deszcze zmiękczyły glinę
i praktycznie wskoczył mi w dłonie.
Przyjrzałem mu się uważnie. Był nowy, a ja się na tym znam. Wykuty przed chwilą, pięknie zdobiony i ogólnie miód.
Były na nim znaki, strzałki kierujące się w kierunku sztychu. Mogły to być starożytne inskrypcje ale podejrzewam że to znaczy "Wbijać tędy ".
Z mieczem na plecach, gdyż okazał się całkiem spory, udałem się w kierunku Nowego i mojego nowego życia.
Nowy Obóz
Przypomniałem sobie o moim ubraniu. Było znakiem Starego Obozu, więc musiałem je zmienić. W nim prawdopodobnie, a raczej na pewno, zostałbym obrobiony.
Wpadłem na pomysł. Wciąż miałem swój roboczy fartuch. Nikt nie zaczepia kowali, bo często mogli oddać. Spokojnie
przeszedłem przez bramę - myślę że miecz na moich plecach zrobił lepsze wrażenie - i pobiegłem do pierwszego lepszego gościa który
wyglądał na kupca.
- Hej kolego! Masz coś na sprzedaż?
- Tak... Mapy i inne pierdoły.
- Hmmmmm, to nie dla mnie. Przydałby mi się jakiś pancerz i ryzykowna robótka.
Miałem dosyć bezpieczeństwa. Chciałem poszaleć!
- Ach tak? Myślę że będe miał coś dla ciebie. Jestem szefem ludzi którzy mają dosyć życia. Jesteśmy... KARTOGRAFAMI!!
Widzisz mój pancerz? To znak rozpoznawczy terenowych kartografów. Zapuszczamy się w miejsca gdzie nawet bogowie boją się wchodzić. I wystarczy dwadzieścia bryłek
wpisowego! Za tę cenę masz zapewniony przyzwoity pogrzeb i cotygodniowe odwiedziny wszystkich naszych członków.
Nie ma nas wielu. Dlatego traktujemy się jak braci.
- Czy na początku inicjacji każdego waszego nowego członka wspominacie o pogrzebie? Dwadzieścia bryłek tak? Akurat mam...
Wyrwał mi sakiewkę i przeliczył bryłki. Chyba brakowało im członków.
- Świetnie!!! Jesteś teraz pełnoprawnym członkiem i masz prawo do trzydniowego urlopu z powodu pogrzebu babci co dwa miesiące.
Zapraszam na najbliższy zjazd który odbędzie się za dwa tygodnie. Jakieś pytania?
- Tak... co teraz?
- To proste. Możesz albo przyjąć zlecenie odemnie albo robić co ci się żywnie podoba. Musisz się jednak przygotować na to, że ludzie będą cię traktować
jak żywego trupa.
- Dlaczego?
- Bo pewnego dnia nie powrócisz ze swojej wyprawy. Prędzej czy później spotyka to każdego z nas.
- Wiesz, jednak na razie sobie odpuszczę. Potrenuję trochę i spotkamy się jutro.
Pierwszy przeciwnik
Już jako kartograf odszedłem spokojnie i z godnością na jakieś odludne miejsce żeby w spokoju potrenować walkę moim mieczem. Trzeba nadać mu jakąś nazwę.
Wyszedłem na dwór. Pojawiła się przelotna mżawka i jak zwykle zmoczyła mnie w sekundę. Zaraz przestanie padać. Wzrok mój padł na miejsce za jeziorkiem.
Idealne do treningu. Podszedłem tam i nagle zaatakował mnie topielec. Wyjąłem broń i przybrałem jedyną znaną mi pozycję obronną. Topielec zaszarżował,
ja odskoczyłem, on nadział się na koniec sztychu i zginął. To było najdziwniejsze zwycięstwo. Chciałem go oskurować ale kiedy zacząłem dziabnąłem się
w kolano i wściekły wyrzuciłem zewłok do wody. Zaraz potem zacząłem ćwiczyć różne ciosy i wyobrażałem sobie bestie i ludzi próbujących mnie zabić.
Trenowałem do wieczora. Byłem tak zmęczony że padłem na kolana. Uniosłem wzrok i zobaczyłem błękit wody, cudownie chłodnej... szybko się rozebrałem
i wskoczyłem. Była lodowata! To nie woda to lód! Wypłynąłem natychmiast.
To co zobaczyłem przelało czarę goryczy ostatnich dni. Jakiś śmieć próbował ukraść moje rzeczy! Skradał się, nieświadom mojej obecności. Ja nie chciałem
się skradać. Chciałem dać mu z kopa żeby wpadł do tej lodowatej wody!
- Tego już za wiele! Giń śmieciu!
Podbiegłem i z wyskoku chciałem go kopnąć lecz on szybko wyjął swój mieczyk i ciął mnie przez pierś.
- O cholera! Zabiłem człowieka! Spadam stąd!
Obudziłem się chyba koło północy. Moje rzeczy wciąż były na swoim miejscu, za to ja czułem się fatalnie. Pierś piekła niemiłosiernie i przez chwilę chciałem umrzeć.
Ubrałem się i poszedłem w kierunku zbiorowej chaty. Każdy mógł się tam wyspać za darmo i nikt nie mógł mu ukraść żadnych rzeczy. Kiedy byłem na miejscu
poczułem nagłe uderzenie "Zielonego Nowicjusza". Był tu jarany na potęgę. Zapach wnikał w metal, wnikał we wszystko. Na szczęście miałem tu być tylko na noc.
Nie myślałem. Chciałem spać.
Poranek dnia następnego.
Obudziłem się, czując się trochę lepiej. Wyskoczyłem z posłania i poszedłem do medyka.
- O! Nowy! Co tu robisz?
- Jakiś facet przerżnął mnie przez pierś.
- Ehhhhhh zmarnuję parę eliksirów. Na stole jest ich trochę, weź je.
Leżało tam ich z dwadzieścia.
- Eeeeeee... wszystkie?
- Nie na bogów! Dwa lub trzy i łyknij jeden.
No cóż, wziąłem je i o wyjściu z chaty wypiłem jeden. W momencie poczułem się lepiej! Pobiegłem od razu na spotkanie z moim mentorem kartografstwa.
- Heeeeeej! Co tam?! - zawołałem z dala.
- O boże... czego odemnie chcesz? Kurs rysunku?
- Eeee, a wiesz, to całkiem niezły pomysł. W końcu rysowanie map wymaga jakichś umiejętności nie?
- To proste jak drut. Bierzesz spory arkusz papieru i rysujesz wszystkie bezpieczne ścieżki w wymiarach naturalnych. Potem wracasz z tymi rolkami do nas, jeden z
rysowników rysuje je w pomniejszeniu a ty opowiadasz jak było dookoła tych ścieżek. Proste?
- No raczej tak. Ale to znaczy że mam się zapuszczać w największe dżungle i inne niebezpieczne miejsca? Ale ja jestem dzieckiem pecha! Jeszcze w życiu nie zdarzyło mi się
nic fartownego!
- Serio? To może być problem dla kapłana. Ja się zajmuje inicjacją nowych i zabijaniem potworów. Znam jednego duchownego. Zajmuje się wszystkimi znanymi mi religiami.
Pomógł już wielu naszym chłopcom którzy widzieli zbyt wiele krwi i szaleli. To porządny facet mimo dziwnych przyzwyczajeń.
- To coś dla mnie! Gdzie mogę go znaleźć?
- Mieszka nad jeziorem.
Nareszcie znalazłem kogoś kto mógł mi pomóc z moim pechem! Pożegnałem się i w podskokach ruszyłem nad jezioro. Kiedy zobaczyłem chatę zacząłem się skradać. Słyszałem
dziwne mamrotanie.
W końcu zobaczyłem gościa w starej, zużytej szacie który bił pokłony jakiemuś taniemu dzbankowi. Usłyszałem dziwną modlitwę :
- Dziękuję wam, wszyscy bogowie którzy są w stanie mnie usłyszeć, piękne dzięki, a ci którzy mnie nie słyszą przepraszam, podziękuję wam kiedy indziej. Ommm...
Podszedłem i patrzyłem z góry na ugiętego w modlitewnej pozycji gościa, który wydawał mi się dziwnie znajomy...
Kiedy w końcu podniósł się z klęczek i spojrzał na mnie poznaliśmy się od razu...
(obaj) - O cholera!
- Jesteś gościem którego próbowałem obrobić!
- Jesteś gościem który próbował mnie obrobić!
Wyciągnąłem miecz i zacząłem krzyczeć.
- Zabiję cię sukinsynu!
- Nie! Zaczekaj! W końcu potrzebujesz mojej pomocy!
Opanowałem się trochę. To prawda, pomyślałem. W końcu ktoś musi mi wyjaśnić dlaczego pech mnie prześladuje.
- Dobra, dam ci szansę. Potrzebuję wyja... a właściwie skąd wiedziałeś że potrzebuję pomocy?
- Wszyscy którzy do mnie przychodzą potrzebują mojej pomocy. A czego ty chcesz?
- Mam problem z losem. Wiecznie prześladują mnie nieszczęścia. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nic fartownego.
- Hm, pierwszy raz widzę taki przypadek. Dobra, zrobimy tak: ty mnie nie zabijesz a ja ci pomogę.
- Dobra. Zgadzam się.
- Świetnie! Zaczekaj chwilę...
Podszedł do modlitewnego dzbanka i wyjął coś z niego. Następnie starannie ustawił go na skraju chatki, w stronę jeziora i... wykopał go do wody!
- Co zrobiłeś!? Przecież przed chwilą modliłeś się do tego!
- Owszem. Dlatego właśnie to wyrzuciłem.
- Ale po co?
- To przez organizację. Zbyt często modliłbym się do dzbanka, zaczeli by przychodzić pielgrzymi, w końcu wszyscy zaczeli by modlić się do dzbanka.
A tu nie o dzbanek chodzi! Tu chodzi o boga! Ludzie zaczynają wierzyć w organizację, w magów wody zamiast w adanosa.
Podszedłem do wody i zacząłem przyglądać się dzbankowi.
- To trochę zagmatwane...
- Nie martw się. Wyjaśnię ci wszystko podczas twojego terminowania.
- Co takiego?! Mam u ciebie terminować?!
- Owszem. Chcesz pomocy czy nie?
- Chcę, ale...
- W takim razie leć po ząb Kąsacza. Brakuje mi go do pewnej rzeczy.
- Jakiej?
- Później ci wyjaśnię. A teraz już idź.
No cóż, poszedłem. No bo co miałem zrobić? Byłem uzależniony od tego gościa. Przepłynąłem na drugi brzeg i po zabiciu topielca poszedłem w głąb lądu
aby znaleźć Kąsacza.
Znalazłem. Chciałem go zabić z zaskoczenia więc zacząłem się skradać. Kiedy już byłem przy nim, on powiedział...
- Aaaaaaa! Zboczeniec!
- Aaaaeeeeyayeay? Ty mówisz?
- Jasne że tak! A co, macie monopol? Zjeżdżaj! Już się nawet umyć w spokoju nie można!
Chciał mnie ugryźć ale odskoczyłem. Głos miał dziwny, jakby świszczący.
- Ehhhhhhhhhhh. Po co żeś tu przylazł? Czego chcecie od biednego Kąsacza?
- Ymmmm... przysłał mnie ten pustelnik znad jeziora.
- Czego ten stary pierdziel zaś chce? Pewnie mojego zęba co? Wymienie się. Ząb za mięso.
- Na plaży ubiłem topielca.
- Topielca?! Masz ząb, leży w krzakach, ja idę się nażreć!
Pobiegł, a ja zostałem z zębem w ręce. Wróciłem do pustelnika.
- Szybko ci poszło.
- Dlaczego mnie nie ostrzegłeś że ten Kąsacz gada?
- No przecież sam się dowiedziałeś nie?
Przybrałem groźną pozę i zacząłem warczeć.
- Dobra dobra, spokojnie, przepraszam. Dzięki temu zębu mogę wreszcie skończyć rytuał na rzecz zwierzęcych bóstw.
- Modlisz się do zwierzęcych bóstw?! To niemożliwe!
- Hehe, kiedyś ci to wytłumaczę. Ale na razie idź się przebierz w pokutnicze szaty. I zostaw gdzieś tę brzytwę!
Odszedłem zagniewany do jednego z dwóch domków tej małej rybackiej chatki.
- Ekhm, do tej mniejszej.
Obróciłem się na pięcie i warknąłem:
- Co?!
- No, ekhm, w tym mniejszym domku jest szata i tam będziesz mieszkał przez okres terminowania.
- Dlaczego?!
- Bo ludzie wiedzą że im większa chata tym większa pozycja. A ja w końcu jestem twoim mistrzem.
- Owszem, ale nie licz że tak będe się do ciebie zwracał.
Poszedłem do chatki obok, a on zaczął znów się modlić. W swojej chatce MISTRZA. Wszedłem do domku. Zlustrowałem go wzrokiem,
co nie trwało zbyt długo. Na ziemi leżała szata. Przebrałem się, zostawiłem ,,Wbijać tędy" jak zacząłem nazywać swój miecz i poszedłem
do MISTRZA.
Jak zwykle się modlił. Kiedy skończył, zwrócił się do mnie:
- Siadaj i módl się.
- Co? Dlaczego?
- Po tym rozpoznaję rozmówcę. Módl się do kogo chcesz, nawet do Beliara.
Usiadłem posłusznie i przybrałem pokutniczą pozę. Zaczęliśmy się modlić...
Terminowanie u Pustelnika
Minęło pięć dni. Zaczynałem powoli przyzwyczajać się do nowej sytuacji. Akurat siedzieliśmy na skraju chat i moczyliśmy nogi w jeziorze.
- Kim ty jesteś, co?
- Hmm, chyba człowiekiem który ma pecha.
- To coś więcej niż pech. To... to... nie potrafię tego wyjaśnić, ale.. ale trudno. Myślę, że wszystko wyjaśni się kiedy będziesz tu dłużej.
- Skoro już tu jestem, może opowiesz mi trochę o sobie.
- O mnie? Nie ma tu wiele do gadania...
- Człowieku, modlisz się do zwierzęcych bóstw! Przecież to oznacza że albo a) jesteś świrem, b) jesteś samobójcą.
- Hehe, ani jedno ani drugie. Widzisz, ja muszę się modlić do każdego istniejącego boga. Inaczej zostanę pewnie rażony piorunem. Po raz siódmy, ośmielę się zauważyć.
Widzisz, to było tak: bogowie nudzili się bo nic nie działo się na świecie. Uznali że ciekawe co by się stało gdyby skupili uwagę na jednym jedynym małym dziecku.
Wyszedłem ja. Człowiek, który musi modlić się do każdego boga jakiego zna i nie zna bo inaczej będzie ściągał pioruny. Ha, miałem czasami nieźle przesrane.
- Opowiedz o tym. W końcu, co innego mamy do roboty?
- Oooo nie, nie opowiadam całej histori byle komu. I tak masz fart że poznałeś ogólny zarys.
- Nie mów mi o farcie, bardzo cię proszę...
- No dobrze, spokojnie. Znam twój problem i mam parę podejrzeń co do jego źródła ale nie mam pomysłu na środek.
Po tych słowach wstał spokojnie i zaczął sobie nucić.
- Liryka, liryka...
- Zaczekaj! Powiedz mi o co może chodzić. Co jest przyczyną?
- Którego się urodziłeś?
- Co? Szóstego Kryftmycza Starej Daty.
- A nowej?
- Zaraz, przenoszę siedem, dwa w pamięci... pietnastego Grrruffa. Roku Zdechłego Ścierwojada.
- Czas wybrańców... dobrze pamiętam tamten rok. Oberwałem wtedy piorunem, dwa razy pod rząd. A miałem tylko piętnaście lat!
- Co to ma do rzeczy?
- ?e oberwałem? Może trochę współczucia?
- Chodziło mi o rok. Przecież nie pytałeś żeby powspominać.
- A, racja. Chyba już wiem czemu masz takiego pecha. Ale będe musiał się upewnić.
- Zrobisz to sam?
- Raczej tak. Zostaniesz sam na tydzień, więc nie czekaj z kolacją.
- Tydzień?!
- Poradzisz sobie. Jesteś już dużym chłopcem.
- A jak ktoś przyjdzie się leczyć albo po poradę?
- Musisz być tak przezorny? Trzeba zostawiać miejsca na niespodzianki. - pustelnik westchnął - Masz. Daj to pierwszemu gościowi który przyjdzie.
Odebrałem mały pakunek. Nie ważył zbyt wiele.
- Po czym go poznam?
- Mówiłem, że trzeba zostawiać miejsca na niespodzianki nie? - Uśmiechnął się chytrze - Nie martw się. Poznasz go.
Po czym zostawił mnie samego. Miałem radzić sobie przez tydzień. Cóż miałem do roboty?
Wskoczyłem do wody żeby wyłowić dzbanek.
Po dokładnym wyczyszczeniu go z wodorostów, glonów oraz krabów naszczałem do niego.
Po czym znów wrzuciłem go do wody.
Tydzień
Tę czynność powtarzałem za każdym razem kiedy chciało mi się lać. Nie wiem czemu. Miałem dość lania pod drzewo.
Minęły trzy dni i nikt nie przychodził.
W końcu ktoś przyszedł. Z daleka wydawał mi się dziwnie znajomy.
Do demona...
- Ty jesteś tym schizolem który co wieczór chciał sprzedać mi maść przeciw wszystkiemu!
- Ale nigdy pan nie kupował! I czemu pan mnie tak nazywa!
- Dobra, po co żeś tu przyłaził?!
- Ehmmm... nie ma pustelnika?
- Jest! Ja jestem! Zastępuję!
- Ehmmmm... a może kupi pan jabłko w cukrze? Jeszcze brązowe.
- K u r r w a mów pan o co chodzi i s p i e r d a l a j, proszę wybaczyć mój Vengardzki...
- Ehmmm... jestem po paczkę.
Znieruchomiałem. Powoli i ostrożnie, jagbym zaczął się skradać, spytałem:
- To jest ta maść?
- No, ee, owszem.
- Skuteczna?
- Cóż, jeszcze nikt nie przychodził z reklamacjami...
- Można kupić?
Gość od razu zmienił minę w serdeczny uśmiech wytrawnego sprzedawcy z badziewnym towarem. Jeżeli jeszcze nie sprzedał matki, pomyślałem,
z pewnością zrobi to niedługo.
- Jak dla pana, po znajomości, mogę sprzedać to tylko za trzydzieści bryłek, ekhm, dwadzieścia, no, piętnaście przecież mam dzieci, dziesięć?
Pięć i naprawdę Jestem Skończony, khymmm, proszę.
Spuściłem wzrok i wziąłem maść. Raczej wątpiłem w skuteczność tego środka skoro sprzedawał go Victor "Jestem skończony" Ebblins, ale trzeba spróbować
wszystkiego nie?
Ebblins pożegnał się i ruszył szybkim krokiem w kierunku NO żeby sprzedawać tam swoje jabłka które, prawdę mówiąc, zaczynały się wyrywać lub zeskakiwać ze
swoich miejsc.
Stałem w domku i cóż, nie będe opisywał co robiłem ale powiem że nawet mi pomogło. Pozostało mi czekać aż Pustelnik wróci.
Tymczasem poszedłem po dzbanek.
Powrót
Minął tydzień i zacząłem wypatrywać pustelnika na horyzoncie.
Minął kolejny tydzień.
W końcu zaczął nadchodzić. Szedł powoli. Ubranie miał spopielone. Uśmiech obłąkany. Podszedł do mnie i powiedział:
- Dziewięć mój chłopcze! Myślałem że będzie gorzej!
Padł na pysk. Zaniosłem go do chaty i zacząłem opatrywać. Wyglądał tak jak może wyglądać ziemniak zostawiony w ogniu. No dobra, nie aż tak ale macie ogólny zarys.
Minął cały dzień zanim się obudził. W międzyczasie prałem jego szatę i próbowałem uratować to co z niej zostało.
- Jestem chłopcze! Gdzie śniadanie? Nic nie jadłem od trzech dni!
Obudził się. Musiał mi coś wyjaśnić.
- Co robiłeś przez te dwa tygodnie?!
- Szukałem odpowiedzi dla ciebie a ty z pazurami? Wielkie dzięki! Co za wdzięczność!
- Dobra, przepraszam. Co robiłeś?
- Lepiej ty mi powiedz co robiłeś. Wiele osób przyszło?
- Siedmiu. Większość chciała czegoś z twoich przepastnych zasobów buteleczek z szybko fermentującą się cieczą.
- Hahah. I co? Dostali?
- Tak.
Wydawał się odrobinę zaskoczony. Nareszcie, pomyślałem.
- Ekhm, co?
- Znalazłem twój głęboko skrywany zasobnik na te buteleczki.
Opłaciło się szczać do dzbanka, pomyślałem. I opłaciło się kupić parę buteleczek.
- Hyhymmm, naprawdę znalazłeś?
- Nie, sprzedawałem im swoje szczyny zmieszane z glonami i proszkiem z wodorostów.
- Hahaha! Haha. Ha? Tak robiłeś?
- Tak.
Tym razem wybuchnął śmiechem szczerym. Kiedy przestał się śmiać poprosił o coś do jedzenia a kiedy zaproponowałem mu jabłko Ebblinsa
stanowczo poprosił o coś co się nie rusza.
Kiedy dostał swój chleb mogliśmy zacząć rozmawiać.
- Gdzie byłeś?
- U znajomego. Przedstawiłem mu twój przypadek.
- I co powiedział?
- ?e nie masz boga.
- Co?
- No, bogowie nie wiedzą o twoim istnieniu więc nie mogą chronić cię przed drobnymi nieszczęśliwymi zdarzeniami.
- Mam pecha od początków życia! Nic mi nie wychodzi! A oni o mnie nie wiedzą?!
- Hah, zobacz na tę sytuację. Ty nie masz boga, a ja mam ich nadmiar. Chętnie bym ci oddał paru.
- Ale jak mogą o mnie nie wiedzieć?!
- Spójrz tak. Ludzie na świecie to wielki szereg. Niektórzy, jak na przykład ja, mają w takim szeregu trzy metry bo byli obserwowani szczegółowo
przez bogów. Ci ludzie, którzy nie mają bożego zainteresowania mają w szeregu pół metra. A na twoim miejscu jest dziura. Pusto.
Siedziałem przez chwilę cicho. Musiałem to przetrawić.
Kiedy już przetrawiłem, łamiącym się głosem spytałem:
- Jak?...
- Bogowie widać byli zajęci. A zwierzęce bóstwa nigdy nie biorą ludzi pod opiekę.
- Ciebie wzięły!
- Ale ja jestem szczególnym przypadkiem.
- Jest sposób?...
- Oczywiście. Musisz stać się bogiem i im o tym powiedzieć.
- A jakiś wykonalny?
- Hmmm... nie.
Siedziałem cicho przez dłuższą chwilę. Musiałem się z tym pogodzić.
Kiedy już się pogodziłem, spytałem:
- O co ci chodziło z tymi dziewięcioma kiedy tu przyszedłeś?
- Och, o pioruny. Chciałem być szybko i zapomniałem o paru modlitwach. Dostałem dwa razy i razem mam już dziewięć mój chłopcze!
- To co mam teraz robić?
- Teraz? Możesz albo odejść w nieznane jako kartograf i stać się najlepszym...
- Najlepszym?
- Och, przecież będziesz musiał sobie radzić sam. Nikt nie będzie ci pomagał. ?aden bóg. Więc żeby przeżyć będziesz musiał szybko
stać się najlepszym, mój chłopcze.
- A druga opcja?
- Zostaniesz i dokończysz terminowanie. A potem wyruszysz by stać się najlepszym.
- Niewiele opcji, co?
- Zawsze jakiś wybór.
Wstałem i poszedłem do chatki. Musiałem to wszystko przemyśleć. Przydałoby się parę flaszek.
Poszedłem spać. Może sen przyniesie wybawienie...
ŁAŁ! GENIALNE! FABUŁ! SPOX! Czytanie tego zajęło mi 10 minut!
Muszę się zgodzić. Fabuła jest... początkowo zbieżna z fabułą Gothica (nie licząc "rozdziału" pierwszego). Dobra, teraz na serio: fabuła etc. wszystko bardzo fajnie. Komiks mógłby wyjść z tego... bardzo dobry. Generalnie wyczułem jakby lekko komediowy klimat (a może mi się tylko wydawało), mam na myśli "Bezczelny Uśmiech". Długość, oceniając w kryterium opowiadań, jest odpowiednia. Nawet bardzo.
Plusem w tym opowiadaniu jest paradoksalnie... pewna chaotyczność. Trudno mi to nazwać, jednak to właśnie sprawia, że ocenię owo opowiadanie na: 7/10. Ocena nie jest wyższa, ponieważ mimo wspaniałej i zabawnej fabuły, wziąłem pod uwagę także inne elementy. Nie będę ich wymieniał, ponieważ sądzę, że to niepotrzebne. Zresztą nawet gdybym je wymienił, to raczej byś ich nie poprawił. (W końcu kto tak robi?)
_________________ http://myplay.com/video-player/michael-jackson
Każdy fan (oraz nie fan) Króla, bezpretensjonalnie musi wejść na tę stronę.
_________________
"Nazywam się Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy. Żyję na tym świecie czterysta dwadzieścia osiem lat według waszego rachunku, sześćset czterdzieści dwa lata według rachuby elfów. Jestem potomkiem rozbitków, nieszczęsnych istot uwięzionych wśród was po kataklizmie, który wy nazywacie Koniunkcją Sfer. Uchodzę, delikatnie mówiąc, za potwora. Za krwiożercze monstrum. "
Dobra, jak widzę opowiadanie cieszy się zaje*istą popularnością ( XD ) mam dla was kolejny podpunkt.
Spotkanie
Następnego dnia.
- Jasna cholera!
Zupełnie zapomniałem o spotkaniu! Miało być dzisiaj!
- Co jest, do demona?
- Muszę lecieć na spotkanie z kartografami! Zupełnie zapomniałem że to dzisiaj!
- Dobra, ale w tej szacie raczej nie pójdziesz.
Przebrałem się w pancerz i wziąłem mój miecz. Pożegnałem pustelnika i pognałem do Nowego.
Na spotkaniu było całkiem sporo ludzi. Siedem osób w pancerzach i jeden lekarz.
- Wszyscy są? Tak? Świetnie.
To był mój mentor. W ręku trzymał papier z wieściami z kraju i ze świata co tam, panie u kartografów.
- Najpierw sprawdzę obecność. Johny!
- Jestem!
- Eduardo!
- Jestem!
- Zygfryd!
- Jhestem!
- Albert, Cray, Stan i Pieculewicz!
- JESTEM!!!!
- Nowy!
- Jestem.
- Czyli wszyscy są. Świetnie. Zaraz przeczytam co u nas słychać. Tymczasem poznajcie Nowego!
Rozległy się nieśmiałe "Czeeść" i lekkie podnoszenie rąk w moim kierunku. Jak podczas wizyty u psychologa. Terapia grupowa...
- Eee... cześć.
- Dobra koniec zapoznawania. Przeczytam wam dobre wiadomości. Przedwczoraj Zygfryd wrócił z wyprawy gdzie badał okrrrrutne ziemie orków. Brawa!
- Dziękhuję, dziękhuję. Muszę phzyznać, że to było thudne zadanie.
- Tak, wiemy. Kolejną dobrą wieścią jest oczywiście Nowy. Następny członek naszego bractwa!
- Ekhm.. Jest mi ba...
- A teraz złe wieści... Ramon nie powrócił z wyprawy.
Zapadła cisza. Wszyscy zdejmowali czapki jeżeli je mieli. Nikt nawet nie pytał co go zabiło.
- Co go zabiło?
- Ciężko stwierdzić. Został z niego tylko pancerz, miecz i trochę szczątek. Oczywiście liczę że każdy da na trumnę.
- Gdzie był?
- Badał nowo odkrytą jaskinie z mnóstwem tuneli. Prawdopodobnie coś tam było, pełzacze czy inne paskudztwo...
Milczenie znów zapadło. W końcu odważyłem się powiedzieć:
- Wyjaśni mi ktoś…
Oczy na mnie…
- Dlaczego…
Coraz więcej spojrzeń…
- My wyruszamy na te wyprawy? To znaczy, dlaczego nie wynajmujemy jakichś zbirów którzy zapuszczali by się w te wszystkie dżungle i tym podobne niebezpieczeństwa?
Cisza.
Cisza.
Cisza.
- To znaczy...
- Tego...
- Dheszczyk emocji...
- To podniecenie...
- Dobra płaca...
- Właśnie...
- Właśnie...
- Whłaśnie...
- NOWY!! CO ZA PYTANIE!!! TO JEST W REGULAMINIE!!
Szef podetknął mi pod nos kawałek papieru. Przeczytałem:
"Dreszczyk emocji...
To podniecenie...
Dobra płaca..."
Podniosłem oczy znad papieru i spojrzałem na szefa.
- Rozumiem.
- Dobra, skoro wszystko wyjaśnione pogrzeb we wtorek.
-Eee, nie miał rodziny?
- U nas nikt nie ma rodziny. A jeżeli ma, rodzina przygotowuje pogrzeb przez całe życie swego syna.
- To czemu jest nas tak wielu?
Rozległy się gorączkowe śmiechy. Gorączkowe, czyli śmiał się tylko szef, reszta rzucała umęczone i odrobinę
niepewne uśmiechy.
- Chłopcze! Tych ośmiu co tu widzisz to wszyscy którzy jeszcze żyją!
- Co?!
- Gó...
Nagle do kwatery wbiegł jakiś obszarpaniec. Był cały w węglu, albo sadzy, w każdym razie był brudny okropnie. Włosy miał zwęglone a szatę...
Szatę?!
- Mistrzu!
- Jesteś! Chodź natychmiast!
Zerwałem się z krzesła i pobiegłem za mistrzem.
- Możesz mi wyjaśnić dokąd biegniemy?!
- Niewiem!
- Co?!
- Miałem ochotę na przebieżkę!
- Co?!
- Wiesz, nie lubię biegać sam!
- Co?!
- ?artowałem! Przybył On!
- Jaki On?!
- Ten mój znajomy! Ten od bogów!
- Iii?!
- Iii On może ci wyjaśnić o wiele więcej odemnie! Widzisz, On jest...
I wtedy dobiegliśmy.
Zobaczyliśmy Go.
Zatrzymaliśmy się.
I wtedy On powiedział:
- To ten?!
Ciąg dalszy opowiadania = ciąg dalszy ocen pozytywnych.
Oceny pozytywne <=> dobre dzieło.
Więc już na początku wystawię ocenę... pozytywną. To jest 8/10, bo... no bo tak. Generalnie "Spotkanie" osobno, bez innych rozdziałów jest nieco... zbyt krótkie. Ładnie "upozorowałeś" długość opowiadania. Chodzi mi o fragmenty tego typu:
"- Najpierw sprawdzę obecność. Johny!
- Jestem!
- Eduardo!
- Jestem!
- Zygfryd!
- Jhestem!
- Albert, Cray, Stan i Pieculewicz!
- JESTEM!!!!
- Nowy!
- Jestem."
Myślę, że wiesz o co chodzi.
Kolejna rzecz: opowiadanie nie straciło (lub straciło niezauważalnie mało) swojej chaotyczności. Nie straciło także "tego" komediowego klimatu. W tej chwili mam na myśli akcent Zygfryda , który jest co najmniej francuski. Ogólnie, opowiadanie... rozdział... jak już wrzucasz to wrzucaj kilka rozdzłałków tej długości. Koniec końców to niedopuszczalne, okrutne wręcz, dzielić się z innymi jedynie "strzępkami" historii. Innymi słowy, jeśli opowiadanie nic nie straci, automatycznie zyska.
_________________ http://myplay.com/video-player/michael-jackson
Każdy fan (oraz nie fan) Króla, bezpretensjonalnie musi wejść na tę stronę.
_________________
"Nazywam się Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy. Żyję na tym świecie czterysta dwadzieścia osiem lat według waszego rachunku, sześćset czterdzieści dwa lata według rachuby elfów. Jestem potomkiem rozbitków, nieszczęsnych istot uwięzionych wśród was po kataklizmie, który wy nazywacie Koniunkcją Sfer. Uchodzę, delikatnie mówiąc, za potwora. Za krwiożercze monstrum. "
Kolejna część, a właściwie prawie dwie.
Na razie robię przerwę. Zmęczyłem się XD
Część jest trochę większa niż druga ale trochę mniejsza niż pierwsza. Tak mi się przynajmniej wydaje
A pozatym miło wiedzieć że mam chociaż jednego czytelnika XD
On
- Tak, to on.
- Trochę chudy...
Chwila! Co on sobie wyobraża? Co ja jestem, tucznik?!
- Hej!
- Cicho, muszę pogadać z uczniem!
Uczniem? Pustelnik nie urodził się mistrzem?
- Czego chcesz?
- Wziąłeś ucznia jako uczeń. To niezgodne z regulaminem.
- Mówiłeś, że to tylko wskazówki.
- Owszem, ale wskazówek trzeba przestrzegać.
Wskazówki? Reguły? O co tu chodzi?
- Kim jesteś?
- No wiesz! Nie pyta się takich rzeczy na pierwszym spotkaniu!
- ???
Wtedy wtrącił się Pustelnik.
- Czego chcesz?
- Musimy pogadać.
- O czym?
- O wielu rzeczach.
- A dokładnie?
- Coś taki wścibski? Niczego się nie nauczyłeś?
- Tak, trzeba zostawiać miejsce na niespodzianki...
Chwila! To naprawdę jego uczeń!
- Naprawdę jesteś tylko uczniem? - spytałem.
- Tak... to frustrujące kiedy poświęcasz się przez dziesięć lat i dalej jesteś uczniem.
- Wyobrażam sobie...
- Już dawno powinienem być mistrzem! Okres terminowania wynosi tylko rok!
- Co?! Więc ja też mam siedzieć u ciebie cały rok?!
- Spokojnie, spokojnie... jak to mówią w Nordmarze, relaks... Zresztą gdzie ci się tak śpieszy?
- Yyyy...
- Właśnie.
- Ekhm?!
To był On. W jego głosie dało się słyszeć nutkę irytacji.
- Możecie na mnie spojrzeć?
Spojrzeliśmy.
Z piersi sterczała mu strzała.
- No i co się tak gapicie? Mieliście tylko spojrzeć.
- Ta strzała...
- Ach ta! E, to nic...
Ujął strzałę w dłoń i wyszarpnął. Po czym rzucił ją w krzaki.
- Aaaaaa!
Pod krzakiem rosła czerwona plama.
- Tak. Na czym to stanęliśmy?
- Ten facet...
- Ach, śledził mnie od dwóch tygodni. Panowie wybaczą...
Odwrócił się na pięcie i podszedł do krzaka. Wyciągnął stamtąd jakiegoś faceta w czerni.
- Powiedz mi jedno... dużo za mnie dają?
- Khy... około... tysiąc...
Wyjął mu strzałę z pleców i dał jakąś buteleczkę.
- Tylko tysiąc?! Co za... wypij. Postawi cię na nogi.
Wypił. W cudowny sposób rana zaczęła się zasklepiać.
- A teraz spieprzaj.
Wziął łuk i zaczął spieprzać.
- Teraz możemy w końcu pogadać. O ile się nie mylę, nie masz Boga.
Po chwili doszło do mnie że mówi w moim kierunku.
- Ja?
- ,,Nie, moja babcia. Jasne że ty!"
- Tak, myślę że to prawda.
- Ty myślisz... dobra zostawmy ten temat. Ja to odkryłem znaczy że tak jest w istocie.
Bezczelny typ. Co on sobie myśli?
- Po pierwsze, On, a po drugie, myślę że jesteś po prostu przewrażliwiony. Jakbyś był optymistą to nie miałbyś takiego pecha.
Spieprzaj dziadu, nie miałeś nawet w połowie takiego życia jak ja...
- Tylko nie dziadu!
Czy on mi czyta w myślach?
- Owszem.
- O ku r wa!
- Nie klnij! To nieładnie!
- Gdzie się tego nauczyłeś?!
- Hahaha, nawet nie jesteś moim uczniem! Myślisz że zdradzę ci taki sekret?
Zaraz... skoro On umie czytać w myślach, to znaczy że nauczył tego...
Odwróciłem wzrok na Pustelnika. Ten spojrzał na mnie z zakłopotaniem i wzruszył ramionami.
- Do demona...
- Och dajcie spokój. Lepiej coś zjedzmy. A ty upoluj coś za pomocą tej swojej brzytwy!
- Nazywa się "Wbijać Tędy"!
- Jak zwał tak zwał! Jeden miecz!
- Przepraszam...
To był Pustelnik. Wyglądał na trochę zagubionego.
- Twoje spotkanie jeszcze trwa...
O kurde! Zapomniałem o spotkaniu!
- Panowie wybaczą...
Ukłoniłem się i już mnie nie było. Na szczęście do Obozu było blisko.
- Jestem!
- Nareszcie! Gdzieś ty był!?
- Yyy, u Pustelnika.
- No dobra, niech będzie. Mamy dla ciebie zadanie.
Och? Ciekawe czy dobrze płacą?
- Masz zbadać nowo odkryty szyb w Wolnej Kopalni. Wiecie że jest tam niebezpiecznie ale sponsoruje to stary obóz, więc...
- Jak to Stary Obóz?
- No, Gomez chce polepszyć stosunki z Nowym i płaci pół tysiąca za zbadanie tego szybu. Oczywiście Lee jest zachwycony.
- Się nie dziwię, Lee jest whyjątkowo łasy na bhyłki...
- Rozumiem. Mam iść sam?
Cisza.
Cisza.
Cisza.
- Ja pójdę z Nowym... trzeba mu wyjaśnić, co i jak... nie?
To był Eduardo. Niekiedy miał naprawdę mocny Nordmarcki akcent.
- Nie martw się, amigo, to z pozoru nie takie trudne. Nie wolno tylko dać się zabić.
- Hym. Jasne. Ee, dzięki. A więc, do zobaczenia. Spotkamy się za trzy godziny przy bramie do kopalni.
Pożegnałem się i poszedłem do mistrzów... czegoś. Muszę ich o to zapytać.
Poszedłem do chat. Widać był jak rozmawiają.
- Eee, mam do was pytanie.
- Noooooooo?
- Jesteście mistrzami... czego?
- JA jestem mistrzem. On w dalszym ciągu jest tylko uczniem, i muszę powiedzieć że gdyby nie został wybrany przez wszystkich bogów to w życiu bym go nie wziął!
- Ale czego jesteś mistrzem?!
- Przypadku.
- Co?
- Przypadku, prawa niespodzianki, albo jak mawiają za morzem Happy New Year, czy jakoś podobnie...
- Co to znaczy?
- Niewiem! I to jest piękne! Jak się dowiem, stracę niespodziankę. A tak mogę cały czas domyślać się co to znaczy!
Porąbane...
- To nie jest takie głupie na pierwszy rzut oka.
Racja, zapomniałem że czyta w myślach...
- To jedna z umiejętności mistrza Przypadku, owszem.
- To dlaczego Pustelnik też to potrafi?
- Powiedziałem JEDNA z umiejętności! Naucz się słuchać, to też jest umiejętność Mistrza Przypadku.
- Ale na co ludziom przypadek?
- Nie lekceważ mocy Przypadku! Na przykład: mamy gościa. Idzie sobie polem, lasem i spotyka swojego kolegę. Mówi oczywiście "ale przypadek!" ale to nie jest przypadek.
- Więc co to jest?
- I to jest najtrudniejsze do zrozumienia. Przypadków nie ma, tym wszystkim kieruje Przeznaczenie, całkiem miła babka, która na Wyspach jest nazywana właśnie "Pshipadeek"!
- Ale co znaczy to wszystko?!
- Niewiem! I to jest piękne!
- Dobra oszczędź. Muszę iść do Kopalni, na moją pierwszą wyprawę...
- No to - hey old man, take some water, jak mawiają za morzem.
- A co to... a dobra, do zobaczenia.
Eduardo
Skierowałem kroki do karczmy. Kupiłem trochę zapasów i wody, po czym poszedłem do bramy Kopalni. Eduardo już na mnie czekał.
- Masz wszystko?
- Czyli co?
- Jedzenie i wodę.
- Ah, tak. Tak, mam.
- Świetnie! Pomódl się, albo przygotuj na ostrą jazdę bez trzymanki, koleś.
Milczałem. Nie miałem po co się modlić, zacząłem więc się przygotowywać.
- Ja wziąłem papier i węgiel, więc mamy czym znaczyć ścieżki. Umiesz ciachać tym mieczem?
- Co? A tak, nie najlepiej, ale całkiem nieźle.
- Dobra, więc ty będziesz zabijał co się napatoczy.
Przygotowaliśmy się. Założyliśmy pakunki na plecy i weszliśmy w głąb tunelu...
Po kilku minutach miałem dosyć milczenia. Odezwałem się do mego towarzysza.
- Opowiedz mi coś o sobie.
- Och, no dobra. Nazywam się Eduardo, ale to chyba już wiesz. Wychowałem się w Nordmarze, ale urodziłem się w Vengardzie. Dlatego mam ciemniejszą skórę niż inni kartografowie. Moja rodzina wyniosła się, bo nie chciała praktykować wiary w Beliara. Matka sądziła że w Nordmarze będzie odpowiednio dla dorastającego dziecka. Miałem sporo czasu by nauczyć się walczyć, lodowe wilki chętnie udzielały mi korepetycji. Po osiągnięciu wieku dwudziestu lat popłynąłem do Khorinis i kiedy zobaczyłem ten rozlatujący się grajdół toczony przez wszelkiego rodzaju bandytyzm i złodziejstwo, postanowiłem że muszę kraść aby przeżyć. Niestety, trafiłem w łapy straży już na pierwszej akcji, przez co automatycznie poleciałem do koloni gdzie dołączyłem do "jedynych praworządnych" czyli kartografów którzy podobno zostaną ułaskawieni. A ty jak tu trafiłeś?
- Naprawdę pechowo. Urodziłem się tu.
- Och, to rzeczywiście pech.
- A co najgor...
Coś uderzyło mnie w potylicę. I nagle światło zgasło.
No no no...calkiem niezle opowiadanie
Na początku myślalem"znowu ci jeb*** wybrańcy" a tu prosze czlowiek który ma MEGA pecha bo bogowie nie wiedzą że istnieje,masz plusa.Czasem się w tym gubilem lecz jest tu coś logicznego.Ogólnie niezle opowiadanko masz 9+/10.
Ps.kontynuluj to!
Zad 1. Ile wyniesie ocena, jeżeli akcja opowiadania utrzymana jest w odpowiednim (tzn. tym niepowtarzalnym chaotycznym) rytmie, na długość także nie można narzekać, a sama "fabuła" stoi na wysokim poziomie? Odp: 8,242967(3)/10.
Kilka słów od Lestera: "Pilnuj tylko..." interpunkcji, a wszystko będzie w porządku.
Kilka słów ode mnie: Osobiście nadal wychwalam chaotykę opowiadania. Nie mam pojęcia czy tylko ja ją widzę, czy inni czytelnicy także, ale... kij z tym. A propos długości, tym razem zastrzeżeń nie mam. Przechodząc do fabuły, żałuję nieco, że nie było... Bezczelnego Uśmiechu! Generalnie nie naciskam, ale ten Uśmiech... wymyśliłeś to, więc wiesz jak jest fajny.
Emotikonki: XD
Kilka słów... czyli innymi słowy Post Scriptum: Opowiadanie z potencjałem... bla bla bla... pisz dalej... bla bla bla... kontynuuj... etc.
PS2:
Najlepszy pisarz na Gothic Komiksy napisał/a:
A pozatym miło wiedzieć że mam chociaż jednego czytelnika XD
Poprawniej by było, gdybyś napisał "co najmniej" zamiast "chociaż", ale w końcu to Ty jesteś Mistrzem Mistrzu.
_________________ http://myplay.com/video-player/michael-jackson
Każdy fan (oraz nie fan) Króla, bezpretensjonalnie musi wejść na tę stronę.
_________________
"Nazywam się Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy. Żyję na tym świecie czterysta dwadzieścia osiem lat według waszego rachunku, sześćset czterdzieści dwa lata według rachuby elfów. Jestem potomkiem rozbitków, nieszczęsnych istot uwięzionych wśród was po kataklizmie, który wy nazywacie Koniunkcją Sfer. Uchodzę, delikatnie mówiąc, za potwora. Za krwiożercze monstrum. "
Witajcie ponownie. Jako że wyjeżdżam do Niemiec by sabotować ich prace badawcze, oddaje w wasze ręce kolejną część opowiadania. Jest tu już takie pomieszanie z poplątaniem że radzę wyłączyć logiczne myślenie i czytać na żywioł. I przy okazji dziękuję Regisowi_Osso. A oto i kolejna część.
Później
Obudziłem się w Starym Obozie. Wiem, wiem. To brzmi niewiarygodnie, ale tak właśnie było.
Na dodatek byłem otoczony przez strażników. Z ostrymi mieczami i połyskującymi pancerzami. Sama elita. Czułem się prawie zaszczycony. A już na pewno czułem się zaszczany. Odezwałem się:
- Cześć chłopaki... Co ja tu robię?
Milczenie.
- Wiecie, to niewiarygodne. Właśnie badałem nowo odkryty szyb w Wolnej Kopalni, kiedy nagle straciłem przytomność i obudziłem się tutaj. Wiem że to brzmi niewiarygodnie ale... "czy te oczy mogą kłamać?"
Użyłem Bezczelnego Uśmiechu. Efekt był naprawdę zaskakujący.
Aresztowali mnie.
Wtrącili do lochu i zostawili pod strażą. W celi nie byłem sam. Był tu jakiś facet z około pół metrową brodą i cztery szkielety grające w brydża. Jedyny żyjący - czyli facet z brodą - był czarny i wyglądał na naprawdę przybitego. Odezwał się do mnie:
- Hej koleś! Za co siedzisz?
- Niewiem, a ty?
- Za pijaństwo.
- To i już tego zakazali? Świat naprawdę staje na głowie.
- Nie, nie o takie pijaństwo mi chodzi. Jestem wampirem.
- AAAAAA!! To dlatego ci czterej nie żyją?!
- Ależ skąd! Oni byli martwi jeszcze zanim tu przybyłem. Jestem niewinny!
Ostatnie zdanie było skierowane do strażnika za drzwiami. Odpowiedzią było zacne i jakże przewidywalne:
- Zamknij się!
Wampir spuścił głowę. Zaraz po tym westchnął i powiedział:
- Precz z rasizmem. - Ale bez przesadnego entuzjazmu. Zostawiłem go i podszedłem do stolika z brydżem. Szkielety popatrzyły na mnie. Może nie tyle co popatrzyły ale skierowały swe puste oczodoły na moją skromną osobę. Poczułem się lekko speszony, ale szkielety zaraz wróciły do gry. Karty były tak wytarte, że nie dało się odczytać ich wartości. Im chyba to jednak nie przeszkadzało.
- Cześć chłopaki. Mogę się przyłączyć?
- Niesssssstetyyyyyy, maaaammmmyyyyyy jjjjjużżżż czteeeeeerech.
- No cóż. Warto było zapytać.
Odszedłem od stolika i podszedłem do wampira. Oczywiście, na stosowną odległość.
- Boisz się mnie? - Spytał.
- No, tak. W końcu jesteś wampirem.
- To jeszcze nie powód do dyskryminacji rasowej.
- Ale kiedy ludzie mają ochotę na drinka, idą do baru a nie na dziewicę.
- Wiesz, to jeszcze nic. Niedość, że czarny wampir to jeszcze z żółtymi zębami. Sam zobacz!
Odsłonił swoje okazałe zębiska. Były cholernie duże... ale żółte niczym ser.
- Cholera... rzeczywiście masz pecha. Ale ja też nie jestem szczęśliwcem.
- No, skoro trafiłeś do celi śmierci, to raczej szczęścia nie masz.
- Celi śmierci?!
- Nie wiedziałeś? A... to przepraszam.
Położył się i zasnął. A ja trwałem . Co wtedy myślałem? Najpewniej... "Kurwa! Kurwa! Kurwa!" W końcu jednak musiałem się otrząsnąć. Zacząłem obmyślać plany ucieczki. Niestety, ponieważ wciąż bolała mnie głowa, wychodziły mi same niemożliwe i absolutnie głupie plany. Oto najdziwniejszy z nich: miałem sobie wychodować skrzydła i wzlecieć w górę. Potem przeniknąć przez sufit i polecieć do Mar-Krakatur żeby pogadać z bogami. Kiedy tak dumałem wszedł strażnik. Najpierw podszedł do stolika ze szkieletami, które wyraźnie zaczęły się emocjonować rozgrywką. Popatrzył chwilę i podszedł do mnie.
- Wychodzisz.
- Egzekucja?
- Wychodź.
Wyszedłem. Potem wyszedł strażnik i zaczął mnie prowadzić na plac.
Z oddali majaczyła sylwetka szafotu.
Pewnie myślicie że to koniec? Nieeee, to byłoby za proste. Coś musiało się wydarzyć.
Niebo się otworzyło i zaczęły zlatywać demony.
Powaga. Było ich pełno, ale widząc pierwszego od razu poczułem się lepiej. Wiedziałem już, że to musi być sen.
Obudziłem się ponownie. I tak samo jak poprzednio otaczali mnie strażnicy.
- O nie chłopcy. Teraz nie będzie tak fajnie.
Sięgnąłem po Brzytewkę do pasa. Niestety, przecież ją wyrzuciłem. Sięgnąłem po "Wbijać Tędy". Był. Wyjąłem go i...
Zacząłem spieprzać. Strażników było conajmniej dziesięciu a mnie było zaledwie połowę. Biegłem jak opętany. Potrącałem kopaczy i cieni po drodze. Przebiegłem przez bramę prowadzącą do Nowego Obozu. Zamierzałem powiedzieć o wszystkim memu szefowi. No i oczywiście Pustelnikowi.
Kiedy byłem przy bramie obozu, zatrzymali mnie strażnicy. Zaczeli żebrać o jedzenie. Nie odpuścili dopóki nie dałem im pomidora, którego niewiem skąd miałem. Ktoś musiał mi go podrzucić. Nie ma innego wyjścia.
Kiedy byłem tuż przed chatą szefa, zobaczyłem Zygfryda. Podrywał jakąś naiwną laskę na swój zamorski akcent. Chamsko wszedłem pomiędzy nich i powiedziałem:
- Wybacz mała, ale ten facet jest ze mną.
Nic lepszego nie przyszło mi głowy. Babka spojrzała na nas dziwnie i szybko się wycofała.
Zygfryd był wściekły.
- Coś ty zhobił! Już ją phawie miałem!
- Wybacz ale nie mam na to czasu! Gdzie Eduardo?
- Spahiłeś mnie! Tehaz wszyscy będą myśleć, że jhestem...
- Tak, przykro mi. Gdzie Eduardo?
- I nigdy już żadna madam nie będzie chciała się ze mną phesp...
- Gdzie Eduardo?
- I w końcu zostanę wieczhnym kawalehem! Jestem sphukany!
- GDZIE JEST EDUARDO?!
- W kahczmie. Zapija smutki po sthacie towahszysza... zahaz! Ty żyjesz!!! Niech tylko Eduahdo się dowie!
- Właśnie zamierzam mu to powiedzieć. Więc wybacz, ale...
- O nie nie nie! Zamiezham pójść z thobą i obejhrzeć to przhedstawienie!
- No dobha... tfu, dobra, chodź ze mną. Skoro chcesz...
Szybko pobiegliśmy do karczmy. Eduardo stał na barze i opowiadał historię swojego życia. Musiała być naprawdę wzruszająca, bo wszyscy płakali. Nawet Senyan lekko pociągał nosem.
- ... i wtedy moja własna, rodzona siostra, uderzyła mnie patykiem w twarz! Miałem wtedy cztery latka. Bardzo się na niej zawiodłem i straciłem do niej zaufanie. Pobiegłem do mamy i powiedziałem...
Musiałem mu przerwać bo zbierało mi się już na łzy. Szepnąłem:
- Eduardo...
- I powiedziałem... o kurwa młody ty żyjesz! Kiedy nagle zniknąłeś mi z oczu, myślałem że wciągnął cię jakiś...
- Co dalej? Opowiadaj!
To był jeden ze szkodników z karczmy. Widać że podobała mu się ta opowieść.
- Widzę że jesteś zajęty. Kiedy skończysz, idź do szefa. Będe tam. - powiedziałem i wyszedłem. Zygfryd został bo już ryczał z tym swoim irytującym akcentem. Zostawiłem to szaleństwo i pobiegłem do szefa. Tuż przed progiem wrzasnąłem:
- Demony atakują twoją matkę!
- Że jak kurwa?!
- Spokojnie. Daj mi usiąść, bo dostaję zadyszki. Jak widzisz, przeżyłem. Chyba wpadłem w jakiś magiczny portal. W tej jaskini jest coś dziwnego. Lepiej zapieczętować ten korytarz i nigdy go nie otwierać.
- Ale co się dzieje z moją matką do cholery?!
- Nic! To był tylko tekst żeby wyrwać cię z zamyślenia!
- Ach... to dobrze. Wiesz, ona żyje w starym obozie blisko placu egzekucyjnego. Bardzo ją kocham i chyba bym się załamał po jej stracie.
- Daj już spokój swojej matce! Nie wolno wchodzić do jaskini którą badaliśmy! Przynajmniej dopóki nie zbada jej jakiś mag.
- Ale o co chodzi? Co tam jest?
- Nie mam pojęcia! To coś mnie przeniosło do Starego Obozu i...
- Demony atakują Stary Obóz!
To był Johny, jeden z naszych. Wbiegł do domu i skakał w miejscu z wyciągniętą kuszą. Chyba był przestraszony.
- Co?!
- Że jak?!
- No mówię! Demony! Niebo się otworzyło i zaczęły zlatywać demony!
- Ale jak to?! Zawiadomić Lee! Tam mieszka moja matka!
- Chwila, Johny. Pewnie pojawiły się na placu? - spytałem.
- No, tak. Skąd wiesz?
- Wyjaśnię ci później. Obawiam się, że nic nie możemy zrobić. Obóz jest stracony. Musimy przysposobić obronę NASZEGO obozu.
- Ale... tam jest moja matka!!
Szef zaczął drzeć się wniebogłosy. Zostawiłem go i razem z Johnym pobiegliśmy do Lee.
- Lee! Demony!
- Atakują obóz!
- Stary!
- Teraz lecą do nas!
- Co?! Jaja sobie robicie?! Spieprzać mi stąd i wrócić jak wytrzeźwiejecie!
Wypchnął nas i ustawił strażników. Pobiegliśmy więc do Saturasa. Zatrzymał nas strażnik.
- Hasło!
- Tetriandoch!
- Figę! To hasło jest nieaktualne!
- Co?!
- Spieprzać! I wracać z hasłem!
Odeszliśmy przygnębieni. Johny powiedział że ma to gdzieś i idzie do Starego zapolować. Ja poszedłem powiedzieć o ataku naszym ludziom. Wspiąłem się na swój dach i zacząłem krzyczeć.
- Ludzie! Demony zaatakowały naszych braci ze Starego Obozu! Teraz lecą do nas! Musimy im się oprzeć! Tylko razem damy radę się im przeciwstawić!
To była niezła przemowa i byłem z niej dumny. Ludzie zaczeli podchodzić do domku.
- Lee nie chce mnie słuchać! Saturas jest zbyt zadufany w sobie! Ale WY możecie wciąż uratować nasze dziedzictwo! Musimy zrobić barykadę! Obronimy się przed naporem demonów!
- Eee... Za dużo roboty.
To był chyba Wilk. Musiałem go szybko zbesztać żeby nie stracić autorytetu.
- A więc zamierzasz tak po prostu dać się zabić demonom?!
- Owszem.
- Co?
- No, i tak nas pokonają. Jeżeli wogóle istnieją. Demony w Starym Obozie? Kto w to uwierzy?
Wśród ludzi rozszedł się pomruk. Albo mnie wyśmieją, albo uda mi się ocalić sytuację.
- W takim razie idź do SO! Zobacz na własne oczy co tam się dzieje!
- A pójdę! Zaczekaj z podburzaniem ludzi do momentu, aż wrócę!
Wilk wybiegł z obozu. Zostałem sam z wszystkimi ludźmi z obozu. Najważniejsze to zaskarbić sobię sympatię, pomyślałem.
- No to... stawiam wszystkim!
Rozległ się ryk poparcia i w jednej sekundzie okolice mojego domu opustoszały. Zszedłem z dachu i wszedłem do chaty. Położyłem się na łóżku i zasnąłem.
Rozdział drugi czyli demony atakują
Obudziłem się grubo po południu. Obudziły mnie dziwne hałasy. Wyjarzałem z domku i zobaczyłem, jak szkodnicy i najemnicy budują barykadę na prawie całą wielkość obozu. Rusztowania były już postawione, teraz budowano konkretną konstrukcję.
Trochę zdziwiło mnie, że robią to tak rzeczowo a nie jak zwykle na żywioł korzystając ze stołów, krzeseł i ogólnie wszystkiego co da się wykorzystać do osłony, ale potem dostrzegłem magów i przestałem się dziwić.
Zacząłem się za to pienić bo ktoś właśnie demontował mój dach.
- E! Co ty robisz, do demona!?
- Brakuje nam materiałów do budowy. Weź się poświęć dla dobra ogółu.
- Ale to jest mój dach!
- Nie martw się, wkrótce rozkopiemy także fundamenty.
- Ale gdzie ja będe miaszkać?!
- Tam gdzie powinieneś. U Pustelnika. A teraz wybacz...
Facet odszedł z kawałkiem dachu. Wkrótce przyszli inni powoli zabierając cały dach. A po nich przybyli goście z łopatami. Zabrałem swój dobytek i poszedłem do Pustelnika.
Daleko nie zaszedłem ponieważ Pustelnik był w obozie i właśnie anektował czyjąś chatę. Zaczepiłem go:
- Hej! Gdzie jest twój mistrz?
- Najpewniej gdzieś w innym wymiarze. I tak nie zrozumiesz, to sprawa mistrzów Przypadku.
- Czyli jednak zostałeś mistrzem?
- Ano owszem, w końcu. A ty jesteś moim uczniem! Rozkładaj się w chacie i ruszaj na budowę. To ty zacząłeś podburzać ludzi, więc ty musisz teraz to nadzorować. Lee i Saturas nadal nie wierzą. Próbują sabotować pracę. Obawiam się, że ludziom może się to nie spodobać.
- No dobra, czyli kto jest teraz władcą obozu?
- Nowy Obóz nigdy nie miał władcy. Ale teoretycznie pieczę nad nim sprawuję Lares.
- A praktycznie?
- W praktyce ludzie pójdą za tobą.
- Za mną? Ale ja nie chce!
- Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej. Teraz szkodniki patrzą na ciebie jak na zbawiciela.
- Ale... ale... ja ich tylko ostrzegłem.
- Twoja ognista przemowa miała chyba inny cel. Radzę porozmawiać z Laresem. Musisz teraz świecić ludziom przykładem. Jak zaczniesz panikować, ludzie też zaczną. Musisz być twardy.
- No, no dobrze. Pójdę z nim pogadać.
Wyszedłem z chaty i skierowałem się do Laresa. Stał na jakimś podeście i wydawał rozkazy które wszyscy mieli w dupie.
- Lares...
- Żwiawiej z tymi deskami! Ruszać się, cholera! O, to ty! Nareszcie jesteś! Pomóż mi zagonić te ścierwa do roboty, bo sam nie daję rady.
- Chyba pracują wystarczająco ciężko.
- E tam! Wykorzystują tylko 67 koma 6 procenta swoich możliwości!
- Skoro tak mówisz... ile jeszcze zostało?
- No wiesz, dopiero zaczęliśmy budowę, postawiliśmy kawałek muru ze zdemontowanych domów ale jeszcze... około miesiąc, dwa.
- Odsuń magów od budowy bo inaczej nigdy nie skończymy. I zwolnij na chwilę ten podest...
Lares posłusznie zszedł. Wszedłem na ten piedestał i zacząłem mówić.
- Ludzie! Odłóżcie plany i techniczne wyliczenia! Są gówno warte! Idźcie na żywioł! Stare deski, krzesła, taborety, stoły czyli wszystko co wytrzyma pod naporem łapska demona! Rzucajcie wszystko jak leci!
Zszedłem i z zadowoleniem patrzyłem na drących plany szkodników. Zaraz potem ludzie rzucili się na domy i sterty śmieci. Nareszcie tak jak powinno być, pomyślałem. Podszedłem do magów.
- Wybaczcie, że niszczę wam tak misternie ułożone plany budowy ale nie mamy tyle czasu ile byście chcieli. A tak, jutro barykada będzie gotowa.
- Saturas powiedział że będzie chciał cię powstrzymać. Radzimy coś z tym zrobić.
- Zdradzacie swojego mistrza?
- Tak to jest w hierarchii magów. Żeby dostać się na szczyt, trzeba zrzucić osobę tam przebywającą.
Magowie pożegnali się i poszli. Kazałem pierwszym lepszym dwóm najemnikom przyprowadzić tu Lee i Saturasa.
- To nie jest najlepszy pomysł, szefie.
- Dlaczego?
- Lee nie jest sam. Wciąż ma wiernych sobie najemników, szefie.
- No to przyprowadźcie tu Saturasa. On nie może liczyć na swoich magów.
Najemnicy zasalutowali i poszli. To dziwne, pomyślałem. Przecież nie zrobiłem nic wielkiego. Powiedziałem po prostu kilka słów.
Z roztargnienia wyrwał mnie Lares.
- Słuchaj, może być problem z materiałami. Ilość starych desek jest jednak ograniczona.
- To używajcie też nowych. Co za problem?
- Problem jest taki, że i tak nie starczy nam surowców.
- Zdemontujcie kilka domów. W chwili zagrożenia każdy musi się poświęcać. Wiem coś o tym.
Lares poszedł powydawać stosowne rozkazy. Tymczasem najemnicy przyprowadzili Saturasa.
- Witaj Saturasie. Widzę że masz małe problemy.
Znowu użyłem Bezczelnego Uśmiechu. Efekt był tym razem lepszy.
Saturas się wściekł.
- Idota! Nie ma żadnych demonów! Nie ma i nie może być!
- A czemu nie może?
- No bo.. nie mogę tego zdradzić! To tajemnica zakonu!
- W takim razie kontynuujemy budowę. Zabierzcie go i dobrze pilnujcie. Nie pozwólcie brać mu żadnych kamieni.
Najemnicy poszli. Zaraz każę sobię obierać winogrona ze skórki, pomyślałem. I pewnie spełnią to życzenie. Niesamowite, jak ludzie potrafią się jednoczyć pod kimś, kto potrafi tylko dobrze zagadać.
Poszedłem się położyć. Rądzenie potrafi zamęczyć człowieka.
Kilka kolejnych dni
Po wybudowaniu barykady czekaliśmy z zapartym tchem na demony.
Pierwszego dnia mieliśmy spokój. Ludzie odpoczywali po budowie.
Drugiego dnia byli nerwowi. Demony mogły nadejść w każdej chwili.
Trzeciego dnia emocje sięgły zenitu, kiedy jeden ze strażników krzyknął "DEMON!". Niestety, to była jego teściowa.
Czwartego dnia częstotliwość patroli zaczęła się zmniejszać. Wianuszek najemników wokół Lee zaczął się zwiększać.
Piątego dnia jeden ze szkodników zaczął demontować barierę. Kazałem go zamknąć. Lee ma coraz więcej ludzi.
Szóstego dnia pierwsi magowie knuli coś z Saturasem. Ludzie zaczynają patrzeć na mnie krzywo.
Siódmego dnia wciąż miałem po swojej stronie kartografów i kilku szkodników.
Osmego dnia straciłem szkodników.
Dziewiątego dnia ludzie zaczęli demontować barykadę.
Dziesiątego dnia zatrzymali mnie i postawili przed sądem polowym. Oto nasza rozmowa:
- Czy oskarżony przyznaje się do siania strachu przed siłami nadprzyrodzonymi i niepotrzebnego demontażu większej części obozu?
- Eeee...
- Skazuję oskarżonego na wygnanie do Starego Obozu. Nie będziesz mógł powrócić, dopóki nie odbudujesz go całego.
- Ale to potrwa wieki!
- Sugeruję więc, by zacząć od razu. Odmaszerować!
Zakuli mnie w kajdany i doprowadzili do bramy. Tam zostałem rozkuty. Kopnięto mnie w tyłek na rozpęd i zamknięto bramy.
Zacząłem wlec się do Starego Obozu. Musiałem znaleźć kogoś do pomocy.
Powiem krótko. Cała koncepcja jest po prostu genialna Dam za całość 10/10. Opko na to całkowicie zasługuje, to nie kolejna oklepana fabuła, ale naprawdę genialny pomysł, humorystyczny, z dobrą fabułą, ciętym tekstem i wielką szczyptą sarkazmu i ironii... Po prostu świetne opowiadanie, czekam na kolejne części
Moje motto; przynajmniej na czas pisania poniższego komentarza (i nie zwracać uwagi na tekst po prawej) napisał/a:
Skrobnięte z rozmachem.
I oczywiście pierwsza kwestia (przeze mnie wręcz uwielbiona) to interpunkcja. Nie chce mi się po raz setny pisać... a zresztą... nie chce mi się już pisać o interpunkcji.
Kolejna kwestia to kwestia sztandarowej akcji w Porzuconym. Oczywiście wszyscy wiedzą o co chodzi, ale pewnie nikt się nawet nie potrafi domyślić. Trudno. Zatem:
JA napisał/a:
O maluczcy! Trwajcie w niewiedzy i ignorancji!
Kwestia trzecia to chaos. Myślę, że wszelkie odnośniki co do chaosu kierują do moich poprzednich postów, w których o chaosie napisałem co chciałem. Jeśli w następnej części będzie jakieś uaktualnienie chaosu, szepnę o tym słówko w poście.
Kwestą czwartą będzie kwesta... już skończyły mi się pomysły. Mógłbym wychwalać to opowiadanie pod niebiosa... a i tak już nie warto. A nie warto dlatego, że jego świetność jest świetniejsza niż najświetniejsze jego wychwalanie. Kończąc tę jakże idiotyczną kwestię czwartą, przejdę do kwestii piątej (jeszcze bardziej idiotycznej), która jest w stylu "masło maślane"; innymi słowy wychwala świetność tego opowiadania pod niebiosa.
Kwestia piąta: Jak na samym początku wspomniałem: skrobnięte z rozmachem. Nie pojmuję skąd czerpiesz takie pomysły (to znaczy wiem oczywiście, ale napisałem to dla zachowania pozorów). Ileż to istnieje opowiadań pozbawionych ducha, życia. Ale to jest inne. To chyba musi być talent, skoro potrafisz tchnąć w najprostsze słowa duszę. A nawet nie jedną, nawet nie dwie. Tutaj słowo dusza nie jest już rzeczownikiem policzalnym; tym samym automatycznie przyjmuje cechy rzeczowników niepoliczalnych. Czasowniki posiłkowe jakich używasz to po prostu obraz kojący oczy. Wszelakie zaimki, które są wypowiadane przy czytaniu Porzuconego to melodia dla uszu. Przymiotniki jakie tworzysz, są lekarstwem na najcięższe choroby ludzkie i nieludzkie. Nieludzkie są także dialogi, takie żywe, takie naturalne. Mistrzostwo opisów nie może sięgnąć zenitu, ale niestety sięga; gdyby nie sięgało, dalej by się starało sięgnąć i sięgnąć... Dosyć kwestii piątej. Chwilowo doznaję zaniku weny.
Kwesta szósta: Brak słów.
Kwestia siódma - ocena - no nie mogę wstawić tu nic innego jak: 10/10
PS: Bez "PS'ów" obejść się oczywista nie mogę...
PS2: Żywię nadzieję, że Porzucony nie stanie się naprawdę porzucony.
PS3: Za co Ty mi dziękujesz? Nigdy nie dałem Ci powodu do podziękowań ; tym niemniej, jeśli jakiś powód jest, to dziękuję za dziękuję.
PS4: To już jest koniec. Nie ma już nic.
_________________ http://myplay.com/video-player/michael-jackson
Każdy fan (oraz nie fan) Króla, bezpretensjonalnie musi wejść na tę stronę.
_________________
"Nazywam się Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy. Żyję na tym świecie czterysta dwadzieścia osiem lat według waszego rachunku, sześćset czterdzieści dwa lata według rachuby elfów. Jestem potomkiem rozbitków, nieszczęsnych istot uwięzionych wśród was po kataklizmie, który wy nazywacie Koniunkcją Sfer. Uchodzę, delikatnie mówiąc, za potwora. Za krwiożercze monstrum. "
Chrzest Ognia
_________________
Ostatnio zmieniony przez Regis_Osso 13-08-09, 04:31, w całości zmieniany 1 raz
Z braku weny do Ostrza napisałem trochę Porzuconego. Ubiegam przy okazji Regisa - tak, interpunkcja. Wiem. Nie chce mi się jej poprawiać.
Co do samego partu, jest on nieprzewidywalny. A przynajmniej ja sam byłem zaskoczony, kiedy już go napisałem nie będę więcej gadał, znacie mnie, znacie Nowego, czyli Porzuconego, czyli zaczynamy show. Oto co się działo:
Stary Obóz
Stary Obóz był w ruinie. Nic nie zostało z zewnętrznego pierścienia. Z zamku pozostały tylko mury. I najpewniej lochy.
Lochy!
Pobiegłem szybko do bramy, minąłem zwęglonych strażników, wbiegłem do wejścia do lochów i po chwili mogłem otworzyć drzwi do mojej celi z... wizji.
Otworzyłem drzwi i zobaczyłem szkielety. To dobry znak, pomyślałem. Może wampir też tu jest. Wszedłem do celi i rozejrzałem się. Pusto. Zagadałem do szkieletów:
- Hej chłopaki. Nie widzieliście tu przypadkiem wampira? Czarny, z żółtymi zębami.
- Taaaaaaaaaaak, byyyyłłł tuuuuu taaaaakkkii jeeedeeeeeeeeen. Móóóóóóóóówił, żeee iiiiiidzie naaaaa ooooobiaaad.
- Tak po prostu wyszedł?
- Nieeeeeeeeeeee, wyleeeeeciaaał.
- E, no dobra. Dzięki za informację.
Wyszedłem z lochów i rozejrzałem się po zamku. Nic nie zostało oprócz fundamentów. Poszedłem szukać wampira. Może on powie mi, co robić.
Błąkałem się po szczątkach Zewnętrznego Pierścienia i szukałem wampira. Wołałem, oglądałem zwęglone chaty, szukałem wszędzie. Znalazłem go ciągnącego jakiegoś trupa do starej wieży.
- Co ty robisz?
Ten popatrzył na mnie zdziwiony.
- Czy my się znamy?
- No wiesz, poznaliśmy się w lochach.
- Nie byłeś w lochach.
- Nie? Przecież byłem. Gadałem z tobą. I ze szkieletami.
- Znasz je?
- Grają w brydża, mają świszczący głos i nie są zbyt rozmowni.
- Dobra, byłeś w lochach. Ale skąd znasz mnie?
- Prowadzono mnie na szubienicę, kiedy zaatakowały demony.
- Przecież nikogo nie wieszali.
- Dobra, zostawmy to. Miałem wizję wszystkiego bo naćpałem się bagiennym, lepiej?
- Brzmi normalnie.
- Świetnie! Dogadaliśmy się. Ee.. co robisz z tym trupem?
- Magazynuję na później.
Odwrócił się i wciągnął trupa do wieży. Wszedłem tam za nim i zobaczyłem tam..
- Co to jest?!
Na podłodze leżał już pokaźny stos trupów.
- No wiesz, ja...
- Jesteś wampirem, to wiem! Ale TO?!
- Skąd wiesz?
- Przecież miałem wizję!
Wampir położył trupa na stosie i spojrzał na mnie przeciągle.
- Naprawdę? Hm, muszę kiedyś spróbować.
- CO? TO? JEST?
- Składuję zapasy. No wiesz, ja też muszę jeść.
- A próbowałeś kwasu chlebowego?
- Czego?
- Nie znam dokładnej receptury. Ale jestem prawie pewien, że wyrabiają to z chleba. U Silasa możesz dostać małą beczułkę za około... trzysta bryłek? Już nie pamiętam, nie byłem u niego wieki temu.
- Jak smakuje?
- ... Ciekawie.
- Dzięki za informację. A teraz pozwól, że skończę zbierać trupy.
- Mam za zadanie odbudować obóz.
- To miło.
- Pomożesz mi?
- Jasne, jeżeli codziennie będę dostawał dziewice i garnuszek złota.
- Żartujesz?
- Słuchaj no, skończę składować to pogadamy, dobra?
Wampir wyszedł z wieży. Poszedłem za nim.
- Zaczekaj...!
Ale jego już nie było. Widziałem tylko lecący w górze punkcik.
Wzruszyłem ramionami i poszukałem jakiegoś wygodnego kamienia. Usiadłem na nim i czekałem na znak od losu.
Po chwili los dał znak.
Przyszli kartografowie z, trochę wyrywającym się Pustelnikiem.
- Puście mnie! On nas nie potrzebuje!
- Gadasz głupoty, dziadku! Pomożemy mu! Jest w końcu naszym bratem!
To był Johny. I Eduardo. I Zygfryd. I Szef.
- Chłopaki! Jak ja się cieszę że was widzę!
Szef podbiegł do mnie i wymierzył mi cios w szczękę.
- Nowy! Jesteś u nas raptem miesiąc i namieszałeś jakbyś był tu kilka lat!
Cios był potężny. Leżałem po nim na ziemi.
- Aaaaałłł...
- Wstawaj! Bądź mężczyzną!
Eduardo podniósł mnie z ziemi i usadowił na kamieniu. Ustawili się wszyscy w szeregu i zaczęli mówić.
- My, twoi koledzy po fachu...
- I Pustelnik...
- Tak, i Pustelnik... Tak więc my, twoi kumple, przybyliśmy, aby Ci pomóc.
- No wiecie... nie spodziewałem się. Jestem miło zaskoczony.
- No tak, ale w sześciu niewiele zdziałamy. Tu jest za dużo roboty nawet jak dla mistrza przypadku!
Pustelnik, powiedziawszy co chciał powiedzieć, obrócił się na pięcie i poszedł do zamku.
- Co on zamierza?
- Nie zwhacajcie na niego uwagi. To dziwny stahuszek.
- Zygfryd! Już za tobą tęskniłem.
- Dobra, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a teraz od czego zaczniemy?
Eduardo patrzył na nas z zakłopotaniem. Czekaliśmy na jakieś propozycje. W końcu odezwał się szef.
- Mam was gdzieś, drodzy panowie! Muszę odnaleźć matkę!
Odwrócił się i odszedł w głąb ruin. Spojrzeliśmy po sobie.
- Nie no, wiecie. Niech idzie. To jego matka.
- Ale to nasz szef. Powinien dać nam jakiś hozkaz.
- Chodźmy za nim. Co nam szkodzi?
Wstałem z kamienia i ruszyłem za szefem. Po chwili zastanowienia, poszli także inni.
Dogoniliśmy szefa i zaczęliśmy szukać jego matki. Wiem, jak to brzmi. Po co mam pisać różne szczegóły, typu "przeszukiwaliśmy zniszczone ulice i nasłuchiwaliśmy jakiegokolwiek dźwięku" lub coś, no wiecie. Najważniejszy jest fakt, że, po długich poszukiwaniach, znaleźliśmy ją. Leżała w zniszczonej chacie przy placu. Chyba przy ataku wcisnęła się w kąt i zemdlała. Tak przynajmniej mówiła.
Nie to było jednak najdziwniejsze. Najdziwniejszy był fakt, że była w zaawansowanej ciąży. Cóż, stara nie była - czterdzieści, najwyżej pięćdziesiąt. Szef, jak się przyjrzeć, mógł być jej synem. Z bliska rzeczywiście wyglądał na młokosa.
- Szefie... ile ty masz lat?
- Co? O nie, nie myśl, że jak jesteś odemnie starszy, to od razu przejmujesz dowodzenie!
- Jesteś gnojkiem! Nie możesz dowodzić jako młokos!
- Mogę!
- Gówno!
- STOOOOP!!
Johny wyjął kuszę i strzelił w powietrze. Ten cichy świst przykuł wszystkich uwagę.
- Oficjalnie oznajmiam, że dowodzić ma osoba najstarsza jako najbardziej doświadczona! A najstarszy jest...
Zamarłem. Wiedziałem, kto jest najstarszy.
- Pust...
- Zaraz!! Jest jeszcze wampir!
- Wampih?! Gdzie??
- Nie ma go tu teraz. Ale na pewno jest starszy niż Pustelnik.
- On się nie liczy. Jest odmiennej rasy.
- Zamierzasz go dyskryminować tylko dlatego, że jest wampirem?
- Dokładnie.
- Więc dobra. Ale on nie zniknął na długo. Skoro musisz, ogłoś Pustelnika szefem.
- Szefem jest Pustelnik!
- Nareszcie!
Pustelnik wyszedł z zamku i spojrzał na nas z rozbawieniem.
- Nic nie potraficie bezemnie zrobić. Chodźcie, przygotowałem już plan.
Poszliśmy wszyscy za nim. Szef został z matką.
Weszliśmy do zniszczonej siedziby Gomeza. Pustelnik prowadził nas do sali tronowej, gdzie, na stole konferencyjnym, leżała makieta zniszczonego obozu z kamyków. I kupa kamieni obok makiety.
- Widzicie tutaj zniszczony obóz w skali 1:ileśtam. Tu jest zamek... a tu zewnętrzny pierścień. Jak widać, jest w ruinie. Przy pomocy kilku ludzi narąbiemy drew i zbudujemy kilka chatynek. Jacyś ocalali są napewno w lasach. Póki co będziemy spać pod gołym niebem. A potem zajmiemy się kopalnią.
- A co z nią?
Pustelnik spojrzał na mnie krytycznie.
- Demony jej przecież nie zniszczyły. Ludzie chyba nie wiedzą, co się stało?
Pytanie było skierowane do Johnego.
- Ee, konwoje są co dwa tygodnie. Ostatni konwój był tu dziesięć dni temu. Od tego czasu nikt z kopalni nie wie, co się dzieje w obozie.
- Czyli mamy przewagę. Ale nie możemy tracić czasu. Ty, Johny i Zygfryd pójdziecie do lasu poszukać ocalałych. Ja, Eduardo i Szef zostaniemy tutaj. Eduardo i Ja poszukamy jeszcze wampira, ale to potem. Póki co zajmę się matką Szefa.
Byłem zaskoczony. Nie wątpiłem w umiejętności przywódcze Pustelnika, ale...
- Wymyśliłeś to na poczekaniu?
- Tak. ?le?
- Ależ nie. To, hym, my już pójdziemy. Chodźcie, chłopaki.
Wyszliśmy z siedziby i skierowaliśmy się do zachodniej bramy. Szliśmy w milczeniu. Nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia.
Póki, oczywiście, nie zamurowało Johnego.
- Johny... coś się stało?
- Taaa... sam zobacz.
Wyobraźcie sobie taką scenę:
Mur. Ten mur, przy którym jest wysypisko. Na murze napis wypalony ogniem:
Nie to Universum. Sorry, chłopaki.
No i odcisk łapy demona pod spodem.
- No... przynajmniej przeprosili.
- Jacy mili! Mogli jeszcze posprzątać.
- Nie rozważajmy tego. Było, minęło. Zygfryd, nie gap się na to. Szukamy ocalałych.
Poszliśmy do lasu. Szukaliśmy ludzi, ale upolowaliśmy przy okazji trochę kretoszczurów. Zanieśliśmy je przed las i szukaliśmy dalej. W końcu, znaleźliśmy jednego kopacza.
Krzyknąłem z radością:
- Człowiek! Nareszcie! Są jacyś inni?
- Ludzie! Nareszcie! Już traciliśmy nadzieję! Chyba z tydzień błąkamy się po tym lesie! Chodźcie, chodźcie!
Podbiegł do mnie, i z obłąkanym uśmiechem na twarzy zaczął ciągnąć za rękaw. Nie mieliśmy wyboru, poszliśmy za nim.
Doszliśmy do małego oboziku. Przy ognisku siedziała piątka kopaczy, czyli, po szybkim przeliczeniu, po naszej stronie będzie:
- sześciu kopaczy.
- Szefa, Eduarda, Johnego, Zygfryda.
- I Pustelnika.
Czyli przeciw dwóm obozom mamy, łącznie ze mną, dwunastu ludzi. Na pewno sobie poradzimy.
Kopacz puścił mnie i podbiegł do drugiego kopacza siedzącego na konarze. Mówił mu coś przez chwilę.
- Cieszymy się, że udało nam się kogoś znaleźć. Wiecie może, czy przeżył ktoś jeszcze?
Siedzący kopacz wstał i odezwał się.
- Nazywam się sir Retford Wiliam Henryk IV. Witam was w naszych skromnych progach.
- Hm. A jak mówią na ciebie przyjaciele?
- Bobby.
- Zatem, Bobby, po imieniu wnioskuję, że jesteś arystokratą?
- Byłem. Póki mnie nie wrzucili. Ale kiedy bariera zniknie, zemszczę się i wrócę na swe rodzinne włości.
- Cóż, opowiesz nam później. Ja, wraz z piątką przyjaciół, zajęliśmy ruiny Starego Obozu.
- Czemu to zrobiliście?
- Zostałem wygnany z Nowego, a wrócić mogę dopiero kiedy odbuduję obóz.
- Jak go już odbudujesz, nie będziesz musiał wracać. Zostaniesz władcą.
- Mamy już władcę. Wybraliśmy go - spojrzałem z wyrzutem na Johnego - demokratycznie. Zbieramy ludzi do pomocy.
- Pójdziemy z wami. Mamy już dość łażenia po lesie i żarcia korzonków. Prowadźcie.
Kopacze szybko zabrali swój dobytek i zagasili ognisko. Poszliśmy do miejsca gdzie zostawiliśmy kretoszczury, i, wspólnie, zanieśliśmy je do obozu. Tuż przed bramą powitał nas Pustelnik.
- Witajcie chłopaki! Widzę, że poszukiwania były owocne! No, i w sumie nie tylko wasze. Mamy wampira.
Bobby spojrzał na nas ze strachem.
- To wampir też tu jest? My już chyba pójdziemy...
- Spokojnie. Jest, yyy, oswojony.
Pustelnik kazał zanieść nam kretoszczury do zamku i zebrał wszystkich w sali konferencyjnej. Usadowił nas na taboretach i zaczął mówić.
- Przede wszystkim, witamy nowych członków naszego obozu. - tu wskazał na kopaczy. - Niestety, nie mamy dla was żadnych nowych pancerzy. Chyba, że kartografom coś zostało. Zygfryd?
Zygfryd odchrząknął i zaczął mówić.
- Mamy jehszcze cztehy zbhoje w naszej siedzibie. Ale nie możemy po nie pójść. Trzymamy je u Silasa, może któhyś z nowych by się kopsnął...
- Dobry pomysł. Niech czterech kopaczy, na przykład ty, ty, ty i ty, pójdzie po zbroje. Przyniesiecie je dla was i dla Bobbiego. Pójdziecie kiedy skończymy, Zygfryd doprowadzi was do bram obozu. Dobrze. Jedna sprawa odfajkowana, ale jest jeszcze wiele do zrobienia. Kto jest najsilniejszy z kopaczy?
Jakiś osiłek podniósł rękę.
- Świetnie, panie...
- Edward.
- Edward, piękne imię z tradycjami. Pójdziesz razem z kartografami po drewno do budowy chat.
- A czemu nie możemy mieszkać tutaj?
- Byłeś na piętrze?
- Nie.
- Nic dziwnego, bo całe piętro jest zniszczone. Została tylko sala i kawałek kuchni. No, i opróżniona zbrojownia. Całą broń zniszczyły demony.
Odezwałem się.
- A propos demonów. Ślą przeprosiny.
- Co?
- Zostawiły wiadomość na murze przy wysypisku.
- Ach tak. Później ją obejrzymy. Dobrze, drewno załatwione, teraz dość delikatna sprawa.
Wszyscy nadstawili uszu.
- Nie dla waszych uszu. Zostaje tylko Nowy, reszta idzie.
Wszyscy wyszli, pomrukując ze złości. Siedziałem na twardym jak byk taborecie i czekałem, co powie Pustelnik.
- Chodzi o matkę Szefa.
- Co z nią?
- Nic, na szczęście. Nie o to chodzi. Widzisz, - tu zaczął spacerować dookoła stołu - chciałbym wiedzieć, kto jest ojcem.
- Czemu pytasz mnie?
- Przez całe życie mieszkałeś w tym obozie. Nie znasz jej?
- Pierwszy raz ją widzę na oczy. Nawet nie wiem, jak ma na imię.
- Nie tylko ty. Rozmawia tylko z Szefem. Nic nie da się od niej wyciągnąć. A Szef uparcie mówi, że matka nie musi nic nam mówić. Zaczynam się irytować.
- Zostawmy ją w spokoju. Skoro nie chce nic mówić...
- Nie rozumiesz. Rozwiązanie jest za dwa miesiące, może wcześniej. Wyobrażasz sobie sytuację tutaj za dwa miesiące?
Pomyślałem chwilę. Cała kopalnia, nowi z transportów i jacyś przybysze z innych obozów. Zapraszamy każdego! Każda para rąk się przyda!
- Będzie tłoczniej.
- No właśnie. A pierwsze dziecko to symbol. Nie byłeś w Myrtanie, w pierwszej lepszej małej wiosce?
- Nie. Urodziłem się tu.
- A ja byłem. Urodziny pierwszego dziecka jest jak, jak, kamień milowy. Oddziela pewną granicę. Wszyscy czują, że to wielkie wydarzenie. To symbol powodzenia. Gdyby, dajmy na to, pierwsze dziecko było półorkiem, ludzie traktowaliby to niemal jak klątwę. Rozumiesz?
- Tak. Ale nie wiedziałem o takich mieszankach.
- Pełno ich w kolonii. Zrzucają tu każdego półorka, pewnie mają jakiś swój obóz w górach, niedaleko trolli. Nieważne. Nie masz pomysłu, kto mógłby być ojcem?
- Najmniejszego.
- Cholera. No trudno, idź do reszty. Przydasz się przy wycince.
Wstałem z taboretu i wyszedłem. Pustelnik, zamyślony, patrzył przez okno...
Nie, nie nie nie nie NIE! Jak mogłeś to zrobić?! Zniszczyć moje ulubione opowiadanie! Masa błędów, mało humoru, wszystko jest nijakie, coś z matką, nie wiadomo po co i na co z tą matką i szefem, a zabranie szefostwa to już była naprawdę głupota. 4/10. Mam nadzieję, że to poprawisz w następnych rozdziałach...
Taa... wyszło ci źle jak na twoje możliwości, ale mniejsza z tym.
Trochę nie zrozumiała fabuła, interpunkcja (ale tego chyba nie muszę wymieniać bo już sam o tym napisałeś), nie chcę dużo pisać więc masz:
Malbert! Nie tak ostro! Zostałem zbluzgany! Nareszcie żeby nie było, wymień mi tę masę błędów, to może je poprawię. Ja osobiście nie widzę żadnych LOGICZNYCH błędów, sprawdzałem ten rozdział dokładnie, więc powiedz, jakie DOKŁADNIE błędy masz na myśli.
Ekhm... proszę o pozwolenie na zabranie głosu!
Dziękuję.
Zanim ocenię opowiadanie (które... ale to zaraz), pozwolę sobie napisać słów kilka o komentach (spokojnie panowie, nie będę Was oskarżał o "demotywowanie" innych ).
Keb-fan Gothica napisał/a:
może je poprawię
Dobrze Ci radzę Malbert : nie wypisuj tej masy, i tak jej nie poprawi.
A teraz... widzę, że taka krytyka ostro Cię spiłowała Keb... Chyba nie spodziewałeś się takiej reakcji ze strony... czytelników. Bo widzisz... zdradziła Cię emotka . No ale to tylko takie "BTW". Teraz koment właściwy.
Zgadzam się z przed- przed- przed- i przed- przedmówcą. Ten part jest gorszy od poprzednich. I (!ATTENTION! - uaktualnienie chaosu) tym razem było tak mało chaotyki, zapętlania akcji i... sam-wiesz-czego, że to się w... w głowie nie mieści! Tak, to skandal. Dobra. To teraz moja ulubiona kwestia; interpunkcja. Chyba chciałeś mnie zmylić, wstawiając przecinki gdzie tylko popadnie - ale Ci się nie udało . Nie będę Cię jeszcze bardziej... Ale ocenę wystawię. 5/10. Jak sobie policzysz, jest ona dwa razy gorsza niż za ostatni part. No ale historia nadal jest ciekawa... więc "please continue ".
_________________ http://myplay.com/video-player/michael-jackson
Każdy fan (oraz nie fan) Króla, bezpretensjonalnie musi wejść na tę stronę.
_________________
"Nazywam się Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy. Żyję na tym świecie czterysta dwadzieścia osiem lat według waszego rachunku, sześćset czterdzieści dwa lata według rachuby elfów. Jestem potomkiem rozbitków, nieszczęsnych istot uwięzionych wśród was po kataklizmie, który wy nazywacie Koniunkcją Sfer. Uchodzę, delikatnie mówiąc, za potwora. Za krwiożercze monstrum. "
Kiedy po sześciu godzinach grania w wiedźmina mój wykokszony zapis został usunięty przez błąd Windowsa, coś we mnie pękło. Wrzucam wszystko co mam. To, co napisałem jeszcze rok temu. Proszę.
Następnego dnia
Udało nam się ściąć dwa drzewa. Wynik i tak niezły, bo do dyspozycji mieliśmy tylko topór Zygfryda, a i on po krótkim czasie stał się niezdatny do użytku. Kiedy jakoś dowlekliśmy się do obozu, Pustelnik jak zwykle czekał z obiadem.
- Tylko dwa drzewa? Mizernie.
- Może jakbyśmy mieli siekiery, udałoby się ściąć więcej. Zresztą nie oczekuj cudów od kilku ludzi! Działo się coś?
- Owszem. Wysłałem Szefa na plac wymiany, może trafi na jakiegoś nowego. Każda para rąk się przyda, jak wiesz.
- Wiem o tym. Dobra, kopacze sporządzą deski, a my chwilę odpoczniemy.
Tutaj odezwał się Bobby.
- Chwila! Jesteśmy narodem demokratycznym, czyż nie?
- Ciężko nazwać narodem tuzin ludzi, ale... no tak.
- Więc powinniśmy się dzielić pracą! Teraz wy!
- O nie! My też jesteśmy zmęczeni. Zresztą, jakiemu idiocie wpadł do łba pomysł na demokratyczne państwo?!
Johny spojrzał na mnie i powiedział cicho.
- No, tobie. Sam mówiłeś, że władcę wybraliśmy demokratycznie. A teraz jeszcze potwierdziłeś...
- To był sarkazm, Johny...
- Aaaa... Ee... aha. To ja pójdę robić deski, bo nie chce wyjść na wyzyskiwacza.
Johny odszedł. Usiadłem na pierwszym lepszym kawałku ziemi i spostrzegłem ze zdumieniem, że plac został oczyszczony z gruzu.
- Pustelniku?
- Czego?
- Oczyściliście plac?
- To nie my. To wampir. Powiedział, że nie chce, aby jedzenie rozkładało mu się w takim szybkim tempie.
- Widziałeś jego magazyn?
- Tak, i nie jestem zaskoczony. Próbowałem go nakłonić, by do nas dołączył, ale sądzę, że uważa nas za niechcianych sąsiadów.
- No i co z nim zrobimy?
- Nie wiem. Będziemy musieli go zabić.
- To będzie trudne.
- Niewykonalne. No nic, sądząc po cieniach, jest około pierwszej. Szef powinien zaraz wrócić. Tymczasem dowiedziałem się, kto jest ojcem.
- Nareszcie! Kto?
- Szef.
Czekałem jeszcze chwilę, ale w końcu dotarło do mnie, że już powiedział kto.
- Kto?
- Szef. Wziąłem go na rozmowę na uboczu i, zapłakany, wszystko mi wyznał. Mówił, że nie chciał, ale... komu można dzisiaj wierzyć?
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że dziecko jest...
- Cicho! Nie mów tego głośno! Nie możemy tego rozgłaszać. To musi zostać w tajemnicy.
- A co powiemy kiedy dziecko się urodzi?!
- Że ojciec nie żyje i my będziemy musieli zastąpić mu ojca.
- A jak zareaguje Szef?
- Nie mam pojęcia. Jest przestraszony, boi się kary boskiej. W sumie, całkiem słusznie.
- Zaczekaj! Ktoś idzie...
- To pewnie on. Nie mów mu, że wiesz.
To rzeczywiście był Szef. Szedł w naszym kierunku, ale, niestety, nikogo nie prowadził. Podszedł do Pustelnika i powiedział:
- Złe wieści. Na placu pełno najemników.
- Korzystają z okazji że nie ma już Gomeza, co? Nie ma się co dziwić. Obawiam się, że na nowych więźniów nie możemy liczyć. Zawsze można nakłaniać ludzi z innych obozów.
- Jest jeszcze Cavalorn. Może go tu sprowadzę?
- W sumie możesz. Powiedz mu, że zostanie... Głównym ministrem ds. Polowań.
Szef odszedł. Patrzyliśmy za nim chwilę, kiedy przyszedł Eduardo.
- Bez narzędzi nic nie zrobimy. Musimy zdobyć piły i siekiery. Hebel i kilka innych pierdółek też by się przydało.
- Na pewno nic się nie da zrobić?
- Na pewno. Próbowaliśmy wszystkim. Kamieniami, mieczami, zębami, ale to na nic. Jesteśmy zbyt przyzwyczajeni do wygód.
- Cholera. Może Cavalorn ma coś w zapasie.
- Cavalorn ma przyjść?
- Tak, wysłaliśmy Szefa po niego. Może da się przekonać.
Eduardo zamilkł na chwilę. Zaraz jednak odezwał się znowu.
- Nie sądzicie że... no, wiecie, nie potraktowaliśmy szefa... zbyt brutalnie?
- Co masz na myśli?
- No, tak bez głosowania zdjęliśmy go ze stanowiska. On też powinien mieć coś do powiedzenia, w końcu założył cały nasz zespół.
Rozważaliśmy to przez chwilę. W końcu odezwał się Pustelnik.
- Masz rację. Urządzimy głosowanie, czy ludzie chcą powrotu Szefa na stanowisko.
- A jak nie chcą?
- To i tak damy mu jakąś ważną funkcję. Spokojnie, jakoś to będzie.
Eduardo odszedł zadowolony. Pustelnik powiedział, że pójdzie pogadać z najemnikami i także poszedł. Po chwili odszedłem i ja, no bo co będę tak siedział? Skierowałem się w stronę lochów. Potrzebowałem odrobiny rozrywki.
- Cześć koledzy. Nie przeszkadzajcie sobie, popatrzę chwilę jak gracie.
Szkielety spojrzały na mnie, wzruszyły ramionami, i wróciły do gry. Przysunąłem sobie kamień i patrzyłem na rozgrywkę, ale tak naprawdę gówno mnie ona obchodziła. Chciałem pomyśleć.
No i myślałem. O życiu. O całym tym obozie. Co zrobimy dalej. Teraz jest fajnie, bo mamy pełne ręce roboty, ale kiedy już zdobędziemy narzędzia, zbudujemy kilka pierwszych chat, zaczną się złazić ludzie, no i zacznie się najgorsze przekleństwo ludzkości - trzeba będzię się zająć administracją. A co dopiero za dwa miesiące, kiedy sytuacja zacznie robić się nie do opanowania. A co zrobimy z kopalnią? Co powiemy tym ludziom z kopalni? Hej ludzie, wiecie, obóz zniszczyły demony, a my go odbudowujemy. No wiecie, nie mieliśmy co robić, to pomyśleliśmy, że go odbudujemy. A co powie Ian? Pewnie będzię się domagał władzy. W końcu teraz jest najważniejszy w kopalni.
Rozmyślałem jeszcze chwilę. W końcu wstałem z kamienia i wróciłem na powierzchnię. Szef już czekał z Cavalornem.
- Nie mogę znaleźć Pustelnika, to pomyślałem, że przyprowadzę go to ciebie. A teraz wybacz...
Szef oddalił się szybkim krokiem. Zostałem sam.
- Tak więc, Cavalorn... Wiesz, co się stało, nie?
- Wiem. Ale nie wiedziałem, że ktoś się tu osiedlił. Wyrzucili was z obozu, czy jak?
- Można tak powiedzieć. Ale to nie jest teraz ważne. Mam do ciebie pytanie.
- Wal.
- Nie chciałbyś do nas dołączyć? Zostałbyś ministrem.
- Nie.
Zatkało mnie. Myślałem że każdy człowiek chce żyć w grupie, a tu, proszę...
- Nie?
- Nie.
- Na pewno?
- Tak.
- Dlaczego?
- A dlaczego nie?
- Noooo...
- ... właśnie. A teraz oddalę się, jeśli pozwolisz...
- Zaczekaj!
- Czego jeszcze?
- Masz w chacie jakieś narzędzia?
- Masz na myśli hebel, siekiery, piły i inne pierdółki?
- Dokładnie.
- Coś się znajdzie. Ale co dacie mi w zamian?
- .... w pysk?
- Nie jest to zbyt cenne, sam przyznaj.
- Wiesz, mieszkamy w zgliszczach. Ciężko znaleźć tu coś przydatnego.
- To zrobimy tak: będziecie mi winni przysługi.
- Zgoda.
- To się dogadaliśmy. Niech ktoś przyjdzie po te narzędzia.
Podaliśmy sobie ręce i Cavalorn odszedł. Ja dalej stałem na miejscu i nie miałem co ze sobą zrobić. Postanowiłem podejść do kopaczy.
Siedzieli wszyscy - razem z Johnym - na jednym z powalonych drzew. Miny mieli obolałe. Ciągnęli po łyku z jednej butelki z piwem. Trochę mnie to zdziwiło, no bo skąd wzięli to piwsko? Podbiegłem do nich i powiedziałem ze "zdziwieniem pełnym wyrzutu".
- Hej! Skąd macie to piwsko?!
- W jednej z piwnic w lochach jest mnóstwo beczek. Na jednej z nich leżała ta butelka. - powiedział Edward, i, na potwierdzenie swoich słów, uniósł, prawie już opróżnioną, butelkę.
- Gdzie była ta piwnica?!
- Wiesz, jak wchodzisz na zamek, i skręcasz w lewo, potem jeszcze raz w lewo i wchodzisz do budynku. Schodzisz na dół, skręcasz w prawo i masz piwnicę z beczkami.
- Co jest w tych beczkach?
- Nie wiemy. Nie sprawdzaliśmy.
Zostawiłem ich i pobiegłem na zamek. Skręcałem według zaleceń, i w końcu dotarłem do pokoju. Przewróciłem jedną z beczek i zacząłem toczyć ją do wyjścia. Kiedy wytoczyłem ją na plac, zacząłem nawoływać ludzi. Kiedy w końcu wszyscy się zebrali, zacząłem mówić.
- Widzicie tą beczkę?
- Owszem.
- Wiecie ile jest tych beczek tam, w dole?
- W jakim dole?
- Nieważne. Tam jest ich dziesiątki. Zgadnijcie, co można w nich trzymać?
Nastała chwila milczenia. Po namyśleniu się zaczęły sypać się propozycje.
- Złoto?
- Ruda?
- Ogórki kiszone?
- Piwo?
- Ryżówka?
- Zaraz się przekonamy. Uwaga... dajcie jakąś broń!
Edward podał mi zniszczony topór Zygfryda. Dobra, pomyślałem. Powinno wystarczyć. Ująłem go w dłonie i podważyłem jedną z klepek. Ukazało się wnętrze. W środku zaś...
- Wino!
- To na pewno jakiś tani sikacz!
- Dajcie tu jakiegoś konesera!
- Czy to ważne? Mamy alkohol! Jest zabawa!
- Patrzcie! Chłopaki whacają!
Zygfryd miał rację. W oddali majaczyły cztery sylwetki kopaczy z naszymi pancerzami. Idzie coraz lepiej.
- Chłopaki!! Chodźcie, napijecie się!
Usłyszawszy to, kopacze zaczęli iść wyraźnie szybciej. Bobby zaczepił mnie.
- Mogę spróbować? Znam się nieźle na winie...
- Jasne, próbuj śmiało. Tylko nie wypij wszystkiego. Ma ktoś jakieś naczynie?
Eduardo podał mi pustą butelkę po piwie. Ja zaś podałem ją Bobbiemu, który zanurzył ją w beczce. Wyjął, nabrał łyk w usta i płukał je chwilę.
- No, i co?
Przełknął łyk i powiedział:
- Jak podejrzewałem. Pierwsza lepsza knajpa portowa serwuje lepsze.
- Pieprzyć! Wiecie, ile tego tam jest? Co najmniej trzydzieści beczek! Można poszaleć, a i na wymianę starczy! Będziemy mogli kupić deski, narzędzia... a propo: Eduardo i Johny pójdą do Cavalorna po narzędzia. Miał nam odłożyć. Możecie nawet podesłać mu jedną beczkę jako zapłatę.
Eduardo odrzchąknął i powiedział:
- A może dacie się napić...?
No tak, człowiek też człowiek. Napić się musi.
- Jasne! Pijcie śmiało! Tylko nie przeginajcie, nie chcę, żebyście pijani szli do Cavalorna.
Wziąłem butelkę od Bobbiego i pociągnąłem solidny łyk. Szybkim ruchem przekazałem ją Johnemu, który przekazał ją Zygfrydowi, który przekazał ją dalej, i dalej, i dalej...
Następnego dnia
Obudziłem się z wielkim bólem głowy. Chciałem wstać, ale uderzyłem w sufit. Dopiero po chwili zorientowałem się, że mam głowę w beczce - tej samej, z której wczoraj próbowaliśmy. Chyba trochę przegieliśmy.
Kiedy wygramoliłem się z beczki uświadomiłem sobie, że naprawdę przegieliśmy, bo na placu leżały jeszcze dwie puste beczułki. Sprawdziłem je dokładnie, ale nikt w nich nie leżał. Nikogo jednak nie było na placu. Gdzie oni się podziali?
Ruszyłem do zniszczonej sali tronowej, gdzie, jak podejrzewałem, przeniosła się zabawa. Miałem rację. Większość leżała pod stołem. Kilku siedziało pod ścianami. Pustelnik siedział na tronie. On też był w sztok pijany, ale przynajmniej przytomny.
- Hej, co się tu stało?
- Egh, egh. Ła, łaaaaaaa...! O! Co ty tu robiszszszsz?!
- Ciszej, do demona... głowa mi pęka. Człowieku, co tu się działo?
- No normalnie, wiesz, noo, skończyliśmy pierwszą beczkę, nooo i zaczęliśmy drugą, no.
- Ale jak...?! Mieliśmy tylko spróbować...!
- Spróbowaliśmy! Z wszystkich trzech! Bobby namawiał na czwartą, noooo ale tylko JA! zostałem na placu boju...! A pić samemu to już alkoholizm...!
- Czy wszyscy leżą pod stołem?
- Nieeeeeee, no co ty! No jak! Eduardo i Johny po... po... szedli do Cavalorna pooo, narzędzia! Tak! Kiedyś wrócą...
- Kiedy wyszli?
- Będzie kilka godzin...
Zmartwiłem się nie na żarty. Do Cavalorna są przecież dwa kroki. Wtedy coś mnie trafiło.
- Wzięli ze sobą beczkę?
- Nieeeee, chcieli, ale im nie daliśmy. Przyznaję bez bicia, ŻAL nam było im dawać. Uffff... łeb mi pęka.
- Prześpij się chwilę. Ja pójdę...
- ... po nich?
- Czy ja wiem... głowa mnie boli. Będę z nimi... myślami.
Zostawiłem Pustelnika na tronie. Rzuciłem mu tylko "nie przyzwyczajaj się" i wyszedłem.
Zrobiłem kilka kroków, oparłem się o mur zamku i zwymiotowałem. Zemdlałem.
To opowiadanie ma potencjał - może się tu zdarzyć każda nielogiczna głupota. Tylko to z ojcem to jednak przegięcie... Mógłbyś obrócić to w żart Pustelnika albo coś...
_________________ Piszę poprawnie.
Ciekawy ze mnie człowiek... zawsze, gdy wszystkim komiks się podoba maksymalnie, gdy wystawiają oceny 10/10, ja i tak znajdę dziurę...
Hm, wiesz co ci powiem, Keb? Nie wiem jakim cudem mogło mi się to kiedyś podobać. Naprawdę nie mam pojęcia, musiałem się chyba czymś bardzo, bardzo mocno w głowę uderzyć, a nacisk był tak mocny, że doznałem kilkumiesięcznego urazu mózgu.
Zamiast wymieniać błędy, co jest dla mnie w tej chwili absolutnie niewygodne, bo nie chce mi się po prostu tego robić, to powiem po krótce co jest nie tak.
Całe opowiadanie składa się ni mniej ni więcej, jak z niemal samych dialogów. Zero opisów, ciągły chaos, w jednej chwili dzieje się to, w drugiej tamto, wszechobecny absurd, czytelnik nie może się zorientować co się w danej chwili dzieje. Ratuje cię momentami mdły, nikły humor, dzięki któremu rzadko (!!!) lekki uśmiech zagościł na mojej mordzie.
Rady? Proponuję czytać więcej książek i pisać mniej ściśle. Popracować nad opisami, fabułą i słownictwem. Jeśli to ma być nadal opowiadanie stricte humorystyczne, to i nad żartami również się zastanów dwa razy. Nad dialogami też powinieneś posiedzieć, bo mimo że z tego składa się praktycznie całe twoje opowiadanie, to niezbyt dobrze ci powychodziły... Krótko mówiąc: popracuj nad tym, jak piszesz.
Pracę zostawię bez oceny, bo takowych za opowiadania nie wystawiam.
Wiesz co ci powiem Malbert? Zgadzam się w zupełności - nie wiem jak kiedyś mogło wam się to podobać Do tego wniosku doszedłem mniej więcej trzy miechy temu. Porzucony został porzucony na amen właściwie już te trzy miechy temu.
Cytat:
Proponuję czytać więcej książek
Zależy też jakich. Domyślam się oczywiście że nie chodzi ci o rzeczy ostatnio "na topie" ale jacyś nowi userzy mogliby to źle zrozumieć i sięgnąć po np. "Zmierzch". A temu należy się przeciwstawiać
W każdym razie dzięki. Temat raczej do zamknięcia gdyż nie zamierzam tego kontynuować
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach