Jako, że czasami zajmuje się również inną odmianą sztuki pisanej niż opowiadania chciałbym zaprezentować dwie z moich recenzji dotyczących gier Bet on Soldier oraz Need for Speed : Most Wanted. Są one pozbawione screenów gdyż nie chcę obciążać waszych łączy.
Bet on Soldier
Kategoria : FPS
Producent : Kylotonn
Dystrybutor : Digital Jesters
Dystrybutor PL : Techland
Premiera w Polsce : 14.10.2005
Francja wielu graczom zapewne kojarzy się z przygodówkami. Jak widać jednak powstają tam też inne gry...
Słowem wstępu...
Jedną z takich jest First-Persoon-Shooter firmy Kylotonn noszący tytuł Bet on Soldier. Akcja gry toczy się w świecie gdzie wojna trwa już dziesięciolecia. Nikt nie pamięta, kiedy miała swój początek jednak ludzie nauczyli się z nią żyć. Wojna stała się dla wielu biznesem i to dosyć opłacalnym. Na polach bitwy walki między sobą toczyli tzw. mistrzowie. Byli to najlepsi żołnierze dwóch stron konfliktu WRF i UAN biorący udział w walkach o pieniądze - i do tego - puszczanych na żywo w telewizji. Byli oni sławni i bogaci jednak żaden z nich nie dożył choćby wcześniejszej emerytury... Główny bohater Nolan Daneworth nie spodziewał się, że niedługo dołączy do grona bogatych, ale nie do końca normalnych ludzi. Daneworth był zwykłym żołnierzem, który na froncie poznał pewną pielęgniarkę. Wkrótce pobrali się i zamieszkali na farmie. Ale cóż to... Opancerzone "byki" rozwaliły jego farmę i zginęła jego żona. Daneworth dowiadując się, że są to bracia Borienko - jedni z mistrzów B.o.S - postanawia do nich dotrzeć i wziąć odwet za swoja żonę. Cóż za piękny i epicki początek prawda?
Ekonomiczne podejście?
Dalszej fabuły opisywać nie będę, bo - albo będę spoilerował, albo nie opisze nic takiego... Gdy zaczynamy grę wita nas interaktywny trening. Dowiadujemy się na nim, że... musisz sobie kupić broń... musisz kupić sobie amunicje... uszkodzony pancerz naprawiasz... za pieniądze. Wszystko to w odpowiednim punkcie. W trakcie trwania misji nie da się też zmienić ani dokupić nowej broni. Chcesz najemników do pomocy? Daj 2000 baksów, a będziesz ich miał. Choć inżynier reperujący ci za darmo zbroje jest wart tej kasy. Nie ma co, los mistrza nie jest ani łatwy ani tani. Płacisz tu za absolutnie wszystko. Łącznie z save'ami! To jest jeden z skandali tej gry. Punktów do zapisu gry na każdej mapie jest może 3-4 to jeszcze cena zapisu szybko przekracza 1000$. Nie mówię jak to jest irytujące, gdy musimy kupić amunicję, bo dalej nie pogramy i zdziwko... nie stać cię na save. Dlatego w grze trzeba mierzyć headshoty. Wymarzony trening dla amatora kampingu.
Ale przecież pieniądze nie spadną ci z nieba. Z czegoś się muszą brać. Gotówki dostarcza ci każdy zabity wróg - choć zapłata za wroga zabitego strzałami w głowę jest większa, więc kolejny plus dla kampingu. Zapłatę dostajemy również za każdą ukończoną misje. No i ostatnim źródłem dochodu jest walka z mistrzem.
Jestem mistrzem! Irytowania...
Walki z mistrzami są również irytujące, co sama ekonomia. Na pokonanie każdego z mistrzów masz ograniczony czas (minuta) i z każdą sekundą spada wartość zakładu. Więc jeśli uporamy się z mistrzem w pół minuty z 3000 dostaniemy marne 1500. Ledwo na save starczy... Oczywiście każdy mistrz ma jakiś skandaliczny idiotyzm, który daje nam nad nimi przewagę. Może sobie powalczyć z gostkiem, który poczęstuje cię rakietami obezwładniającymi, które zawsze - ! - trafiają. A może wolisz jednak mistrzunia z samoregenerującym pancerzem? Do tego każdy mistrz na starcie "pole ochronne", które np. wyłącza się, kiedy on przeładowuje broń lub - o hosanna - niszczymy baterie na jego plecach (dziwne, bo tam też widnieje pole...). Mi się może zdaje, albo to jest robione na siłę, aby gracz mniej zarobił na pojedynku albo ja jestem noobem. Na szczęście przed każdą misją wybieramy mistrzów z którymi chcemy walczyć.
Jak ty się ładnie rozpadasz.
Grafika, która w 2005 budziła podziw może cieszyć oko nadal. Oczywiście wszystko ma swoją cenę. Sprzęt podany w nagłówku może nie wystarczyć do grania w 1024x768 z full detalami. Choć bywa też, że po zjechaniu na najniższe detale gra chodziła na procku 1,6 GHz. Choć wtedy traci naprawdę dużo na wyglądzie. Jednak, aby porównać to wszystko przeszedłem się do kafejki, którą prowadzi mój znajomy by obejrzeć jak to wygląda na full detalach. No cóż... powiem, że wtedy to wbiło mnie w fotel. Grafika cieszy oko. Podobać się mogą również pancerze. Co jak co, ale człowiek w ciężkim pancerzu budzi respekt. Choć zastanawiam się jak się w tym wszystkim chodzi. Ładne i - przede wszystkim - zróżnicowane są też poziomy na których gramy. Choć wiele z nich toczy się na terenach zabudowanych znajdzie się też kawałek lodowego pustkowia. Oczywiście nie tylko zimą człowiek żyje. Znajdą się dla nas również ponuro-jesienne klimaty. No i sama fizyka... Do fizyki przedmiotów nie mam nic. Wręcz ją pochwale. Ustrzelona beczka pięknie się miota pod naciskiem ciśnienia wewnątrz niej. Tak samo, żołnierze pięknie padają... choć drażni mnie, że postrzelony w głowę z shotguna wróg zamiast być odrzucony do tyłu to przewraca się do przodu...
Questa, questa daj mi questa...
Misje wybieramy sami. Po ukończeniu każdej z nich na mapie widzimy zarówno te, które były, jak i nowe. Jeśli chcemy, możemy uzyskać również informacje o misji. Cele, poziom trudności itp. Cele są różne - a to coś obronić, a to zdobyć, czyli nic oryginalnego. Gdy już wybierzemy misje po kolei kupujemy broń, zbroję i wybieramy mistrzów, z którymi chcemy walczyć. Po czym let's go.
Bo ja bardzo strzelać chce czy pokażesz mi czym strzela się?
Oczywiście to, co fani FPS-ów lubią najbardziej - bronie. Nie mogło ich tu zabraknąć a jakże. Mamy wszystkiego do wyboru do koloru. Na początku wprawdzie asortyment mamy ograniczony, ale wraz z postępami w grze pojawiają się nowe narzędzia zagłady. Do wyboru mamy między innymi strzelby, karabiny, karabiny "komandosów", karabiny snajperskie, rakietnice, miniguny, pistolety, uzi itd, itd. Możemy przy sobie nieść jedną bron zwykłą, pistolet i broń ciężką. Oczywiście powinniśmy wziąć ze sobą również jakieś granaty. A tu też mamy wybór. Odłamkowe? Obezwładniające? Ogniowe? Co tylko chcesz. Jeśli masz dość kasy oczywiście. ?al mi trochę pomysłu ze zbrojami. A raczej żal mi tego, że są tylko trzy. Lekka, średnia i ciężka. Podobnie jest z dość ciekawymi tarczami, które ochraniają nas przed wrogimi pociskami. Do czasu, aż się nie zużyją... I można ich używać tylko w połączeniu z uzi lub pistoletem.
Wiesz... chciałbym cie nająć.
Ostatnią "płatną" rzeczą w grze są najemnicy. Nie mamy za wiele ich rodzajów do wyboru. Standardowy szturmowiec z karabinem, inżynier reperujący nam zbroję czy snajper z wiadomo czym... Każdy ma swoją cenę i swój "level". Choć poziom ogranicza się tylko do tego, jaką najemnik nosi broń i pancerz. Niestety inteligencji to nie pomoże. O ile najemnicy słuchają się naszych rozkazów - które mamy, aż trzy... stój, chodź za mną, naprawiaj - to już wyszukiwanie dróg leży. Parę razy, gdy chodziłem po rozmaitych rampach kochana łajza pogubiła się gdzieś po drodze i musiałem powoooli zaczynać od nowa. Nie lepiej jest z drabinami. Najzabawniejszym bugiem, jaki zobaczyłem było chyba zacięcie się inżyniera w połowie drogi na górę po drabinie... o ile w ogóle wszedł. Ja zawsze brałem tylko i wyłącznie inżynierów by nie wydawać kasy na naprawę pancerza.
Cóż mi charczy w uszach?
Dźwięk... dźwięk... eee? Muzyki prawie brak... jedyne dźwięki jakie głównie słyszymy to odgłosy strzałów, kroków i krzyki naszych najemników. No i to, czym bardzo się podniecano. Rewelacyjnie oddane sapanie! O rajuśku... Te wszystkie elementy akurat zrealizowano dobrze, ale jakieś urozmaicenie by się przydało...
Niestety już się zamykam...
Ogólnie B.o.S jest bardzo ambitną grą. Jak dla mnie - zbyt ambitną. Twórcy chcieli stworzyć ciekawy FPS z wątkiem płacenia za wszystko. I to płatny save jest jedną z przyczyn mniejszej przyjemności płynącej z gry. Jednak, jeśli cię to nie męczy możesz ruszać do walki w multiplayer do 32 graczy. Choć nie wiem czy choćby tylu znajdziesz chętnych do gry... na całej sieci.
Plusy :
+ Grafika (patrząc na rok 2005)
+ Ciekawy pomysł z płaceniem za broń, amunicje itp.
+ Ładnie zrobione odgłosy...
Minusy :
- Szkoda tylko, że muzyki do nich brak...
- Płatny save!
- Walki z mistrzami
- Najemnicy z sprawną tylko prawą półkulą mózgową...
Wymagania :
- Pentium 4 2 GHz,
- 512 MB RAM
- Karta graficzna 64MB (Geforce 3 i wzwyż)
__________________________________________
Need for Speed : Most Wanted
18 listopada roku 2003 Electronic Arts wypuściło na światowy rynek Need for Speed : Underground, zupełnie zmieniając oblicze serii. Underground zajął się światkiem nielegalnych ulicznych pościgów. Gra niesiona na fali popularności serii filmów "Szybcy i Wściekli" odniosła sukces kasowy wiec nieuchronnym było pojawienie się sequela wydanego rok później. Również rok później na światło dziennie wyszła kolejna część serii : Most Wanted.
Most Wanted miało naprawić błędy Underground'a oraz dodać parę brakujących poprzednim grom elementów. Każda informacja o grze była natychmiast trawiona. Każde kolejne info o wprowadzonym do gry wozie, kolejnych kawałkach trafiających do soundtracku była dla fanów niczym święty Grall. I gdy w końcu gra się pojawiła...
Szybcy chcieliby mieć historie...
Podczas gry w Most Wanted przewija się przez gre coś co można nazwać historią. Jednak jest to opowieść godna Hollywodzkiego filmu akcji klasy B. Pojawiamy się w mieście by stać się jednym z najlepszych ulicznych kierowców na tzw. "Czarnej Liście". I mamy nawet ku temu przekonujący argument - szybkie i sterowne BMW. Niestety stajemy się ofiarą oszustwa 15 kierowcy z Czarnej Listy - niejakiego Razora, który uszkadza nasz wóz przez co nie dajemy rady ukończyć wyścigu. Nasz rywal z radością zabiera nam nasz odpicowany samochód i zostawia nas sam na sam z policją. W końcu wychodzimy z aresztu i staramy się wrócić do gry. Pokonujemy kolejnych ludzi na liście by w końcu dotrzeć do Razora, na którym nasz niemy bohater zapewne jest głodny zemsty. W między czasie poznamy niejaką Mie oraz pomęczymy się z sierżantem Crossem, który jako priorytet postawił sobie zniszczenie świata wyścigów ulicznych w Rockport.
Jednak gdy tylko zaczynamy gonić za nr.15 na liście zapominamy o fabule i przypominamy sobie o niej dopiero przy okazji pojawienia się jednego z bardzo niewielu filmików. Warto wspomnieć, że filmiki są tworzone na tłach generowanych komputerowo, ale ludzie, których w nich widzimy są już prawdziwi. Niestety jednak gra aktorska jest tu dość przeciętna i lepiej pocieszyć oczy Josie Maran grającą tutaj wspomnianą już Mię Townsend. Chociaż aktor grający sierżanta Crossa ma jakiś osobliwy urok, a jego ostatniej kwestii ciężko nie polubić...
... ale mają fajne sposoby żeby pojeździć ...
Zanim skupimy się na karierze i Czarnej Liście wspomnę o innych trybach gry. Oczywiście najważniejszym z nich jest multiplayer, którego w grze nie brakuje. Oczywistym jest, że zanim zaczniemy grać potrzebna jest rejestracja gry co dla posiadaczy oryginału problemem być nie powinno. ?ałuje tylko, że multiplayer w Most Wanted został zbyt słabo rozwinięty i jego potencjał leży gdzieś zamknięty w pudełku. Po internecie możemy pograć co najwyżej w Sprint, Circuit i Drag. Skoro do serii wróciła policja przydałby się stary dobry tryb gdzie paru graczy w policyjnych wozach stara się dopaść nieszczęśnika uciekającego przed nimi. Mimo wszystko jednak wyścigi z kumplami są przyjemne, a satysfakcja z pokonania kumpla o długość zderzaka po ostatnim zakręcie jest wielka.
Poza multiplayer czeka nas również seria prób. Zostaną tutaj sprawdzone nasze umiejętności jazdy oraz ucieczki przed policją. Na początku może się to wydawać łatwe, ale im dalej w las tym więcej drzew... dlatego do dalszych prób nie radze podchodzić bez małej praktyki w karierze albo pojedynczym wyścigu.
Wspominając o pojedynczym wyścigu - pojawia się tutaj ciekawa opcja zwana "szybki wyścig" gdzie komputer losowo dobiera poziom trudności, natężenie ruchu na ulicy, trasę oraz samochód jakim będziemy jechać. Oczywiście istnieje druga opcja pozwalająca ustalić nam to wszystko osobiście. Dobrze, że można w tychże wyścigach jeździć wózkami z naszego garażu w karierze.
... i hierarchie!
Przejdźmy jednak do tego co w single player jest priorytetem - kariery. Sam jej początek jest dość ciekawy, gdyż dużą jego część oglądamy interweniując jedynie w najważniejszych momentach. Właściwa gra zaczyna się gdy zaczynamy od zera by wznieść się na szczyt Czarnej Listy. Ale właśnie. Czym ta Czarna Lista jest? Śpieszę z wytłumaczeniami - jest to 15 najlepszych i najbardziej poszukiwanych w mieście ścigantów. Więc co za tym idzie nie możemy się z nimi ścigać ot tak. Zanim się z nimi zmierzymy musimy wygrać odpowiednią ilość wyścigów oraz zyskać wystarczające zainteresowanie z strony policji. Gdy już spełnimy wymagania możemy rzucić mu wyzwanie i zdobyć jego pozycje na czarnej liście oraz zdobyć dodatkowe profity. Po zwycięstwie nad kimś z listy możemy wybrać 2 spośród 6 kart. Są tam unikalne ulepszenia dla samochodu, karty ułatwiające wyjście z pudła, premie pieniężne, a nawet... dowód rejestracyjny samochodu rywala.
Ale może powiem w końcu o tym co NFS jest najważniejsze - wyścigach. W grze nie ma znienawidzonego przeze mnie drift'a za co chciałem całować elektroników po butach. Chociaż fani ślizgania się po asfalcie najprawdopodobniej za te buty by ich powiesili na najwyższym drzewie. W grze jest za to sporo innych rodzajów rywalizacji z innymi wozami. Standardowo znajduję się w nim Circuit - czyli wyścig na okrążenia i Sprint gdzie musimy dojechać z punktu A do punktu B. Poza tym spotkamy się z ciekawszą odmianą Circuit - eliminacją. Różnica jest taka, że wóz który jako ostatni kończy okrążenie nie bierze już udziału w dalszym wyścigu. Bardzo spodobała mi się Próba Prędkości. Wszyscy na torze mają za zadanie przejechać przez parę fotoradarów rozstawionych na trasie i ten, którego suma prędkości na mecie będzie największa - wygrywa. Jest też drag - czyli wyścig na pół mili, gdzie jesteśmy zmuszeni do samodzielnego i jak najbardziej precyzyjnego przerzucania biegów (jednak komputer podpowiada nam kiedy to robić) i omijaniu kolejnych samochodów. Ostatni z trybów "Próba Czasowa" polega na tym by zmieścić się w limitach czasu pomiędzy poszczególnymi punktami kontrolnymi.
Wyścig bardzo urozmaica stare dobre Nitro, które pozwala nam na znaczne zwiększenie swojej prędkości w krótkim czasie jak i zupełna nowość - spowalniacz. Po naciśnięciu klawisza odpowiedzialnego za tą funkcje wszystko porusza się wolniej, a nasz samochód o wiele chętniej się ślizga. Jest to bardzo przydatny bajer. Na przykład jeśli się zagapimy i nie zauważymy na czas zakrętu o 90 stopni możemy uruchomić spowalniacz i wyratować się z opresji i wejść w zakręt na ostrym poślizgu. Wprawdzie znacznie nas to spowalnia, ale podkreślę, że znacznie lepiej jest zwolnić niż ocierać się o ściany czy zaliczać kolejne dzwony. Z czasem również poznamy wiele skrótów, które mogą nas ocalić lub też zgubić (nie zawsze skróty działają na nasza korzyść).
Policja goni mnie...
Wspominałem też, że by ścigać się z kimś z czarnej listy, należy zdobyć odpowiednie zainteresowanie policji, które liczy się w notowaniach i kamieniach milowych. Czym one są? Notowania są to punkty karne przyznawane nam za każde popełnione wykroczenie, zniszczony radiowóz czy śmigłowiec uczestniczący w akcji itp. Znacznie ciekawszą sprawą są Kamienie Milowe. Polegają one na porządnym udzieraniu policji nosa. Część z nich to zwykłe fotoradary, które musimy mijać z odpowiednią prędkością, ale samo dzikie zaliczanie fotoradarów nie starczy by zwrócić na siebie uwagę. Musimy wymijać wymagane ilości blokad, czy kolczatek, uszkodzić lub zniszczyć daną ilość radiowozów, czy też zdobyć określoną liczbę punktów notowań. Oczywiście kamieni jest więcej. Do wyżej wymienionych można doliczyć wymóg zgubienia pościgu w wymaganym czasie czy też ściganie się z policjantami przez kilka minut, albo wyrządzic szkody na daną sumę pieniężną.
Oczywiście na początku policja nie będzie się nami zbytnio przejmować i pośle za nami 2 radiowozy, aby te nas uciszyły. Jednak im skuteczniej im uciekamy tym bardziej ci chcą nas dorwać. Więc z czasem do pościgu dołączą się nieoznakowane radiowozy, policja stanowa, helikoptery, ciężkie terenowe SUV-y kończąc na specjalnym wydziale pościgowym policji Rockport. Trzeba przyznać, że gdy zainteresuje się nami wydział pościgowy, uciekanie przed policją staje się ciekawsze. Zapełniają oni dość gęsto miasto, zawsze są wspierani przez helikopter i wszędzie roi się od kolczatek obstawianych ciężkimi SUV-ami, które o wiele trudniej usunąć z drogi niż zwykły radiowóz.
Na szczęście nie jesteśmy skazani na ciągłe jeżdżenie po ulicach i czekanie na cud. Twórcy gry gęsto porozstawiali po mieście "Utrudniacze pościgu". Na czym polegają? Możemy np. podciąć parę drewnianych belek przejeżdżając przez nie samochodem by, wielki pączek reklamujący cukiernie spadł na radiowozy za tobą. A może chcesz zawalić bramie stadionu, która praktycznie rozniesie cały pościg na strzępy? Pomysłów jest wiele, a niszczenie radiowozów daję dużą satysfakcje.
Ale gdyby ciągłe uciekanie przed elitarnymi jednostkami policji bardzo nas męczyło wystarczy zmienić wygląd naszego samochodu. Nanosimy nowy lakier, oblepiamy nowymi wzorami, zmieniamy kolor szyb, czy kół. Wprowadzamy nowy spoiler i modyfikujemy wygląd karoserii. Wszystkie te zabiegi zmniejszają zainteresowanie policji naszą osobą.
Zapewne wielu z was wpadnie parę razy w łapy policji. Wtedy wyjścia są dwa - płacimy wszystkie mandaty jakie ciążyły na samochodzie, którym jechaliśmy lub wykręcamy się kartą wyjścia z więzienie, którą można zdobyć przy okazji pojedynków z ścigantami z czarnej listy. Ale jest też drugi problem - jeśli policja zgarnie nas parę razy w tym samym wozie zostanie nam on... skonfiskowany! Ale nie ma obawy. Poza kartami wyjścia z więzienia możemy się też wzbogacić o karty odraczające wyrok zabrania nam naszych 4 kółek. Musimy się więc pilnować gdyż tracąc w taki sposób ostatni samochód zawalamy całą karierę.
... a ja uciekam im tuningowanym Lamborghini!
Jedną z ostatnich rzeczy o jakiej wspomnę (a jakże ważnej!) są samochody i możliwość ich tuningu. Czym byłyby uliczne wyścigi bez tuningowanych sportowych wózków w stylu Vipera czy Lamborghini Gallardo. Samochodów w grze jest 34, ale nie wszystkie to sportowe rakiety jak wyżej wspomniane. Grę zaczynamy z... Cobaltem, albo Punto! Wiec nie muszę wspominać jak przyjemna jest przesiadka do, któregoś z lepszych wozów.
Sam tuning został znacznie zubożony i uproszczony. Mi to nie przeszkadza, ale fani tuningu na pewno będą kręcić nosem. Tuning osiągów sprowadza się tutaj do banalnego kupowania kolejnych coraz droższych zestawów, skrzyni biegów, zawieszenia czy turbosprężarek. Nie ma już dobierania każdego elementu osobno, a zestawy są uniwersalne i pasują do każdego wozu.
Trochę lepiej jest z tuningiem optycznym. Możemy zmodyfikować, karoserie wozu, zamontować dachowy wlot powietrza, zmienić lakier, ozdobić samochód jakimś ciekawym wzorem, czy założyć nowobogackie felgi od najdroższych mercedesów. Chociaż mimo tych wszystkich opcji czułem się bardzo ograniczony w kwestiach tuningu optycznego. ?ałuje, że nie ma na przykład możliwości łączenia dwóch rodzajów naklejek (połączenie pasków z płomieniami po bokach itp.) a bogaciej zdobione wozy mają tylko nasi rywale z listy.
I jadę po bezkresnych drogach ku końcowi!
Miasto w MW nie jest małe. Nie należy wprawdzie do wielkich, ale trasy na pewno nam się nie znudzą. Poza tym nie mamy już do czynienia z super nowoczesną metropolią z samymi tysięczni kami. Pośmigamy też, po wielkich autostradach, albo osiedlach domków jednorodzinnych z wąskimi drogami, ale ogromną ilością skrótów. Pojeździmy też po dzielnicach przemysłowych, gdzie zawsze jest w co wpaść, a zakręty często można pokonać ścinając je. Więc i samo urozmaicenie otoczenia jest bardzo udane. Po ścigamy się też oczywiście wzdłuż zielonych pól co też jest dużą zmianą w stosunku do poprzedniczek. Chociaż największą różnicę stanowi to, że tym razem, miasto skąpane jest w słońcu i nie ma już nocnych wyścigów. Chociaż Rockport pełne jesiennych barw zdaje mi się znacznie ciekawsze niż to co oglądałem w Underground'ach.
A i pod maską mam niezły sprzęt!
Na sam koniec parę słów o grafice i dźwięku. Jak już wspomniałem, przy omawianiu miasta, jest ono skąpane w stonowanych barwach jesieni, co wyszło mu na dobre gdyż stało się zwyczajnie bardziej interesujące wizualnie. Grafika MW jest naprawdę cudowna. Efekt nitro wgniata w fotel, refleksy słoneczne na naszym wozie są świetne, a samo słońce oślepia nas dość... realistycznie. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Świetne są również modele samochodów, którymi kierujemy. Po części to dzięki ich świetnemu wyglądowi z tuningu optycznego możemy czerpać dużą przyjemność.
Co dziwne w oprawie audio, nie przeważa już hip-hop. Teraz usłyszymy więcej gitarowych rytmów i ciężkiego brzmienia. Oczywiście rapu i techno nie brakło, ale to nie one teraz przeważają na liście soundtracku. Majstersztykiem jest muzyka towarzysząca nam podczas pościgu. Tego się nie opisze - to trzeba usłyszeć samemu.
Nieźle brzmią też dźwięki otoczenia. Samochody brzmią jak samochody brzmieć powinny, chociaż nie jestem maniakiem motoryzacji i może coś omijam? W każdym razie jeśli nie zwracasz na to dużej uwagi na pewno dźwięki fur nie będą ci przeszkadzać. Przyjemnie też słucha się tego jak trąbią na ciebie tiry czy oddalające się syreny radiowozów, które dzięki sprytnemu manewrowi same wpadły na blokadę drogową. Dźwięk jest po prostu udany i tyle.
Prawie zapomniałbym powznosić peany do genialnego modelu jazdy NFS-a. Jest co prawdą bardzo zręcznościowy, ale zarazem tak przyjemny, że nie wymieniłbym go na żadne super-realistyczne bajery. Cudo i tyle.
Być nr.1
Czyli czy Most Wanted jest dobrym następcą Undergrounda? Powiem więcej - jest o niego lepszy i to wcale nie o włos. Dawno nie odczuwałem tak mocnego syndromu "jest 1 w nocy, ale jeszcze ten ostatni wyścig" przy samochodówce jak w wypadku MW. Naprawdę polecam! Wprawdzie single jest strasznie długi, ale wystarczy na parę nocek wypełnionych po brzegi grywalnością. Więc daje MW mocne 9, a jeśli jesteś zapalonym fanem tuningu i drifta odejmij punkt czy pół...
Ocena - 9
Plusy
+Model jazdy
+Policja
+Nowe tryby są świetne
+Multi mimo kilku szczegółów przedłuża życie gry
+Jak zawsze dobry soundtrack
+Powtórzę jeszcze raz - model jazdy
Minusy
-Po co się silić na historie...
-Multi mógłby być odrobinkę lepszy[/b]
Cóż, przeczytałem tylko reckę Bet on Soldier bo nie lubię ścigałek. Ale musze powiedzieć że tekst i nagłówki są bardzo profesjonalne, jakby żywcem wyciągnięte z CDA. Naprawdę bardzo przyjemnie mi się czytało tą reckę. Błędów nie zauważyłem, nawet literówek. Po prostu masz talent do recek, komiksów i opowiadań Za BoSa 10/10.
No, przebrnąłem przez tą masę znaków i muszę przyznać, że Recki są naprawdę dobre i "zjadliwe". Choć może nie postawiłbym NFS: MW "aż" 9.. to jednak naprawdę masz do nich talent . Zupełnie jakbym czytał te z CDA. Jak nic 10/10.
Cóż...ja odwrotnie do Pumo przeczytałem tylko reckę Most Wanteda bo szczerze mówiąc nawet nie słyszałem o "Bet on Soldier" (zapewne tytuł ten okazał się tylko na Pecety i to dlatego), ale mniejsza oto. Reckę przeczytałem dość szybko i przyjemnie. Napisana jest przyzwoitym, "zjadliwym" językiem i...Pozostaje mi tylko czekać na kolejne twoje recki bo idzie ci naprawdę dobrze! Jedyne zastrzeżenie jakie mam to brak umieszczenia w recenzji wad gry. Cały czas tylko słodziłeś tego Most Wanteda, a wady na pewno jakieś ma. Wypisałeś jedynie dwa Minusy i to wszystko. Następnym razem o tym pamiętaj. I takie moje prywatne spostrzeżenie. Most Wanted dla mnie zasłużył najwyżej na 7/10, poprzednie Undergroundy są dużo lepsze. To tyle. Oceny nie wystawiam bo to bezsens oceniać recenzję .
Dobra, spróbuję i ja swoich sił w recenzjach, chociaż widzę że to dość słabo opłacalny zawód to jednak spróbuję . A zachęcili mnie do tego użytkownicy innego forum kiedy zredagowałem reckę demki Resident Evil 5. I przepraszam że post pod postem, ale uważam że nie ma sensu zakładać oddzielnego tematu, a nikt tu już się tyle czasu nie odzywa...No to zaczynamy!
Recenzja powstała w oparciu o wersję X-Box'ową!
Grand Theft Auto 4
Producent: Rockstar North
Wydawca: Rockstar Games
Dystrybutor PL: Cenega Poland
Gatnek: Przygoda-akcja
Wstępniak
Na pewno wielu z was grało w grę z serii GTA, a już na pewno wszyscy o niej słyszeli. Ludzie na całym świecie zagrywają się w GTA już od 12 lat i każda część przynosi powiew świeżości. Więc czy "czwórka" wprowadza wiele zmian czy zasługuje na miano najlepszej odsłony serii? Najlepiej sprawdzić to samemu, ale tą recenzją postaram wam się nieco bardziej przybliżyć ten tytuł.
Welcome to America
Głównym bohaterem gry jest Niko Bellic, 30 letni Serb i weteran wojenny. Fabuła na początku wydaje się mało skomplikowana, Niko zachęcony mailami od swojego kuzyna Romana przybywa do Liberty City, aby zasmakować "Amerykańskiego snu", o którym tak bajecznie opowiadał mu Roman. Jak się szybko okazuje kuzyn Nika wcale nie ma kilku apartamentowców, nie ma w garażu pięciu sportowych samochodów oraz nie sypia co noc z inną kobietą. Za to ma ledwo utrzymującą się firmę taksówkarską i masę problemów na głowie. Niko nie może się już dłużej przyglądać jak jego ukochany kuzyn popada w ruinę, więc postanawia mu pomóc i tu się zaczyna właściwa fabuła. Nasz Serb dostaje roboty od różnych kontaktów i zyskuje paru sprzymierzeńców, którzy są niezwykle pomocni w tym brudnym i brutalnym mieście. W grze przyjdzie nam spotkać dużo Europejczyków, w tym także Polki! Tak...nie przesłyszeliście się, potrącając przechodniów przyjdzie nam kilka razy usłyszeć tekst "Przepraszam", albo coś bardziej ostrego np. "Co to #%*#@ jest?" Ważnym aspektem gry są dialogi. Świetnie napisane, genialnie dobrani voiceactorzy, nieraz przyjdzie nam się zaśmiać z dobrego żartu Nika, albo wsłuchać się we wrzaski towarzyszące strzelaninie. Nie będę już pisał o dalszej części fabuły, aby nie robić spoilerów, jednakże pozwolę sobie ją tak podsumować. W grze zawartych jest kilka ciekawych zwrotów akcji, także dokonamy kilku wyborów, typu Zabij lub Ocal, albo Zabij tego albo tego, jednakże nie mają one wielkiego wpływu na całokształt fabuły, jedynie ostatni wybór jaki nam przyjdzie dokonać będzie miał większy wpływ na historię, a dokładniej na jej zakończenie. Jeżeli spojrzeć w przeszłość serii to fabuła stoi na wysokim poziomie, jednak gdy spojrzymy na nią nie porównując jej do starszych części to chciałoby się czegoś więcej. Na plus wpływa także idealnie wyliczony czas zabawy. Przejście Story Moda zajęło mi ponad 30h i nie czułem, ani niedosytu, ani przejedzenia. Nie tak jak w przypadku GTA: San Andreas, kiedy zanim będziemy mogli mieć dostęp do ostatnich misji musimy bawić się w podbijanie terytoriów co po pewnym czasie stawało się żenujące i nudne.
That's how we roll bebe!
Przyszła pora na parę słów o gameplay'u i hudzie. Pierwszą ciekawostką jest pojawienie się, całkiem sprawnego, cover systemu, czyli chowania się za ścianami i strzelania zza winkla. Na pewno kilka razy przeciwnicy odbiorą nam sporą ilość życia przez to że Niko przylegnie do nie tej ściany co chcieliśmy, jednak są to sporadyczne wypadki. Ogólnie sprawdza się bardzo skutecznie i...efektownie. Tak, do tej pory pamiętam jak przychodziło mi zapiać z zachwytu kiedy Niko wykonał efektowny ślizg do ściany, a następnie się zza niej wychylając zastrzelił dwóch gangsterów. O czym także warto wspomnieć to na pewno poprawiony system AI wrogów jak i kompanów. Zarówno ci pierwsi jak i drudzy chowają się za przeszkodami i wychylając się tylko na chwilę oddają krótkie serie, które czasem przysporzą nam problemy. Przeciwnicy potrafią nawet uciekać przed granatami, o czym mogliśmy tylko pomarzyć w poprzednich częściach. Ba! Nawet nasi towarzysze nie pchają nam się pod lufę i nie wbiegają prosto na granaty jak to było w przypadku GTA: San Andreas. I godne podziwu jest AI policji, która jest bardzo zacięta i potrafi czasem zablokować uniemożliwiając dalszą ucieczkę. Skoro już o policji mowa to zmianie uległ także system gubienia pościgu. Teraz zwykłe zaszycie się w jakimś zaułku nic nam nie da. Najpierw jesteśmy zmuszeni opuścić teren poszukiwań, który oznaczony jest na radarku migającym na czerwono-niebiesko kółkiem. Oczywiście im większa ilość gwiazdek tym większy teren poszukiwań. Zadanie czasami nie jest takie proste jakby się to wydawało, jeżeli jakiś patrol policji zobaczy nas poza okręgiem to zabawa zaczyna się od nowa, i znowu jesteśmy w centrum koła. Na szczęście zostało zachowane, znane ze starszych części Paint&Spray, ale i tu Rockstar pokusił się o pewną zmianę. Otóż kiedy policja będzie widziała kiedy wjeżdżamy do środka przemalowanie auta nic nie da. Pościgi policyjne są dobrze zbalansowane, nie są zbyt wyzywające, ale także policja czasami da nam w kość, jednak w ciągu gry raczej rzadko przyjdzie nam zaczynać grę spod komisariatu policji, zresztą dużo lepiej dać się zabić bo wtedy nie stracimy swojego arsenału. Dobrą zmianą jest także system prowadzenia samochodu i strzelania jednocześnie. Teraz, aby kogoś ostrzelać, nie musimy jechać z nim lusterko w lusterko. Możemy wystawić łapę przez okno samochodu i zacząć ostrzał zarówno w pojazd przed nami jak i za nami. Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy pojazdach. Jest ich nieco mniej niż w przypadku GTA: San Andreas, ale...czy to źle? Nie...nie sądzę. W grze nie doświadczymy jazdy wózkiem golfowym, poduszkowcem, gokartem, rowerem czy też nawet lotu samolotem. Zostały nam jedynie samochody, motocykle, motorówki i helikoptery oraz kilka popierdółek typu wózek widłowy czy wózek bagażowy. Moim zdaniem nie pasowałyby tu przede wszystkim samoloty. Teren gry został po prostu zmniejszony i wsiadanie za ster samolotu nie miałoby najmniejszego sensu. Modelu jazdy samochodem, mogłyby pozazdrościć nawet niektóre wyścigówki. Samochodem jeździ się bardzo przyjemnie i szybko zaznajomimy się z systemem ostrego wchodzenia w zakręty. Design samochodów także ładnie się prezentuje. Bez problemu rozpoznamy prawdziwe samochody, ukryte pod wymyślonymi nazwami. Niesamowity jest system zniszczeń samochodów. Czterokołowce rozwalają się niezwykle realistycznie, a wybuchy spowodowane nadmiernymi zniszczeniami pojazdu wyglądają oszałamiająco. Godna podziwu jest fizyka, ciała wrogów padają dość realistycznie, a w jednej misji mamy nawet przyjemność oglądania jak ciało wrogiego snajpera uderza z impetem w samochód zaparkowany kilka naście metrów niżej. Pojazdy także zachowują się bardzo realistycznie. Podczas wykonywania skoków kaskaderskich samochód jest zupełnie bezwładny, miałbym jedynie lekkie zastrzeżenie do latania, a dokładniej lądowania helikopterem. Maszyna potrafi nam czasami zacząć się lekko "ślizgać", przez co trudno jest od precyzyjne lądowanie. Teraz parę słów o hudzie. Hud jak hud...w sumie to nic się nie zmieniło, radarek ciągle jest w lewym dolnym rogu ekranu, broń i poziom poszukiwań w prawym górnym...Zmiany uległy jedynie w przypadku paska życia i godziny. ?ycie teraz zamiast widnieć w prawym górnym rogu ekranu znajduje się na około radarka, pół koła to nasze życie i drugie pół to kamizelka. A co z czasem? Godzinę można odczytać wyjmując telefon. I telefonowi, także poświecimy chwilkę. Z telefonu możemy dzwonić pod różne numery, które można wysłuchać w radiu, znaleźć napisany na jakimś murze, albo na stronie internetowej. Można także wezwać policję, straż pożarną czy ambulance co okaże się użyteczne w kilku misjach. Ale telefon będzie nam potrzebny w innych celach. Głównym zastosowaniem komórki jest kontaktowanie się z kolejnymi pracodawcami. Wchodząc w Menu komórki mamy kilka opcji:
Phonebook- książka telefoniczna gdzie mamy zapisane nr. naszych ziomków, panienek i różnych kontaktów.
Messages- czyli wiadomości. Czasami nasz pracodawca wyśle nam SMS z podziękowaniami za dobrze wykonaną robotę, następnym razem będzie to nasza dziewczyna, która za nami zatęskni i zechce się z nami spotkać.
Organizer- przypomina nam o spotkaniach umówionymi przez internet.
Multiplayer- czyli wejście do gry sieciowej, ale o tem potem.
Options- w opcjach możemy zmieniać dzwonki, które w przypadku lepszego modelu komórki, który zyskamy wraz z biegiem akcji, możemy pobierać z internetu. To samo dotyczy tapet. W opcjach może także wyłączyć telefon, aby nikt do nas nie dzwonił, a przede wszystkim przyjaciele, o nich także później. Wyłączenie telefonu może spowodować zastój w fabule, więc uważajcie kiedy go wyłączacie.
Camera- możemy także cykać fotki. Opcja będzie głównie potrzebna w kilku misjach, ale tak to nic specjalnego.
To już chyba wszystkie zastosowania telefonu. Co najważniejsze cieszy fakt że możemy rozmawiać przez telefon podczas jazdy, nie tak jak w przypadku Vice City i San Andreas, kiedy musieliśmy wysiąść z pojazdu aby odbyć rozmowę. Wkurzające jest jedynie to że podczas rozmowy możemy wysiąść z pojazdu, a na odwrót już niestety nie można. Reasumując telefon jest dobrym i przydatnym gadgetem. Oczywiście oprócz strzelania i przechodzenia kolejnych misji gra oferuje nam także kilka mini gierek. Występują one głównie podczas wypadów z kumplami, gra w bilard, kręgle, darty...gierki są stosunkowo łatwe i chyba takie właśnie było założenie twórców. Poza uprawianiem sportów możemy udać się z kumplami do baru, kabaretu, strip clubu, na przejażdżkę motorówką czy też nawet helikopterem i chyba najatrakcyjniejszy z tych wszystkich, czyli bar. Gra świetnie symuluje człowieka po upiciu się, jednak ten stan trwa znacznie zbyt krótko bo Niko potrafi otrzeźwieć nawet w kilka minut. Warto jest wybijać z ziomkami gdyż po nabiciu odpowiedniego poziomu znajomości, kumple nie odmówią nam pomocy. Teraz skupmy się na tym czego nie ma, ale niekoniecznie być powinno. Jak już wcześniej pisałem Rockstar zrezygnował z wielu środków lokomocji. Obciął także nasz arsenał. W grze znajdziemy jedynie po dwie pukawki z danej kategorii, ale czy to źle? Nie sądzę w San Andreas było dużo zbędnych i bezużytecznych zabawek, albo niektóre bronie się nawet niczym nie różniły. A tu zabrakło mi jedynie znanego z serii Miotacza Ognia (znanego bo występował we wszystkich częściach już od jedynki). Zmniejszony został też plac rozgrywki, niektórych może to dziwić, ale moim zdaniem o dobrze. Może w San Andreas był ogromny teren działania, ale lokacje były niezwykle puste, chociażby pustynia i wieś bo miasta prezentowały się całkiem nieźle. W GTA IV mamy niezwykle ładne miasto, a z lotu ptaka można by było podziwiać je godzinami, o różnych porach dnia. W grze także nie doświadczymy tak rozbudowanego systemu kustomizacji postaci. Tu mamy jedynie wpływ na ubiór Nika, a sklepów wcale nie ma za wiele i ich asortyment także pozostawia wiele do życzenia. Niektórych to nie rusza, ale amatorów tworzenia własnej postaci na pewno zasmuci ten fakt. Brakuje jeszcze kupowania domków i nieruchomości. W późniejszej części gry może nam zabraknąć savepointów, a nieruchomości były po prostu ciekawym patentem, który pasowałby w GTA IV. Na początku może lekko denerwować GPS, który sam wyznacza nam trasę jaką najlepiej jest się udać do waypointa. W starych GTA zostaliśmy przyzwyczajeni do dość prostego układu ulic więc zapamiętanie całego miasta nie stanowiło problemu, w przypadku "czwórki" potrzeba nam wiele czasu aby poznać większość ulic, już o skrótach niewspominając. Podsumowując GTA ciągle bawi i to jeszcze jak (!), co prawda Rockstar zrezygnował z paru patentów co wcale nie było głupim posunięciem, jednak mógł zostawić fryzjera i dać nieco więcej ubrań, aby każdy coś dla siebie znalazł.
Dziewczyno z klubu disco!
GTA zachwyca nas genialnym soundtrackiem już od dawien dawna i nie mogło być inaczej w przypadku GTA IV. Stacji radiowych jest naprawdę sporo i na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Prywatnie uważam że The Beat (rap, hip-hop), MassiveB (reege) i Vladiostock (ruskie radio) rządzą, ale znajdziecie także rock, metal, dance, pop, discopolo, techno, muzykę klasyczną, a nawet latynowską. Dla każdego coś miłego. Jak ktoś ma ochotę się pośmiać można się też wsłuchać w talkshowy, często usłyszymy w radiu jakiś czubków z najróżniejszymi problemami. Soundtrack jest naprawdę świetny i na 100% każdy znajdzie coś dla siebie!
Liberty City w tekturach
W teksturach ma się rozumieć ( ). Czyli tym razem skupimy się na grafice. GTA IV może nie jest killerem pod względem grafiki, ale na pewno nikt nie zarzuci że oprawa wizualna jest brzydka. Zwłaszcza gracje dla Rockstara za czas loadingów i niemal całkowity brak jakichkolwiek zwolnień w animacji. Gra doczytuje się bardzo płynnie i że tak powiem "w biegu", czyli nie ma loadingów pomiędzy wyspami jak w przypadku GTA 3 czy Vice City, jednak to nie nowość bo uniknięto już tego w San Andreas. Zdarzyło mi się kilka razy że podczas lotu helikopterem tekstury nie zdążyły się doczytać, ale były to sporadyczne wypadki. Ogólnie grafika w GTA IV wzbudza podziw i jest na czym oko zawiesić, zwłaszcza podczas długich lotów helikopterem.
Czy ta gra ma w ogóle jakieś wady?
Niestety żadna gra nie jest całkowicie pozbawiona wad i GTA IV nie jest wyjątkiem. Może nie znajdziemy w grze wielu widocznych bugów, ale jednak jakieś wady ma. Przede wszystkim irytujący znajomi. Czasem potrafią zadzwonić do nas kilka razy w przeciągu 3 min...po pewnym czasie mamy ich po prostu dość i zaczynamy wyłączać telefon, albo odrzucać ich połączenia, ale czasami nie mamy pewności czy kumpel dzwoni aby zaprosić nas do strip clubu czy też może ma dla nas jakieś ciekawe info. Na szczęście jest prosty sposób aby zapobiec utracie sympatii naszych przyjaciół. Po prostu zgadzamy się na wypad i następnie dzwonimy do ziomka, aby odwołać spotkanie. Czasami wkurzało mnie AI moich kompanów, co prawda rzadko się to zdarzało, ale miałem przypadek kiedy zawaliłem misję dwa razy z rzędu bo najpierw mój towarzysz nie chciał wskoczyć na motor, a drugi raz potknął się (chyba o własne nogi) i zanim wstał cel zdążył już mi uciec. Momentami nawala także świetna fizyka pojazdów, np. rozpędzony najechałem na krawężnik, a mój samochód zaliczył dachowanie. Jako wadę gry mogę też zaliczyć to że niektóre misje się powtarzają i w pewnym momencie chcielibyśmy wreszcie zasmakować czegoś więcej niż pościg, albo zwykła strzelanina. Jednak ilość plusów niemal całkowicie przyćmiewa dość niewielką liczbę skromnych wad.
Wpadłem w sieć...pająka?
Gra Online bo na niej się teraz skupimy, jest bardzo miłym dodatkiem do gry. Rockstar jakimś cudem prawie całkowicie uniknął lagów i rzadko nam przyjdzie krzyczeć do headsetu "f***** lags!" Ogólnie trybów rozgrywki jest sporo i są całkiem interesujące. Do wyboru mamy:
Deathmatch- klasyka...bez żadnych udziwnień, każdy wie o co chodzi.
Team Deathmatch- tutaj Rockstar też nie wpychał żadnych bezsensownych udziwnień.
Car Jack City- raczej mało popularny tryb. Gracze dostają telefon od pana Petrovic'a i muszą kraść samochody i następnie odwozić je na umówione miejsce. Wygrywa ten który zarobi więcej kasy co jest równoważne z tym kto ukradnie więcej cacuszek.
Team Car Jack City- to samo co wyżej tylko tym razem dzielimy się na ekipy.
Mafya Work- jeden z najciekawszych trybów. Wspomniany wcześniej pan Petrovic dzwoni do nas na telefon przydzielając nam różne zadania, od zwykłego sprzątnięcia kogoś, poprzez przejmowanie furgonetek, aż po roznoszenie drugów do dealerów. Questów jest ogólnie sporo i twórcy naprawdę postarali się o różnorodność zadań. Oczywiście podczas gdy ja przejmę furgonetkę wówczas reszta graczy musi mi za wszelką cenę przeszkodzić.
Team Mafya Work- to samo co wyżej tylko gracze dzielą się na ekipy i która zbierze więcej kasy ta wygrywa. Tak prywatnie to mój ulubiony tryb.
Race- zwyczajny wyścig. Przed grą gracze wybierają czym chcą się ścigać, na jakiej trasie i ile okrążeń. Ogólnie mało zabawny tryb gdyż nie lubię wyścigów w GTA.
GTA Race- nieco inna, zabawniejsza forma wyścigu. Gracze ścigają się kilka okrążeń i po drodze znajdują różnego rodzaju zabawki, a mianowicie pistolety, karabinki SMG czy granaty i oczywiście starają się uprzykrzać sobie nawzajem wyścig.
Deal Breaker- tym razem nieco odmienny tryb. Gra się maksymalnie do 4 graczy i wszyscy są w jednej drużynie, a pan Petrovic daje nam rozkaz przerwania interesu, który właśnie odbywa się gdzieś niedaleko rafinerii. Na miejscu musimy zabić wszystkich i zebrać szmal i odwieźć go Petroviciowi, proste i genialne.
Hangmans NOOSE- tryb zbliżony do tego wyżej. Jednak tym razem pan Petrovic przybywa z Rosji do Libery City, ale na lotnisku już czeka na niego obława policyjna. My musimy dostarczyć pana Petrovic'a całego na miejsce zrzutu.
Bomb da Base II- i ostatni tryb w którym wykonujemy zadania dla Petrovic'a. Na początku musimy ukraść ciężarówkę przewożącą materiały wybuchowe, a następnie dostarczyć je na miejsce. Po tym będziemy zmuszeni do udania się do portu w celu podłożenia bomby pod statek.
Freemode- i już ostatni tryb. Jak sama nazwa wskazuje, Libery City staje się naszym placem zabaw i robimy co dusza zapragnie. Oprócz upicia się .
Gra online naprawdę dodaje wiele godzin zabawy i to jeszcze jakiej zabawy!
That special someone
GTA IV to godna reprezentantka serii. Gra nie uniknęła kilku wad, jednak liczba plusów, całkiem udany Story Mode i genialna gra online prawie całkowicie przyćmiewają minusy. Tytuł godny polecenia, a nie spodobać może się jedynie anty fanom serii, a tych raczej wiele po Ziemi nie stąpa . Mogę nawet stwierdzić że dorównuje GTA Vice City, może nawet je lekko wyprzedza.
G to grafika. D to dźwięk. I C to czas rozrywki ma się rozumieć .
OK, przeczytałem tą twoją reckę i nie mam jej wiele do zarzucenia. Teksty są spoko, ładnie i profesjonalnie wytłumaczyłeś ważne aspekty gry. Na początku bałem się że nie powiesz nic o fizyce Euphorii ale widzę że niepotrzebnie. Jedyny minus to mało humoru, w recenzji Visora trochę się pośmiałem bo dał tam parę fajnych i śmiesznych tekstów aby umilić czytanie jednak u ciebie zaśmiałem sie tylko z tekstu z "pieprzonymi lagami". I jeszcze jeden mały minusik. SMG to nie karabinek tylko pistolet XD Dlatego dostajesz 1/10. Dobra żartowałem. Masz ode mnie 9.5/10 bo zabrakło paru umilających czytanie, śmiesznych tekstów.
No ogólnie Ado'o bardzo dobra recka, jednak jak Pumo powiedział - nie było z czego się pośmiać. Mnie nawet o tych lagach nie rozbawiło XD. Zgodzę się z wieloma rzeczami w tej recenzji, najbardziej z tymi "telefonami". Na komputerze sterowanie samochodem trochę kuleje, ale na X-ie jak najbardziej bardzo dobra . No i co by tu... 10-/10. Brak humoru to główna przyczyna "-".
Przed przeczytaniem recenzji, zjedźcie na dół i przeczytajcie ramkę o przeciwnikach, ułatwi wam to czytanie.
Team Fortress o zombie?
Twórcy Half-Life'a znów dali o sobie znać. Po oryginalnym P0rtalu, który najlepiej smakował w pojedynkę, chłopcy z Valve postanowili zrobić coś dla fanów multi i oparli to na prostym schemacie: Wybucha epidemia tajemniczej grypy i wszyscy ludzie zmieniają się w zabójcze zombie. Teraz wkracza gracz, a właściwie gracze, którzy kierując czwórką ocalałych (o których za chwilę), przebiją sie przez hordy zombie w czterech różnych kampaniach (o nich też za chwilę).
Nie jest to jakiś porażająco wciągający scenariusz ale kiedy tylko gra wpadła mi w ręce, od razu ją odpaliłem i po obejrzeniu świetnego intra, rozpocząłem tryb single. Do wyboru mamy cztery kampanie.
Być jak Romero
Kampanie nie są zbyt skomplikowane, każda składa się z pięciu sekwencji w których szarżujemy do przodu i zabijamy hordy nieumarłych. Każda z tych przygód bierze motywy ze słynnych filmów o tematyce zombie więc fan grozy na pewno wypatrzy wiele podobieństw.
Pierwsza kampania to No Mercy w której nasi bohaterowie muszą dostać się na dach pobliskiego szpitala i czekać na helikopter ratunkowy.
Druga kampania zwie się Death Toll. Znajdujemy się w małym miasteczku opanowanym przez zombiaki. Musimy przebić się przez ulice miasta aż do rzeki, gdzie odbierze nas łódź.
Trzeci rozdział, Dead Air. Akcja dzieje się na lotnisku, jak nietrudno się domyślić, musimy dostać się na lądowisko i uciec samolotem. Kampania ta przypomina trochę No Mercy ale w finałowej sekwencji czeka nas świetna scena z... sami zobaczycie z czym.
Czwarta część, Dead Harvest czyli Krwawe ?niwo. Tytuł naprawdę pasuje do tej przygody. W pewnym momencie będziemy walczyć w polu kukurydzy która kompletnie zasłoni nam widoczność. Tak więc do zombiaków będziemy strzelać na ślepo a zastrzyk adrenaliny gwarantowany!
Kiedy już wybierzemy kampanię, możemy wcielić się w jedną z czterech postaci. Różnią się one tylko wyglądem, choć początkowo każda miała mieć jakąś specjalną umiejętność.
-Francis: Motocyklista w skórzanej kurtce, kozackiej brodzie i z tatuażami gdzie się da. Najpopularniejsza postać, podczas gry w multi jest wybierany jako pierwszy (Także przeze mnie).
-Louis: Łysy, czarnoskóry informatyk w białej koszuli z poluzowanym krawatem.
-Zoey: Czarnowłosa studentka. Postać najczęściej wybierana przez kobiety. O dziwo, Left 4 Dead jest grą dość popularną wśród płci żeńskiej.
-Bill: Brodaty weteran wojny w Wietnamie i były żołnierz Zielonych Beretów. Najstarszy z całej czwórki ale to twardziel jakich mało.
Po wyborze postaci, ukazuje nam się pomysłowy loading, a jest nim... plakat filmowy. Każda kampania ma własny plakat utrzymany w filmowym klimacie (ba, są nawet te nieczytelne literki na samym dole ), a nasz nick służy jako imię aktora grającego postać z powyższej czwórki. Poza tym po przejściu każdej kampani ukazują nam się napisy końcowe, także rodem z filmów i możemy przeczytać większość statystyk, a na końcu widzimy napis "ile zombie zostało zranionych w tym filmie". Całkiem niezły pomysł.
Rozpoczynamy grę, nasz cel jest prosty. Musimy dojść na drugi koniec mapy, gdzie czeka na nas przytulne schronienie w którym uzupełnimy zapasy amunicji i medykamentów, a po drodze rozwalamy całe setki żywych trupów. I nie jest to przesada, po przejściu każdej sekwencji ukazują nam się statystyki takie jak ilość headshotów, zadane obrażenia i zabite zombie. A te ostatnie szacują się zwykle w granicach 100-200 NA GRACZA. Daje to około 1500-2000 truposzy na kampanię.
Konstrukcja poziomów jest dość prosta i dalszy postęp nie powinien sprawiać żadnych problemów. Przechodzimy proste, liniowe mapki i dość często trafiamy na poboczne pokoiki w których możemy znaleźć amunicję, broń, lekarstwa, materiały wybuchowe albo zombie.
Kiedy przejdziemy sekwencję, zamykamy się w kryjówce, oglądamy statystyki i loading a potem to samo w innej scenerii. Jednak czegoś takiego jak nuda tu nie doświadczysz, zombie są ustawiane za każdym razem inaczej a ich zabijanie jest wystarczającą przyjemnością i nawet przechodzenie tej samej planszy kilka razy może dostarczyć niezapomnianych wrażeń.
Poza tym, co jakiś czas możemy usłyszeć niepokojący hałas. Są to skowyty nadbiegającej hordy. Kilka razy może zdarzyć się że kiedy sobie trochę postoimy w jednym miejscu, usłyszymy przerażające dźwięki. Z kilku miejsc zaczynają wybiegać strumieniem dziesiątki zombie, co wygląda przerażająco ale walka z nimi to prawdziwa uczta dla fana strzelanin. Taki atak jest raczej zdarzeniem losowym ale na końcu każdej kampanii czeka nas finałowa bitwa z prawdziwą armią. Bronimy małego budynku a ze wszystkich stron nadbiegają na nas truposze. Jednak nasza dzielna ekipa po kilku minutach rozprawia się z przeciwnikami i w końcu udaje jej się uciec z tego piekła aby po kilku godzinach znaleźć się w kolejnym.
Jeśli chodzi o pukawki to nie ma za wielkich udziwień. Mamy do dyspozycji dwa rodzaje shotguna, M4A1, Uzi, Karabin myśliwski i pistolety. Te ostatnie możemy mieć dwa i strzelać z obu na raz. Do tego dochodzą materiały wybuchowe. Jest zwykły koktajl mołotowa i bardzo pomysłowy granat. Przypomina trochę dynamit ale kiedy rzucimy go w stronę przeciwników, zauważymy że wszystkie zombie rzucają się za nim jak szalone i próbują go skopać w sposób podobny do tego w jaki robi to banda kiboli po spotkaniu kibica innej drużyny.
Teamwork to podstawa!
Wspominałem że gra jest tworzona głównie dla fanów multi. Jak się zapewne domyślacie, gra korzysta ze Steama który jest tu niezbędny do gry po sieci. Podczas gry w multi możemy doświadczyć drobnych problemów z synchronizacją ale to rzadkość. Do gry w multi mamy dwa tryby: Cooperative i Kontra. Pierwszy to po prostu Single Player ale zamiast botów, pomagają nam gracze. Tutaj jednak współpraca jest bardzo ważna, zabicie niektórych zombie, np: Tanka albo Wiedźmy, może być bardzo trudnym zadaniem więc drużyna musi porządnie zaplanować każdą akcję i podejmować słuszne decyzje. Jeden gracz, podczas tego trybu może zgubić całą drużynę bo zamiast uratować najlepiej uzbrojonego kompana atakowanego przez Huntera, ruszy na ratunek znajdującemu się bliżej, ledwo żywego i otoczonego przez 20 zombiaków kumpla. Wtedy jedyną osobą która przeżyje, będzie ten który chciał kogoś uratować bo zanim przebił się do pierwszego, ten był już martwy a drugiego rozszarpał Hunter, o wiele silniejszy niż zwykłe zombie.
Takie głupie błędy są bardzo często powodem rozpadów grup i gracze nie stronią od kickowania "noobów". Umiejętność działania w grupie jest więc niezbędną umiejętnością każdego gracza.
Tryb kontra jest o wiele bardziej emocjonujący niż co-op. Mamy tu dwie drużyny, Survivors i Infected. Pierwsza to oczywiście znana nam czwórka głównych bohaterów. Druga grupa to zarażeni. Tak jest, kilku graczy może wcielić się w rolę tych specjalnych zombiaków (wszystkich poza Wiedźmą, a żeby wcielić się w Tanka trzeba go najpierw odszukać na mapie). Ten tryb może być naprawdę ciekawy, szczególnie podczas gry Hunterem lub po znalezieniu Tanka. Niestety, osoby grające żywymi trupami, bardzo szybko kończą swój żywot i wtedy muszą chwilę poczekać aby respawnować się jako inny rodzaj zombie. W tym trybie nie możemy jednak rozegrać wszystkich scenariuszy. Kontra jest dostępna tylko w kampani No Mercy i Dead Harvest, ale popularność tego trybu bardzo szybko rośnie i twórcy już szykują nowe mapy.
Ładna rzeź.
Grafiką w Left 4 Dead nie zajmuje się żaden nowy, wypasiony silnik. Mamy tu stary, dobry, nie zmieniony Source (Jest nawet, znana z CS Source, możliwośc rozmontowania komputera, sprawdzałem!). Nie uświadczymy tu krajobrazów rodem z Crysisa bo i tak będziemy się zajmować walką, a o podziwianiu rozwalonego miasta nawet nie pomyślimy (poza tym, w grze roi się od zombie więc ze słabą grafiką unikniemy zaciachów i chrupania podczas pierwszej, lepszej walki). Można za to pochwalić fizykę, nie jest to co prawda Euphoria ale na pewno jest o niebo lepsza niż Ragdoll. Zombie potrafią upadać bardzo realistycznie, czasem nie wiemy czy nasz przeciwnik już umarł, czy może tylko się przewrócił. Mimo to, fizyka ta nie jest pozbawiona wad. Kiedyś zdarzyło mi się strzelić shotgunem z pół metra w pięciu zombich, a oni zamiast paść na plecy, podskoczyli pionowo w górę na wysokość dwóch metrów a potem spadli na ziemię.
Design poziomów jest wystarczająco realistyczny i mroczny, a oprawa dźwiękowa dodaje klimatu. Muzyka która pojawia się kiedy słyszymy płacz Wiedźmy, lub dźwięki towarzyszące nadchodzącemu Tankowi, skowyty wrogów. Te elementy ścieżki dźwiękowej są na najwyższym poziomie i przyprawia o szybsze bicie serca.
Prawie jak Skynet.
Jednym z najciekawszych i najbardziej nowatorskich elementów L4D jest AI. Nie kieruje ono działaniami pojedyńczego truposza, ale całą rozgrywką. Dla przykładu, kiedy ocalałym za dobrze idzie, wredne AI wypuszcza na nich armię zombie z tankiem na czele. Sztuczna inteligencja jest naprawdę bezwzględna. Kiedy jakiś gracz za bardzo szarżuje do przodu to tuż za zakrętem czeka na niego Boomer który częstuje go zawartością swojego żołądka i gracz jest już trupem jeśli jego kumple mu nie pomogą. Natomiast, jeśli ktoś trzyma się zbytnio z tyłu to na dachu zaczai się na niego Smoker i chwyta go swoim jęzorem. Komputer potrafi także przekazać pieczę nad postacią komputerowi, kiedy gracz przestaje sterować. Tak więc możemy spokojnie odbierać telefon, bez strachu że nasza grupa będzie na nas czekać lub że zginiemy zanim wrócimy do gry. Left 4 Dead oferuje zdecydowanie najlepsze AI jakie kiedykolwiek pojawiło się w grach.
Left 4 Dead jest chyba najlepszą grą o zombie jaką możemy obecnie dostać na rynku. Mimo iż cena w Polsce wynosi 125zł, to warto zainwestować w ten produkt ponieważ zapewni nam wiele godzin gry i niezapomniany zastrzyk emocji.
Recenzja jednej z starszych gier, miłego czytania. Kolejna rzecz wrzucona na prośbę mojego znajomego Kreeth'a... Autora tejże recenzji.
I tak oto się zaczyna…
Dawno, dawno temu, w miejscu bardzo odległym wcale nie powstało żadne galaktyczne imperium, ani nawet rebelia walcząca z owym mocarstwem. Nie, tam z nieba spadł pewien olbrzymi kamyczek. I nie był to meteoryt, ani spadająca gwiazda. To był kryształ. Kryształ tak niezwykły, że przyspieszył on ewolucję jaszczurek przechodzących obok niego. Nazwano go Sercem Syberis, lub też Smoczym Okruchem. Teraz, po tysiącu lat od jego pojawienia się, trzy cywilizacje walczą o niego. A ich bój będzie naprawdę zaciekły i krwawy… jak na grę RTS przystało.
Tak oto przedstawia się główna fabuła w grze Dragonshard, grze RTS wyprodukowanej przez Liquid Entertainment, a wydanej przez Atari. Chociaż nie jest to strategia zwykła. Posiada ona elementy RPG, a to przecież coś niezwykłego i nieznanego *ziew*. Inną rzeczą, która już od razu wyróżnia tę grę, to fakt iż rozgrywa się ona w świecie Eberronu, który polega pod dobrze nam znane i lubiane Dungeons & Dragons. Co powinno zachęcić fanów do kupna Dragonsharda. Można powiedzieć, że twórcy zrobili z tego tak zwany lep na muchy.
Gdzie trzech się bije tam nikt nie korzysta.
Jak ogólnie przedstawia się gra? Wyjdźmy od podstaw, czyli tła fabularnego. Wszystko dzieje się jakieś tysiąc lat po uderzeniu Serca Sybirys w ziemię. To właśnie wtedy do Eberronu przybywa Zakon Płomienia. Są także Umbrageni (coś a’la Drowy). Te dwie cywilizacje chcą zdobyć moc Serca Syberis. W tym celu walczą nie tylko ze sobą, ale także z obrońcami swoich ziem – Jaszczuroludziami. Każda z tych stron posiada unikalne jednostki. Te z kolei cechują się charakterystycznymi zdolnościami. Są też bohaterowie (czterech dla każdej ze stron) oraz tytani (po jednym dla każdej ze stron; bardo silny i cholernie drogi).
W drodze po Serce Syberis, każda ze stron, w bazie lub kolonii, przywołuje swoje własne jednostki. Zakon Płomienia korzysta z pomocy wojsk charakterystycznych dla „tych dobrych”. To znaczy, że po swojej stronie mają przeróżnych paladynów, nieśmiertelnych strażników (proszę się nie sugerować nazwą, bo potrafią ginąć bardzo szybko), archontów, krasnoludów, stereotypowych łotrzyków (takich z D&D, chociaż przypominają trochę wersję z WoW), a także mechaniczne stwory nazwane kutymi tytanami. Ich tytanem jest Feniks, który podnosi temperaturę na polu bitwy. I to tak bardzo, że jest w stanie spopielić porządny oddział.
Dalej mamy Jaszczuroludzi. Są to rdzenni mieszkańcy Eberronu. Korzystają z pomocy gadów wszelkiej maści. Mamy tu żmije, kameleony, zwykłe jaszczury, smoczki, pterodaktyle i gigantyczne żółwie. Jako tytana używają powolnego i nieco ślamazarnego Smokowca Bojowego, który potrafi taranować wszystko na swojej drodze. I to z przyjemnym, oczywiście nie dla wrogów, skutkiem. A w trakcie jego szarży, ze specjalnych koszy do niego przypiętych, przeciwników ostrzeliwuje czterech (dwóch na każdy bok Smokowca) jasczuroludzi.
Ostatnią stroną konfliktu są Umbrageni. Ci, przypominający drowy, mieszkańcy Khyberis (świata podziemi) są przeciwnikami, którzy wyglądają bardzo jak wszyscy typowi „źli”. W swoich bazach przywołują różne potwory typu latających nietoperzowa tych krwiopijców, mrocznych strażników, którzy wyglądają jak skrzyżowanie smogu z czołgiem, harpie, a także rdzennoumbrageńskich łuczników, pszczelarzy, łowczynie… Jako tytana używają zaś Mrocznego Obserwatora. Chociaż ja nazwałbym go Jucznym Obserwatorem (bo tak wygląda, słowo daję!). Jak na tego typu kreaturę przystało obezwładnia od przeciwników promieniami wystrzeliwanymi ze swoich licznych, dyndających oczu…
Na wojenkę by się szło… Kampanię rozgrywało… Expy zdobywało… Mechanikę poznawało?
Tryb dla jednego gracza jest, moim zdaniem, nieco ubogi. Mamy tutaj kampanię. Wybieramy jedną z dwóch stron (Umbrageni są dostępni tylko na Multi, albo w trybie potyczki) i gramy. Na początku mamy krótkie wprowadzenie do misji. Potem wybieramy jednego z czterech bohaterów i gramy. Pierwsza misja jest stosunkowo prosta. Nie mamy głównej bazy, wojska stopniowo do nas dołączają. Spotykamy jedynie jakąś kolonię. Dopiero przy drugiej misji zaczyna się zabawa. Dostaje pustą bazę tylko dla siebie. Nic, tylko budować. Właśnie.. budowanie. W Dragonshard, rozgrywa się to nieco inaczej niż w „zwykłych” grach tego typu. Dostajemy bazę, a w niej szesnaście działek (takich budowlanych, a nie strzelających do wroga). Klikamy na jedną z nich. Pokazuje nam się kolisty panel z budynkami, do wyboru, do koloru. Gdy postawimy upragnione „coś” możemy w nim trenować żołnierzy charakterystycznych dla tego „czegoś” (na przykład w Zagrodzie ?ółwi trenujemy ?ółwie Bojowe). W środkowym budynku, czyli głównym elemencie bazy, produkujemy natomiast tytanów lub bohaterów.
Warto wspomnieć, że podczas kampanii, nie mamy możliwości budowania wszystkiego od razu. Im dalej w las, tym więcej drzew. Czyli im bliżej ostatniej, siódmej misji, tym więcej możemy budować i produkować. Wszystko można uzyskać chyba podczas szóstej misji. Oczywiście nie powinniśmy gnać do niej, bo możemy sobie złamać nogi. Warto oszczędzać surowce, wykonywać wszystkie zadania poboczne, zwiedzać, starać się nie tracić zbyt wielu jednostek. Dlaczego? Otóż za zadania dostajemy nagrody. A to artefakt, a to dodatkowe jednostki. Po zakończeniu misji przechodzimy do podsumowania. Tam przyznawane są punkty za każde poboczne zadanie, oraz specjalne warunki. Im więcej punktów, tym lepszy medal zyskujemy (brąz, srebro, lub złoto, jak na olimpiadzie). Poza tym za zdobyte punkty możemy kupować artefakty dla naszych bohaterów. Warto więc uzyskać jak najlepszy wynik…
A jak sprawa ma się z tym, co najważniejsze w strategiach? Surowce (a myśleliście, że co, cheaty?) podzielono na trzy: smocze okruchy, złoto oraz doświadczenie. Pierwszy z nich jest w miarę prosty do zdobycia, przynajmniej na początku danej rozgrywki. Na mapie tu i ówdzie znajdują się smocze okruchy, które po prostu trzeba iść i zebrać. Gdy się skończą… no cóż. Albo zaciskamy pasa, albo czekamy, aż nam spadnie z nieba. A dzieje się tak co jakiś czas. Z tak zwanego Kręgu Burz na Eberron co jakiś czas spadają smocze okruchy. Miejsce ich „lądowania” jest przypadkowe. Czasem spadną koło naszej bazy, czasem daleko, a czasem walną naszego bohatera w łeb, nie czyniąc mu przy tym najmniejszej krzywdy. Ze złotem natomiast sprawa ma się trochę inaczej. Najprościej zdobywa je się plądrują podziemny świat Khyberis. Zabijamy potworki, zgarniamy łup, otwieramy skrzynie ze skarbami… i mamy jakoś zapełniony skarbiec. Możemy także czekać, aż uzbieramy odpowiednią sumę z podatków. Za każdy budynek pod naszą kontrolą otrzymujemy jakąś ilość złota na sekundę. Nie jest to dochodowe, jednak może pomóc, gdy ledwo wiążemy koniec z końcem. A doświadczenie? Tu sprawa jest nadzwyczaj prosta. Zabij to, ubij tamto, spal jeszcze trochę tego. Za każdego pokonanego przeciwnika dostajemy określoną liczbę doświadczenia. Mając jakiś zasób każdego z surowców, możemy trochę zaszaleć. Za złoto i okruchy buduje się budynki, produkuje żołnierzy, bohaterów oraz tytana. Bardzo proste i mało zajmujące. Doświadczenia pozbywamy się natomiast awansując naszych kapitanów. Im wyższy poziom, tym więcej obrażeń zadają, są bardziej odporni, a także zdobywają silniejsze zdolności. Jednak tutaj sprawa nieco się komplikuje. Jednakże o tym za chwilę, gdyż prowadzi do bezpośrednio do omówienia mechaniki gry.
A co w trawie piszczy? Cóż, zacznijmy od tego, że jednostki dzielą się na trzy typy: walczące wręcz (łotrzykowie, paladyni, wojownicy, barbarzyńcy etc.), strzelające (łowcy, łucznicy i tak dalej) oraz latające (pterodaktyle, archonty, krwiopijcy; nie mogą zbierać smoczych okruchów, ani niczego co leży na ziemi). Są też różnorakie kategorie tychże. Na przykład taki Ognisty Drak (polskie tłumaczenie „Fire Drake”, przynajmniej w tej wersji gry, którą posiadam) jest latającą jednostką oblężniczą. Są także niszczyciele, łotrzykowie i tak dalej. Każda jednostka, jak już wspomniałem, jest w stanie awansować na wyższy poziom. Na początku wymaga to tylko odpowiedniej ilości doświadczenia. Później potrzebny jest budynek tego samego typu, wybudowany w tej samej dzielnicy (działki w głównej bazie są podzielone na cztery dzielnice, po cztery działki każda). I tak aż do piątego, ostatniego poziomu, który wymaga sporo doświadczenia, oraz całej dzielnicy takich samych budynków. W zamian za braki w różnorodności w danym segmencie otrzymujemy bardzo silne jednostki wyposażone w specjalne zdolności. Jest to, na przykład, wskrzeszenie (u kapłanek), albo okrzyk bojowy (u wojowników jaszczuroludzi). Poza tym, i tu nadchodzi kolejna kwestia systemu, za każdy poziom, zaczynając od drugiego, kapitanowie zyskują możliwość przywołania sobie żołnierzy (maksymalnie czterech na piątym poziomie; wystarczy postawić kapitana pod bazą, a ten zaczyna produkować sobie żołnierzy). Warto wspomnieć, że bohaterowie oraz tytani nie awansują w żaden sposób, oraz nie produkują żołnierzy. Natomiast mury bazy to co innego. Za określoną ilość złota i okruchów możemy sobie ulepszyć obronę. Od pierwszego ulepszenia dostajemy wieże ostrzeliwujące najeźdźców.
Wędrowanie po świecie.
Świat, po którym chodzimy składa się z dwóch płaszczyzn. Pierwszym jest zwykła powierzchnia. To tutaj mamy swoją bazę, smocze okruchy i, zazwyczaj, zadanie do wykonania. O wiele ciekawszym miejscem są podziemia, zwane Khyberis. To tutaj zdobywamy złoto oraz najwięcej doświadczenia. Zazwyczaj można znaleźć tutaj jakieś przydatne artefakty, które można bezlitośnie wykorzystać przeciwko wrogowi. W obu światach można natknąć się na tak zwane miejsca mocy. Jeśli podejdziemy do takiego jakąkolwiek jednostką, wtedy przejmujemy je. W zamian otrzymujemy różnorakie bonusy, na przykład lepsze odporności dla jednostek, zwiększenie obrażeń etc. Jednak należy uważać, bo często o takie miejsca toczy się zacięty bój.
Co natomiast wałęsa się po tym świecie (oprócz nas)? Twórcy umieścili na mapach całą masę stworków. Zarówno na powierzchni, jak i w podziemiach. Są to kreatury znane nam i (nie)lubiane ze świata D&D. Począwszy od Minotaurów, poprzez yuan-ti, galaretowate sześciany, nieumartych, golemach, driderach, obserwatorach, Illitidach, a na Marilithach kończąc. Większość z tych „starych znajomych” będzie chciała nas zabić. No, ale cóż. Nie można mieć wszystkiego. Poza tym za ich zabicie dostajemy złoto i doświadczenie, więc nie ma co narzekać. Oczywiście życzę powodzenia w zabijaniu kilku Marilithów i jednoczesnym bronieniu bazy przed główną armią wroga…
We wszystkim pomagają nam się ogarnąć mini mapa (a raczej dwie mini mapy, jedna dla powierzchni, druga dla podziemi), na której zaznaczone jest niemal wszystko: złoto, miejsca mocy, okruchy, wróg; oraz ekran królewski. Ten drugi jest czymś w rodzaju tabeli. Za jego pomocą widzimy jak dobrze wytrenowanych mamy kapitanów. Są tam też pokazane i opisane wszystkie zdolności twoich jednostek (nawet tych, których nie masz), a także i jednostek innych nacji.
A ja pokonam moich kolegów, a ty nie!
Multiplayer. Powiem szczerze: nie grałem. Próbowałem jedynie trybu potyczki. Jest to niemal to samo. Komputerowi przeciwnicy nie są tak bardzo wymagający. Dla poziomu trudności łatwego i średniego starczył mi jeden ognisty drak, pterodaktyl i bohater, żeby go całkowicie zniszczyć. I to w krótkim czasie. Jednak nie jest to aż tak wielki problem. Można przeboleć. To w końcu tylko sztuczna inteligencja. Mapy dołączone do gry (a jest ich trochę mało) są całkiem dobrze zrobione. Zarówno podziemia jak i powierzchnia. Tu i ówdzie walają się okruchy, miejsca mocy, potwory do zabicia. Tylko szkoda, że mapa na Multi jest odkryta. Oczywiście jest tradycyjna Mgła Wojny, jednakże widać na niej wszystko. To, co w podziemiach, to, co na powierzchni. Nie ma już zabawy z szukaniem wroga. Widać wszystkie bazy i kolonie. Oczywiście bez koloru gracza, na początku widać je jako niezajęte. Jednak chyba każdy gracz jest w stanie domyśleć się, że to miejsce na drugim końcu planszy to baza przeciwnika. Trochę to irytujące…
Uczta dla oczu, uszu i mózgu… ale czy aby na pewno?
Grafika, muszę przyznać, nie powala aż tak bardzo, jednak stoi na dość wysokim poziomie. Efekty wizualne są dobrze zrobione, chociaż niektóre modele (na przykład Czerwonego Kła) mogły być lepsze, podobnie jak ich animacja. Tutaj nie mam większych zastrzeżeń. Natomiast dźwięk to inna sprawa. Odgłosy są w miarę przyzwoite, muzyka trochę gorsza, ale trzyma poziom. Najgorzej jest z podkładaniem głosów, jednak jakiś tam poziom to trzyma. Nie powala, ale i nie przeszkadza.
Jako, że nic nie jest idealne i tutaj można się do czegoś doczepić. Na przykład limit kapitanów. Średnio limitem jest dwadzieścia takich jednostek (za każdy budynek produkujący kapitana limit zwiększa się o jeden, a przecież trzeba wzmacniać ich monumentami, prawda?). Może to nie jest aż tak mało, biorąc pod uwagę ich żołnierzy, jednak chciało by się więcej. Kolejną rzeczą, która mnie irytuje jest fakt, że nie ma kampanii Umbragenów. Są oni dostępni tylko przy potyczce i grze wieloosobowej. To trochę niesprawiedliwe. Kolejnym błędem jest też tendencja gry do przycinania się. Nie wiem jak u innych, ale u mnie tnie się zawsze przy rozgrywaniu szóstej misji kampanii jaszczuroludzi. Nawet nie mogę gry wczytać (a zapisałem pod koniec tej misji), bo gra padła przy zapisywaniu. Podczas gry na innym mapach także zdarza się jej podobny problem. Ostatnia irytująca mnie rzecz to mało map multiplayerowych. Oczywiście, mogło być gorzej, jednakże przy takiej ilości aż prosi się, żeby był losowy kreator map. Przy takiej grze jest to trudne do umieszczenia, ale jednak szkoda, że czegoś takiego nie ma.
Ogólnie gra zrobiła na mnie w miarę pozytywne wrażenie. Nie ma tu zbyt wielu elementów RPG, D&D też trochę mało. Jednak to nie przeszkadza. Maszynerię w świecie fantasy też można przeboleć (mi się pomysł podoba, bo przypomina mi Arcanum). Gra zasługuje na zapoznanie się z nią. Nie powala, jednak jest bardzo dobra. Nie idealna, oczywiście, jednak naprawdę warto. Może nie zapadnie w pamięć (chyba i tak nie jest zbyt znana), ale dostarczy jakiejś rozrywki, chociaż na krótki czas.
Ocena: 7.5/10
_________________
"Osoby używające więcej niż 3 wykrzykników lub pytajników to osoby z zaburzeniami własnej osobowości" - Terry Pratchett
Rosyjscy naukowcy przeprowadzili badania, z których wynika, że 100% żyjących ludzi jest narażonych na śmierć.
"Takie rzeczy odkrywa się czytając dobrze sobie znane mangi. Polskie skanlacje odkrywają drugie dno tekstu!" - Cesarz
Medieval shop TV!
Już dziś zakup poręczny zestaw małego inkwizytora!
W skład zestawu wchodzą:
1. Narzędzia tortur
2. Przenośny stos*
3. Projekt jednego z wybranych narzędzi tortur
4. Książka Roderyka Rompfha "Polowanie na Czarownice"
* - w skład wchodzi jedynie drewniana belka i lina
Nie przegap okazji! Już dziś możesz mieć to wszystko za jedyne 666.00$! To nie są żarty! Nasze produkty posiadają atest Świętego Oficjum!
Zadzwoń! 666 - 00 - 00 (koszt połączenia to jedyne 20$ za 3 sekundy + vat)
Pumo bardzo fajna recka. Przeczytałem ją szybciej niż się tego spodziewałem. Naprawdę miło mi się czytało i porównywałem ją lekko do niedawno przeczytanej recenzji tejże gry w magazynie PSX Extreme. Co prawda w tym czasopiśmie redaktorzy robią sobie żarty co zdanie i czytanie recenzji jest równoważne z chichraniem się co chwila to jednak bardzo im ufam i jak już piszą coś na poważnie to łatwo jest się połapać co i jak. I tak porównując twoją reckę do nich to napisałeś w sumie wszystko tak sprawnie jak oni . Jedynie co to właśnie że redaktorzy tego czasopisma potrafią naprawdę nieźle rozbawić i w ich recenzjach jest taki...klimat . Tutaj od razu zawiewało mi wersją PCtową gry, ale nie szkodzi. Napisałeś wszystko co się w recenzji powinno znaleźć i ogólnie wyszło bardzo fajnie. Oceny nie wystawiam z oczywistych powodów.
A Darmor...recenzji Kertha nawet nie czytam bo nie znam gry i mało mnie interesuje.
"No mercy" - już wiemy skąd Ado'o bierze te teksty XD, chyba za dużo się nagrał w L4D i zaczął na użytkownikach się bawić XD. ?art. No Pumo, też bardzo dobra recenzja . Nie grałem w tą grę i raczej nie zagram, bo później... a nieważne XD. Wszystko dobrze napisane . Dam ci ocenę... a masz 10/10!
Darmor, tego co twój kolega napisał nie mam zamiaru czytać, bo to nie twoje - jakby było twoje to bym przeczytał .
Oto moja recenzja gry "Władca Pierścieni: Podbój". Gdy tylko będe mógł wstawie screeny...
Pandemic stanęli na wysokości zadania! Kiedy siedzę przed monitorem i patrzę na ich dzieło czuje się jak bym trafił w sam środek Śródziemia… i to nie ruszając się z fotela.
Kiedyś jeszcze w szkole podstawowej, nauczycielka języka polskiego ogłosiła iż naszą najbliższą lekturą będzie „Hobbit”. Początkowo byłem co do niego nastawiony sceptycznie… Jednak gdy skończyłem pierwszy rozdział poczułem że to mnie kręci. Dziś jestem fanem twórczości J.R.R. Tolkiena. Nie ja jeden. Czyś Amerykanin z Nowego Jorku, czy Polak z Suwałk. O Tolkienie słyszał każdy, a sam autor „Hobbita” i „Władcy Pierścieni” ma wielu fanów. I to do niech skierowany jest „Podbój”.
Wejdź do gry…
Gra „Władca Pierścieni: Podbój” przenosi nas oczywiście w samo serce Wojny o Pierścień. Grając trafiamy w miejsca znane z książki i filmowej trylogii. Mamy tu Helmowy Jar, Minas Tirith, Osgiliath, Czarną Bramę czy Hobbiton i wiele innych lokacji opisanych przez Tolkiena, ale trafiamy też do Kuźni Przeznaczenia w której Sauron wykuł Jedyny Pierścień lub siedlisko zła w Minas Morgul.
Sterowanie w grze jest dość proste. Wystarczy klawiatur i mysz, bez żadnych udziwnień (czyt.: padów). Klawiszami myszy wykonujemy ataki, które wraz z klawiszem „SHIFT” tworzą zabójczą kombinację. Bo przecież w „Podboju” chodzi o to by wykonywać zadania typu zajmij pozycję (pozbywając się przy okazji tylu wrogów ilu się da), utrzymaj tę pozycję (załatw jeszcze więcej wrogów), rozwal wszystko dookoła. Klawisz „CTRL” daje możliwość wykonywania uników , „F” to specjalna umiejętność danej klasy. Po polu bitwy poruszamy się jak w FPS, czyli klawiszami WASD.
Ocal Śródziemie lub je zniszcz…
W samej rozgrywce mamy do wyboru jedną z czterech grywanych klas. Możemy wybrać czy będziemy sterować potężnym wojownikiem, który wymachuje mieczem, sokolookim łucznikiem, który jest znakomitym wsparciem ogniowym dla wojowników, nieuchwytnym zwiadowcom, którego sztylet może w każdej chwili przebić wroga na wylot, czy też mistrzem sztuk magicznym i medykiem, czyli magiem.
Dla obu stron barykady klasy są identyczne, więc potyczki w „Podboju” są zawsze bardzo wyrównane.
Bądź bohaterem…
W czasie potyczki gracz może wcielić się także w jednego z bohaterów Śródziemna. Dziej się tak zazwyczaj wtedy, gdy musimy się zmierzyć z którymś z bossów. Po obu stronach konfliktu możemy się wcielić w tak znamienite postaci jak Gandalf, Aragorn, Frodo, Isildur, Saruman, Sauron, Król Upiorów, Balrog i wielu innych. Bohater taki dysponuje zazwyczaj znacznie potężniejszymi ciosami niż zwykle oraz znacznie więcej punktów życia.
No to wio!
W trakcie rozgrywki, w niektórych lokacjach, pojawią się także wierzchowce, na których grzbietach można szybko pokonywać spore odległości. Wystarczy jedno kliknięcie by wskoczyć na konia lub warga. Niestety taki sposób podróżowania ma jedną wadę, która może się dla nas zakończyć śmiertelnie. Jeden celny strzał z łuku wystarczy aby jeździec natychmiast zleciał z konia tracąc przy okazji mnóstwo HP.
Wyjątkiem od tej reguły jest jazda na monstrualnym olifancie. Jedynym sposobem aby spaść z jego grzbietu jest zabicie bestii.
Oprócz jazdy wierzchem gracz może także wcielić się w jednego z olbrzymów Śródziemna. Chodzi tu oczywiście o Entów po stronie dobra, oraz trolle po stronie zła. Obie te rasy są idealne do niszczenia konstrukcji takich jak wieże oblężnicze czy katapulty. Taki olbrzym potrafi też chwycić jedną z mniejszych postaci i cisnąć nią o ścianę co natychmiast odbiera delikwentowi wszystkie punkty życia.
Singel…
Gra oferuje dwa tryb rozgrywki. Tryb dla jednego gracza jest bardzo krótki i stanowi swoisty dodatek do multiplayera.
W trybie singel mamy do dyspozycji trening, który przenosi nas w czasy Ostatniego Przymierza u schyłku Drugiej Ery, gdzie zaraz po przećwiczeniu ruchów i umiejętności u wszystkich grywanych klas wcielamy się w Isildura, aby wysłać Saurona na wygnanie.
Zaraz potem mamy Wojnę o Pierścień i Narodziny potęgi Saurona. Pierwszy tryb to wydarzenia znane z książki i filmu Petera Jacksona. Musimy poprowadzić wszystko tak aby Władca Ciemności pod koniec wąchał kwiatki od spodu.
Narodziny potęgi Saurona to alternatywne zakończenie wojny o Pierścień. Hobbit Frodo Baggins przywłaszcza sobie Jedyny Pierścień, po czym odbiera mu go Sauron. Chodzi po prostu o to aby pomóc siłom ciemności podbić Śródziemie.
Ostatnia w trybie dla jednego gracza „Szybka Bitwa” gdzie dostępne są cztery tryby zwycięstwa: oparty na zajmowaniu baz, tytułowy "podbój"; pojedynek drużyn, pojedynek bohaterów i wojna o pierścień. Rozgrywka odbywa się na jednej z trzynastu dostępnych w grze map.
…i Muti.
Tryb wieloosobowy to właściwie element dla którego powstał „Podbój”. Wybieramy jeden z pośród dostępnych serwerów, wybieramy stronę po której będziemy grać, klasę gracza i zaczynamy grę w jednym z wyżej wymienionych trybów i lokacji.
Najlepsi gracze z obu stron otrzymują możliwość wcielenia się podczas starcia w bohatera, więc naprawdę warto się starać.
Bez fajerwerków…
…graficznych. „Władca Pierścieni: Podbój” ma raczej zaspokoić gracza jeśli chodzi o grywalność. Jeśli chodzi o fajerwerki graficzne to od tego jest Crysis. Gra bazuje na silniku „Star Wars: Battlefront” i raczej nie zapewni nam powodów do zachwytu. Z oprawy graficznej najbardziej podobają mi się częste przerywniki filmowe, które zostały nagrane w silniku gry oraz wycięte z filmu Jacksona. Sama gra jest bardzo płynna, dzięki czemu wszystkie potyczki są szybkie, łatwe i przyjemne.
Tam-tam-tam Ta-ta-tam…
Jednak w całej grze najlepsza jest muzyka. Nic dziwnego. W końcu twórcy gry zdecydowali się na umieszczenie w grze ścieżki dźwiękowej autorstwa Howarda Shore’a, która została nagrodzona Oscarem, i jest znana każdemu kto widział film. Największym mankamentem w oprawie dźwiękowej jest fakt iż w niektórych sytuacjach muzyka staje się mało nastrojowa. To jednak „pikuś”. Z całej gry właśnie oprawa dźwiękowa jest najlepsza.
Mój ssskarbie…
Podsumowując. Władca Pierścieni: Podbój to porządna gra przy której miłośnicy prozy Tolkiena na pewno spędzą długie zimowe wieczory. Gra ma średni tryb dla jednego gracza, oferujący około pięciu godzin rozrywki. Istotą gry jest zabawa w sieci, co dla niektórych na pewno bardzo się spodoba. Niestety, niektórych graczy może odstraszyć wygórowana cena, bo jak na grę komputerową 140 złotych to wcale nie mało…
Czas na mnie. Napisałem tę recenzję w godzinkę Dotyczy gry Jade Empire.
Na dalekim wschodzie źle się dzieje. Duchy są niespokojne, demony szaleją, a sam cesarz zachowuje się jak opętany. Kto temu zaradzi? No właśnie, kto?
Akcja gry rozpoczyna się w szkole. Ale nie takiej współczesnej, o nie! Założę się, że wiele uczniów chciałoby tam chodzić. W końcu sztuki walki to nie przelewki. To, co rozpoczyna się jako zwykły dzień w szkole, ściąga na siebie lawinę ważnych wydarzeń. Okazuje się, że jesteśmy ostatnimi ze swojego ludu, że nasz bóg jest martwy, że Zabójcy Lotosu (nasz główny wróg) robią się coraz bardziej perfidni, że cesarz... Ale skończę już z tym, bo fabuła naprawdę jest w tej grze świetna. Po pierwsze, utożsamiamy się z postaciami. Nie tylko z tymi głównymi, ale nawet z trzecioplanowymi! Takie coś może się udać tylko mistrzom z BioWare. Jeżeli nazwa tej firmy nic wam nie mówi, to znaczy, że niezbyt znacie cRPG... W takim razie Jade Empire będzie naprawdę dobrą pozycją dla was. Ta gra nie jest zbyt skomplikowana, można ją traktować jako przymiarkę do tego gatunku. Jednak dla tych, którzy spędzali noce przy KotORze, Gothicu czy Neverwinter Nights, Jade Empire również będzie atrakcyjne.
Dlaczego? Na to pytanie przy recenzjach często trudno odpowiedzieć. Jadeitowe Cesarstwo może się poszczycić niesamowitym wprost klimatem. Co prawda są ludzie, którym nie przypadł ten produkt całkowicie, jednak dla mnie ta otoczka jest jednym z najważniejszych plusów.
Kogo wybierzesz?
Po włączeniu „Nowej gry” pojawia się ekran, na którym wybieramy naszą postać. Tych jest siedem, podzieleni są na cztery typy: szybki, zrównoważony, silny oraz uczony. Gdy przechodziłem grę po raz pierwszy, wybrałem Wściekłego Minga, który należy do grupy „szybkiej”. Grało się nim w sumie łatwo, jednak – podczas naszej pierwszej wędrówki po tym bajkowym świecie – lepiej wybrać styl zrównoważony, więc albo Wu Kwiat Lotosu, albo Geniusza Lu.
Na tym samym ekranie wybrać można poziom trudności. Do wyboru są cztery, jednak ostatni trzeba odblokować. „Uczeń” jest dla tych, którzy chcą iść na łatwiznę i nawet pomniejszych bossów załatwiać za pomocą paru ciachnięć mieczem. „Mistrz” jest odpowiednikiem normalnego. „Wielki mistrz” nie jest wcale taki trudny, ale na początek lepiej go nie wybierać – chociaż poziom trudności można zmienić w każdym momencie, nawet podczas walki! Ostatni poziom trudności – „Jadeitowy Mistrz” jest naprawdę ciężki. Dostęp do niego mamy dopiero po jednokrotnym przejściu gry na obojętnie jakim poziomie trudności. Wtedy zaczynamy grę od nowa, ale zachowujemy wszystkie style i techniki, jakie mieliśmy w poprzedniej rozgrywce. Czasem wychodzą z tego głupoty, na przykład mamy miecz i mamy po niego iść. Wtedy jednak można poznać ten sam świat od zupełnie innej strony.
O jakich stronach mówię? Oczywiście: dobro/zło. W Jade Empire dostępne są dwie ścieżki: otwartej dłoni lub zaciśniętej pięści. Łatwo się domyślić, która ścieżka pasuje do Jasnej, a która do Ciemnej Strony Mocy. Jeśli graliście w KotORa, na pewno odnajdziecie się w tym systemie. Jeśli nie – poznacie i z pewnością polubicie. W miarę postępów w fabule, będziesz zbliżać się do jakiejś z tych ścieżek. Zależeć to będzie od tego, jak poprowadzimy rozmowę, a także od naszych czynów.
Jadeitowe Cesarstwo jest...
Czas przejść do gameplaya. Nie muszę chyba mówić, że grę rozgrywamy widząc plecy naszej postaci. Podczas rozmów kamera przełącza się na twarz naszego rozmówcy i naszą. Same dialogi są świetne, już podczas pierwszej rozmowy można uchwycić troszkę humoru. Zazwyczaj mamy parę opcji do wyboru. Od tego, jak poprowadzimy rozmowę zależeć będzie też, czy przyjmiemy jakieś zadanie, czy sobie je utrudnimy. No i to, czy zbliżymy się do ścieżki Otwartej Dłoni czy Zaciśniętej Pięści. Nawet jeśli będziemy próbować utrzymywać neutralność, to i tak nie będzie z tego żadnych korzyści…
Wspomniałem o zadaniach. Jest ich wiele, są różnej długości. Zadań pobocznych jest cała masa, choć ich wykonanie nie jest potrzebne, radzę to robić, bo naprawdę warto. Nie tylko dla srebra, które jest naszą walutą, ale także dla punktów doświadczenia, bo to na nich opiera się cała nasza postać.
Teraz przydzielę punkcik do...
Jeśli nie będziemy awansować, nasza postać zginie nim zdążymy powiedzieć „Chodźcie tu łotry!” Opiera się to na tylko trzech atrybutach: Ciało, Duch oraz Umysł, a te odpowiadają za ilość (kolejno): zdrowia, energii Chi oraz skupienia. O nich za chwilę. Oprócz tego, w dialogach mamy możliwość wpływania na umysły – w KotORze była perswazja, tu określają nas trzy cechy: urok, intuicja i zastraszanie.
Zadania poboczne warto także wykonywać dla specjalnych technik, które podwyższą nam niektóre statystyki. Tych też jest sporo, i są różne. Oprócz tego, po wykonaniu zadania z pierwszego rozdziału, dostaniemy do dyspozycji Amulet Dusz, naszą własność. W tej chwili będzie to tylko pierwsza część owego amuletu, jednak w miarę postępów w fabule zdobędziemy kolejne dwie części. Po co nam on? Po całym cesarstwie porozrzucane są klejnoty, które umieszczone w amulecie dają nam specjalne premię. Tych klejnotów jest cała masa i jeszcze trochę, ale miejsca na nie jest mało. Trzy, pięć lub siedem, zależy od tego, ile części zdobyliśmy.
Wspomniałem o trzech atrybutach: zdrowie, Chi i skupienie. To pierwsze jest wszystkim znane, jednak z drugim i trzecim pojawiają się problemy. Energię Chi wykorzystujemy do leczenia, niektórych stylów (o nich też za chwilę) oraz do wzmocnionych uderzeń. Skupienie potrzebne jest nam do walki bronią białą i do szybszego poruszania się – bullet time’u.
Style
Można je podzielić na kilka grup: walka bronią białą, walka wręcz, style pomocnicze, transformacji oraz magiczne. Wszyscy wiemy co to jest broń biała: style te zadają spore obrażenia, jednak do ich używania potrzebne jest skupienie. Na początku gry, będzie nam go brakować, ale później będziemy mieć wystarczająco dużo, by się o to nie martwić. Walka wręcz jest bardzo przydatna i bardzo efektowna. Nie zużywa żadnej z energii, przez co można korzystać z niej zawsze. Problem w tym, że zadaje małe lub średnie obrażenia. Style pomocnicze... Prawie w ogóle z nich nie korzystałem. Przydatny jest tylko „Smok Burzy”, który paraliżuje przeciwnika. Reszta jest mało przydatna. Transformacja polega na zmienianiu się w różne istoty tamtego świata: od ?abiego Demona do Czerwonego Ministra. Magiczne polegają na atakowaniu na odległość. Nie są zbyt przydatne, jednak po pełnym zupgradowaniu zadają sensowne obrażenia i zużywają mniej Chi. Jednak jest to nieopłacalne. No i są też style specjalne: Mirabelle (sztucer, który można wygrać po wykonaniu śmiesznego zadania) oraz Złodziej Ducha – bardzo przydatny, gdyż wysysa z przeciwnika Chi; nie zadaje jednak żadnych obrażeń. No i Pijany Mistrz.
Wspomniałem o ulepszaniu stylów. Polega to na tym, że po awansie dostajemy trochę punktów, które możemy wydać na upgrade broni. Warto skupić się na jednym z każdego rodzaju.
Towarzysze?
Podczas przechodzenia gry napotkamy na ludzi, którzy chętnie lub niechętnie przyłączą się do nas. Niestety, naraz możemy mieć w drużynie tylko jednego... Trudno. Do towarzyszy należą zarówno kobiety jak i mężczyźni. Jedni więksi, drudzy mniejsi. Jednak to, kto do nas dołączy, zależy od obranej przez nas ścieżki. Grając jako dobry, nie będziemy mieć dwóch, a jako zły – powinniśmy mieć wszystkich. Historia kompanów jest nierzadko barwna i ciekawa. Taki Czarny Wicher – 2,5 metra wzrostu, był Mistrzem Cesarskiem Areny. Jego opowiadania są niesamowicie głupie, ale i strasznie zabawne. Na przykład, kiedyś został najęty do dwóch wrogich klanów, walczyły one o kobietę. Olbrzym – niezbyt inteligentny – przeciął ją na pół i dał każdemu po połowie. Później klany się połączyły, a ten wybił oba do nogi.
Niezbyt to prawdziwe, bo on i pozostali towarzysze w walce sprawdzają się słabo. Owszem, raz zdarzyło się, że uratował mi tyłek, ale tylko raz. Skoro już przy towarzyszach jesteśmy, możliwe są romanse. Gdy gramy mężczyzną, możliwe są trzy (w czym jeden homoseksualny!), a kobietą tylko jeden.
Oprawa?
Grafika jest bardzo dobra. Mimo, że jest to gra sprzed dwóch, trzech lat (zależy od platformy), to nadal wszystko jest ładne. Design potworów i lokacji wymiata większość cRPGów. Na ten przykład: Posłaniec Cierpienia jest tu dwugłowym bykiem, Koń Demon to zgarbiony koń z płonącym irokezem, a Kaniballe to malutkie skurczybyki a’la Grim Fandango. Lokacje są prześliczne, przykładem niech będą Niebiosa (które można zamienić w Piekło ). Postacie też są niezgorsze.
Dźwięk za to jest genialny. Muzyka oszałamia, genialnie pasuje do klimatu panującego w tym świecie. Głosy postaci są bardzo dobre, niektóre z nich są nagrane w jakiejś starochińskiej mowie nazwanej „Tho Fan”. Ogólnie oprawa jest świetna.
Słowo na niedzielę.
Jade Empire to naprawdę dobra gra. W sumie, to nie wiem, co mam jej narzucić… Długość rozgrywki? Ponad dwadzieścia godzin to niemało. Jeśli już to oprawa graficzna, która i tak jest ładna... Naprawdę nie wiem. Sądzę, że ocena „9+” jest dla tej gry idealna. Rzadko kiedy trafia się tak rozbudowana fabularnie, a tak prosta w obsłudze gra RPG. No i ta cena Grę można kupić za 20 zł. Ja miałem takie szczęście, że wyczaiłem edycję premierową (oprócz gry soundtrack, plakat, poradnik i instrukcja) za dyszkę. Wniosek z recenzji? Kupujcie, bo warto.
_________________ Robię jakiś komiks. Życzcie mi powodzenia, po roku ich nie robienia nie pamiętam nawet jak się steruje kamerą
Przykro mi ale ocenię tylko dwie recenzję (recenzja recenzji XD ), Puma i Ado'o.
Ado'o: Recka bardzo mi się spodobała. Każdemu ważnemu aspektowi gry poświęciłeś oddzielny "temat" do którego dodany jest obrazek, ale tylko niektóre pasują do tematu. Zacząłeś bardzo dobrze bo od przedstawienia głównego bohatera. Nie będę się rozpisywał ale powiem ci jeszcze że znalazłem parę błędów językowych. No i mam zastrzeżenie do oceny. Nie grałem w całość (tylko początek) ale uważam że GTA 4 zasługuje na 9+/10. Podsumowując:
G - 0
D - 0
C - 9 XD
A tak na serio to za reckę masz 9/10
Pumo: Tu jest trochę gorzej. W jednym temacie napchałeś pukawki, postacie, rozdziały i trochę o zombiakach. Według mnie powinno to być oddzielnie. Ale pomijając to recenzja zachęca do kupna. Nawet fajnie zrobiłeś robiąc oddzielną grafikę poświęconą rodzajami zombie. Podobnie jak Ado'o dodałeś screeny z gry a to plus. Ostatecznie daje ci za to 9/10 jak u Ado'o.
PS.Błagam nie róbcie jakiś tam znaczków, certyfikatów i innych orderów bo to jest żenujące. Rozumiem jakbyście pisali naprawdę dużo recenzji ale jak tylko tak jedna recka to to jest nawet żenujące. Ale oczywiście nie zabraniam wam tego .
Producent: EA Los Angeles
Wydawca: EA Games
Data wydania: 6 grudnia 2004
Gatunek: RTS
Kategorie wiekowe: 12+
Wymagania: 1.3 GHz CPU, 256 MB RAM, 4 GB wolnego na dysku twardym, GPU 32 MB
Słowem wstępu...
Gra dzieje się w świecie J.R.R. Tolkiena. Podczas rozgrywki mamy do wyboru stronę dobra, czyli Gondor lub Rohan, oraz stronę zła: Mordor lub Isengard. Gra dzieli się na tryb kampanii, oraz tryb potyczki.
Menu Główne
Menu główne przedstawia Fortecę Mordoru. Widzimy ją powoli od dołu do góry. Została ona bardzo dobrze odtworzona, a zwłaszcza Oko Saurona na jej szczycie.
Grafika i dźwięk
Grafika stoi na całkiem dobrym poziomie. Najlepsze są efekty specjalne, jak np. tratowanie jednostek piechoty przez kawalerię, ale także moce bohaterów, jak np. Gandalf, który powala otaczających go wrogów. Wygląd budynków jest bardzo dobry, zaś miejsca są świetnie odtworzone, jak np. Isengard, czy Helmowy Jar. Jednostki poruszajace się w batalionach (tu: ok. 5-8 żołnierzy) również zostały świetnie przeniesione do gry. Gdy idę wielką armią uruków na rohański zamek, czuję się jak Saruman, który obserwuje całą bitwę ze swojego Palantiru i wydaje rozkazy, których wszyscy muszą słuchać. Twórcy nie zapomnieli o różnych animacjach dodających klimatu rozgrywce, jak np. uderzanie pikami o ziemię, tuż przed rozpoczęciem bitwy o Helmowy Jar. Nie można zapomnieć o wyglądzie ogólnego terenu gry, który jest zrobiony całkiem nieźle. Jeśli chodzi o dźwięk... Muzyki praktycznie się nie słyszy. Jednak triumfalna muzyczka po zwycięstwie również nieźle wpływa na klimat gry. Innym dźwiękom, jak np. pieśń bojowa, też nie można nic złego zarzucić.
Kampania
Kampania dzieli się na dobrą (Gondor i Rohan) i złą (Mordor i Isengard). Uważam, że twórcy zrobili naprawdę fajną rzecz - nie dość, że kampania jest w postaci mapy, możemy wybierać tereny jakie chcemy obronić/zdobyć, a do niektórych etapów pojawiają to jeszcze za każdą zakończoną sukcesem kampanię dostajemy jakieś premie, przydające się w następnych rozgrywkach poczynając od dodatkowych punktów dowodzenia (limitu populacji), przez punkty mocy do mnożnika zasobów. Ponadto, gracz nie odczuwa rozczarowania, że w poprzedniej misji stworzył potężną armię, a teraz ma do dyspozycji zaledwie kilka żołnierzy - wszystkie siły, wraz ze wszystkimi ulepszeniami i poziomami jednostek są przenoszone dalej.
Jedyne co mogę zarzucić kampanii, to taki dziwny klimat. Są napisane cele obowiązkowe i dodatkowe. Panuje tam taka dziwna "cisza"... Jeszcze też większość scenariuszy ma w większości jeden cel główny: Zniszcz wszystkie siły wroga. Poza tym, wszystko wydaje się być w porządku.
Tryb potyczki
Najoczywistsza część całej gry. Za każdym razem będzie tak, że Ty i przeciwnik zaczynacie od zera. Wygra ten, kto szybciej się rozwinie. Ten tryb ma jedną wielką zaletę: Każde zwycięstwo jest zapamiętywane. Mapy dostają odznaczenie, na jakim poziomie udało Ci się ukończyć na niej grę. Ponadto w profilu potyczki masz ogólne podsumowanie wszystkich Twoich rozegranych gier. Za każde zwycięstwo dostajemy punkty - z graczem na łatwym poziomie 1, średnim 2 a na trudnym 3. Wraz z poziomami dostajesz rangi. Np. poziom I w kategorii dobrej to wieśniak. Drugi poziom jest inny i wyższy. Ogólnie uważam, że twórcy dobrze opracowali "zwykłą rozgrywkę".
PODSUMOWANIE:
Na zakończenie tej krótkiej recenzji, chciałbym powiedzieć, że polecam tą grę dla wszystkich fanów Tolkiena. A teraz zrobię małe podsumowanie:
Plusy:
+ Dobre odtworzenie lokacji.
+ Rozbudowany tryb potyczki.
+ Rozbudowany tryb kampanii.
Minusy:
- Nieprzetłumaczone teksty (Tj. dialogi są przetłumaczone napisami, lecz chodzi mi o gadki przy poruszaniu się.
- Zadania w kampanii powtarzają się.
- Czasami w kampanii jest taki klimat, że nie wiadomo o co chodzi.
OCENA GRY: 8+/10
Recenzja napisana przeze mnie dla gothickomiksy.mojeforum.net. Zakazuje się rozpowszechniania jej lub jej części bez zgody autora.
Eregrin... Gdybym nie grał w Bitwę o Śródziemie, po tej recenzji wiedziałbym niewiele więcej. Jest rzeczywiście bardzo krótka, przeczytałem ją w pięć minut Masz za recenzję 6/10 - ale to trochę dziwne, ocenianie recenzji XD
_________________ Robię jakiś komiks. Życzcie mi powodzenia, po roku ich nie robienia nie pamiętam nawet jak się steruje kamerą
Chciałbym zwrócić uwagę, że przez Wasze recenzje każdy olewa recenzje Visora. Ja ocenię tylko Jego gdyż to Jego temat.
Tej pierwszej gry nie znam, ale NFS opisałeś tak jakbyś grał w nią jednocześnie pisząc. Wszystko dobrze opisane, a napisy tłustym drukiem (nie pamiętam jak to się nazywa) rodem z recenzji gazetowych. 8/10.
Akcja filmu dzieje się w alternatywnej rzeczywistości gdzie superbohaterowie naprawdę istnieją, lecz zostali pozbawieni "prawa od wykonywania zawodu"
W 1985 roku zostaje zamordowany "Komediant", i o to w całym filmie się rozchodzi.
Film cechuje szczególnie ciężki / gęsty klimat, przez co film wygląda jak ruchomy komiks. Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie, co można zobaczyć już w pierwszych ujęciach
Bohaterowie są świetni , role zostały zagrane kapitalnie Szczególnie rola Roschacka , który mimo że jest bohaterem pozytywnym to jest większym psycholem niż niejeden morderca z kiepskich horrorów .
Film jest brutalny , krwawy , nierzadko widać tryskającą krew (milutka scena łamania chińczykowi ręki) , nie brakuje też nagości (scena seksu jest całkiem niezła ).
Ten film to jest DRAMAT , i chociaż jego bohaterami są ludzie w zabawnych kostiumach to jest to dramat, na dodatek bardzo ciężki dramat .
Historia jest poważna , nie jest to film o ściąganiu przez frajerów w gaciach kotków z drzew
Plusy +
+To Watchmen!
+Aktorstwo
+Sceny walki
+Brutalność
+Nie nudzi nawet przez chwilę choć długi (160 min)
+Świetna muzyka
+Klimat
+Nawiązania do prawdziwych wydarzeń (Wojna w wietnamie itd)
(Na marginesie)+ scena seksu
Minusy -
-Zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu
-Czasami niewolnicze trzymanie się komiksu
Cóż...Konq ogólnie mini-recka nie jest zła bo mimo tego iż jest krótka bardzo treściwa. Jednak...jest zbyt krótka, mało się z niej dowiedziałem o samej fabule, o aktorach i bohaterach, nad każdym z tych aspektów powinieneś poświęcić nieco więcej znaków niż w rzeczywistości poświęciłeś. Ogólnie nie jest źle, ale następną reckę bardziej rozbuduj.
Pora z reaktywować temat. Wrzucę dwie starsze recenzje - tym razem filmów. Niedługo postaram się wrzucić jakieś inne.
.:Ja Robot:.
Produkcja : USA
Gatunek : Thiller Science fiction
Data Premiery : 16.07.2004
Reżyser : Alex Proyas
Scenariusz : Akiva Goldsman
Wykonanie : Will Smith
Często zdarza mi się być na "głodzie filmowym". Zalewany wieloma filmami w stylu "Jeden Rozpierdzielator vs 10.000 talibów" zacząłem poszukiwać filmu, który przyciągnąłby mnie do siebie czymś innym niż ilością krwi do, której stworzenia zużyto pewnie tysiące butelek ketchupu. Jeśli to był Helmans nie mam nic przeciwko bo ten ketchup jest najgorszym jaki jadłem, ale skupmy się na filmach.
W końcu z wielkich nudów sięgnąłem po archiwalny numer CD-Action. Znalazłem w nim krótki artykuł o robotach, którego nawet nie czytałem ponieważ moją uwagę przykuła małą żółta rameczka. Opisany w niej był film pod tytułem "Ja Robot". Jakie był moje wrażenia po zaatakowaniu pobliskiej wypożyczalni z jedną złotówką? Wyjąłem płytę z myślą "Dawno czegoś takiego nie widziałem".
Film ten opowiada z pozoru banalną historie w banalnym już świecie. Akcja filmu rozgrywa się w Chicago roku 2035 gdzie roboty swobodnie chodzą po ulicach wraz z normalnymi ludźmi. Roboty te jednak można nazwać swoistą "pomocą domową". Dzięki napisanym przez Dr. Alfreda Lanning'a trzech prawach robotyki roboty muszą słuchać się ludzi do takiego stopnia gdy ich polecenie nie uczyni szkody innej osobie.
Film zaczyna się właśnie poprzez zapoznanie się z trzema prawami. Zaraz po napisach wstępnych przenosimy się do domu Detektywa Dela Spooner'a (W którego rolę wcielił się Will Smith). Od samego początku możemy zauważyć wrogość głównego bohatera w stosunku do robotów. Choćby tekst "Z drogi blaszaku" to robota roznoszącego pocztę. Innym dowodem na jego niechęć w stosunku do robotów jest pościg za robotem biegnącym z cudzą torebką. Sponn myślał, że robot ją ukradł mimo, iż wiedział o tym, ze maszyna nie może tego zrobić dzięki zaprogramowanym prawom Lanning'a. I jak się okazuje jego przypuszczenia nie były słuszne. Jednak skąd ta niechęć? Być może ma to coś wspólnego z tajemniczym snem Spooner'a którego kolejne urywki poznajemy wraz z upływem czasu? Takich pytań będziemy sobie w trakcie filmu zadawać więcej.
Jednak właściwy film zaczyna się gdy główny bohater zostaje wezwany na miejsce samobójstwa. Dr. Lanning odebrał sobie życie skacząc z okna na plac przed budynkiem korporacji, która zarabia niebagatelne sumy na wspominanych już nieraz robotach. Taka w każdym razie jest wersja policji. Wtedy Spooner w tracie przeszukiwania pokoju Lanning'a spotyka agresywnego w stosunku do niego robota nowej generacji. To wszystko długo jest tłumaczone tym, że robot zaatakował ponieważ Spoon wymierzył do niego z broni.
Jednak Spooner nie dopuszcza do siebie, że to było samobójstwo. Dell interesuje się tą sprawą również z powodu tajemniczych więzi jakie łączyły go z Lanningiem. Powoli dochodzi, że tak naprawdę profesor... Nie. Nie będę psuł wam wielkiej przyjemności poznawania kolejnych warstw fabuły. Scenariusz napisany przez Akiv'a Goldsmana jest dla mnie istną perłą thillerów sc-fi.
Teraz parę słów o obsadzie. Jedyną naprawdę znaną postacią grającą w tym filmie jest Will Smith kojarzony m.in z serii "Bad Boys". Jednak w tym filmie nie wzbił się na wyżyny ani nie upadł na ziemie. Aktorstwo jest takie jakie miało być. Nie razi w oczy amatorszczyzną i to się liczy. Chociaż w paru scenach Will miał przebłyski wielkiego aktorskiego talentu.
No i pora na łyżkę dziegciu do słoju miodu. Roboty. A właściwie to jak wyglądają. Co jak co ale mi ich wygląd przypominał trochę film Pixara. Nie są może jakieś totalnie dziecinne, ale mnie jednak to trochę mierzi...
Jednak ograny świat czy wygląd robotów nie pozwala mi nie powiedzieć, że mamy do czynienia z kawałkiem solidnego kina. I to nie jest kino w stylu filmów z Schwarzennegerem. Tutaj strzelanie to może 10% filmu. Tutaj liczy się to jak prosta sprawa samobójstwa rozwija się z każdym zdarzeniem. Cały czas poznajemy nowe elementy układanki, która zaskakuje zakończeniem. A więc...
Produkcja : Polska
Gatunek : Dramat
Premiera : 21.09.2007
Reżyser : Andrzej Wajda
Scenariusz : Andrzej Mularczyk, Andrzej Wajda, Władysław Pasikowski
Wykonanie : Artur Żmijewski, Maja Ostaszewksa, Wiktoria Gęsiewska, Andrzej Chyra, Danuta Stenka, Agnieszka Glińska, Paweł Małaszyński.
Kiedy zaczynam pisanie tego artykułu jestem może pół godziny po powrocie z kina. Emocje towarzyszące z filmem jeszcze mnie nie opuściły. A miałem uczucia pozytywne jak i negatywne. Z jednej strony naprawdę doskonale zrobione zdjęcia i ciekawy pomysł. W końcu zbrodnia Katyńska jest wciąż sprawą dość kompromisową. Polacy obwiniają Rosjan, a Rosjanie, Niemców. Ta burza przysłużyła się filmowi, który cieszył się taką popularnością, że nasza wychowawczyni zajęła bilety dopiero w ostatnim tygodniu jego wystawiania w Cinema City. Popularności też dodawał mu sam reżyser, którym był Andrzej Wajda. Większość polaków chyba kojarzy tego reżysera. Tak samo postarano się w sprawie obsady filmowej. Wielu z nas chyba zna Artura Żmijewskiego (Świadek Koronny, Odwróceni) czy Pawła Małaszyńskiego (Grającego aktualnie w Tajemnicy Twierdzy Szyfrów). Wszystko wydawałoby się doskonałe, ale...
No właśnie to jedno, ale. Niektóre sceny. Zdarzają się być sztucznie przeciągane co potrafi doprowadzić do nudy. Na początku gdy Anna (Maja Ostaszewska) szukała swego męża Andrzeja (Artur Żmijewski) i dowiedziała się w jednej z plebani - gdzie utworzono polski szpital - że on i inni oficerowie armii zostali wzięci do niewoli zawiewa po prostu nudą... Długie wzruszenia ciągłe bieganie z rowerem tam i tu... nie myślałem, że Wajda pasjonuje się odmianą kolarstwa gdzie zamiast na rowerze jeździć ten nam tylko towarzyszy... Nie tego spodziewałem się po tym filmie. Gdy oficerowie wsiadają już do wagonów akcja na jakiś czas skupia się właśnie na jej mężu. Poznamy tam też Porucznika, pilota Piotra (Małaszyński) i Porucznika Jerzego (Chyra). Parę ujęć w wagonie po czym dojazd do Kozielska. I tutaj znów powrót do Anny, a potem do pewnego profesora z Krakowa. I takie to skakanie pomiędzy różnymi bohaterami. Co jak co, ale mnie to niezwykle irytuje. Po jakimś czasie nie wiem czy film opowiada w końcu o dramacie rodzin katyńskich czy historie samych ofiar. Jeśli dramaty rodzin katyńskich - mało tu tego. A jeśli historie oficerów - też nie za wiele... Pozostaje po tym mały niedosyt. To tak jakby w promocji "dwie dowolne kawy w cenie jednej" dostawać po pół filiżanki jednej. Poza tym jak dla mnie film sprawia wrażenie pół filmu-pół dokumentu. Sam nie wiem czy zaliczać to jako plus czy minus.
Szmery wymienione. Przejdźmy do pochwał. Na pierwszym miejscu sceneria i stroje. Naprawdę doskonale wykonane mundury. Zarówno Rosjan jak i polskich żołnierzy. Bardzo przypadł mi do gustu mundur pilota noszony przez Piotra. Dokładnie takiego ubrania oczekiwałem. Czarna skórzana kurtka, i czapeczka. Żadnych udziwnień, nic. Pięknie zrobiono też obóz w Kozielsku. Było widać, że to obóz a nie hotel. Wielopiętrowe drewniane łóżka ciasne korytarze dziury w ścianach przez co w środku panował wielki mróz. Miłym dodatkiem jest użycie, prawdziwych nagrań z tamtych czasów. Wygląda to interesująco. Miało być realistycznie i nie ukrywam - było. Film jest przyjemnością dla oczu.
A czy przyjemnością dla uszu? Nie powiem, że jest źle. Ale nie powiem też, że było wybitnie. Muzyka spełniła swoje zadanie. Często zdarzało się mieć odczucia jakby jej nie było, ale budowała klimat. W takich filmach jest to duży atut, gdyż to klimat, a nie akcja jest ich głównym atutem. Więc to co zrobił Krzysztof Penderecki zaliczam na plus.
Parę słów powiem również o klimacie. A sam klimat jest tutaj na przemian niszczony jak i budowany. Często wyżej wspomniane przeskakiwanie potrafi "wytrącić" widza z wczucia się w film. Kiedy już zaczyna dziać się coś ciekawego, liczymy na jakąś akcje, a tu pojawia się kolejną przeciągająca się scena... A wszystko to by potem klimat powstał na nowo w kolejnych scenach.
Poza tym film ma to "coś" (I tym "czymś" nie są gołe baby). Gdy tak go sobie oglądałem z końcem seansu pomyślałem "Co jest" Godzinę trwał"? A gdy już zapalono światła spojrzałem na zegarek i ujrzałem godzinę 12:48 (seans zaczął się o 10:30, ale nie brakowało reklam przed filmem...). Więc mimo wad większa część filmu wciąga.
No i sam koniec - aktorstwo. Jak już pisałem obsada filmu to znani polscy aktorzy jak i tacy o których nie słyszeliśmy bądź mogliśmy nie słyszeć. Jednak mimo wszystko było dobrze. Naprawdę doskonale wypadli ludzie grających polskich oficerów na samym końcu filmu. Naprawdę nie mogłem wtedy oderwać wzroku od tego co działo się na "ekranie". Wszystko było tak nakręcone, że słowa jakie wymawiają bohaterowie "Święty odpoczynek daj nam panie, chleba naszego powszedniego i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom" lepiej do nas docierają. Jednak oprócz tego po prostu nie mam co napisać... Każdy spełnił swoje zadanie i nic nie spaprał. A więc...
No cóż, nie wiem co tu za dużo mówić. Te dwie recki (tak jak i cała reszta twoich recek) są po prostu świetne. Mówią o filmie wszystko co trzeba wiedzieć, aby zachęcić do oglądania. I na dodatek niektóre teksty ("Jeden Rozpierdzielator vs 10.000 talibów" XD) Po prostu świetne. Oczywiście daję za recki 10/10, mimo iż ocenianie oceny jest dziwne XD
Komiks zaczyna się w ponurych okolicznościach. Tytułowy klan przez wieki stawał się coraz biedniejszy, a ich honor był mocno krytykowany przez inne szkockie klany. W roku 1867 urodził się kolejny dziedzic ich zamku Sknerus. Chłopiec, gdy ukończył 10 lat dostał na urodziny od ojca zestaw do czyszczenia butów, gdy przyszło mu pracować po raz pierwszy zaharował się do nieprzytomności, gdy się ocknął zobaczył w swojej dłoni pierwszą zarobioną monetę, nic nie wartą dziesięciocentówkę… „Będę najtwardszym z twardzieli i najsprytniejszym ze spryciarzy, ale swój majątek zarobię uczciwie!”
Tak zaczyna się długa podróż Sknerusa przez cały świat by osiągnąć bogactwo. Przez cały komiks widzimy jego przemianę wewnętrzną, dążenie do „ideału”. Don Rosa (rysownik) przywiązuje dużą wagę do szczegółów, dlatego widzimy mnóstwo ciekawych postaci, historii, faktów historycznych i geograficznych.
Rysunki:
Bardzo dokładne, łatwo wczuć się w klimat ponadto Don uwielbia powstawiać trzecioplanowe dwu-obrazkowe zabawne historyjki. 10/10
Postacie:
Jak w życiu; dobre, złe, szalone. (Sknerus początkowo jest miłym i sympatycznym chłopaczkiem, w 5 rozdziale jest odważnym chętnym przygód młodzieńcem, w ostatnim jest okrutnym i zimnym staruszkiem)
Plus wiele postaci historycznych (np. Jeden z prezydentów Ameryki) 10/10
Teksty:
Nie ma miejsca na długie i zbędne gadanie. (gdy jedna osoba mówi o cenności przyjaźni i doświadczeń Sknerus chce by darował sobie banały) 10/10
Miejsce akcji:
Każdy kontynent!
Fabuła:
Tutaj mamy najgorzej próba wzbogacenia się jest niczym oryginalnym, lecz jest cenną lekcją dla 7-latków czytających ten komiks. 9/10
Humor:
Tu należy się dziesiątka. Jak poczytacie zrozumiecie nie ma takich głupich tekstów które były popularne w włoskich komiksach. 10/10
Ogółem:10/10
Ocena opisowa: Ten komiks powinien znaleśc się w kanonie lektur do 4 klasy, mamy tu wszystko, co potrzebne dobrej historii.
Jednym zdaniem; „I to się kurwa czyta!”
_________________ Urodziłem się 9 czerwca, to wielka data gdyż wtedy pojawiła się pierwsza kreskówka z Kaczorem Donaldem. Wiele lat później urodził się Don Rosa (też 9 czerwca) wg. mnie najlepszy rysownik tego uniwersum który wprowadził w bajkę dla dzieci łzy cierpienia i prawdziwe ludzkie marzenia.
Recenzja zaczyna się nawet dobrze, ale z każdym krokiem jest coraz gorzej i coraz gorzej. W końcu dochodzimy do poziomu totalnej amatorszczyzny...
Zacząłeś nieźle napisanym opisem. Nie powiem - ten początkowy ogólny opis jest najlepszy w całej recenzji. Niestety jest to jedyna dobra rzecz w całej recenzji.
To co najgorsze zaczyna się od słowa "Rysunki". W czym rzecz? Działy nie powinny być nazywane jakby to była instrukcja obsługi odkurzacza, a mieć w sobie jedynie coś co nakierowywałoby czytelnika na jaki temat będzie traktował pisany poniżej tekst. Poza tym tekst recenzji powinien stanowić spójną całość. Tymczasem tutaj jest to rząd krótkich, zimnych i biurowych wręcz opisików.
Sama długość też niestety woła o pomstę o nieba. Chociaż komiks wydaje się materiałem skromnym można na jego temat napisać naprawdę wiele. Brakuje w tekście ubarwień, zdania są bardzo surowe i zbyt... konkretne. Tak, tak dobrze napisałem. Konkretna i zwięzła to ma być instrukcja obsługi i kazanie z ambony... Recenzja musi mieć coś co przyciągnie do niej czytelnika. Jakiś żarcik bądź ciekawostkę lub myśl między kolejnymi faktami o recenzowanym przedmiocie.
Oceny nie wystawię gdyż tkwi w tobie jakiś potencjał. Poczytaj trochę recenzji z tego działu jak i w prasie (najlepiej CD-A) po czym udoskonalaj braki, które ci wymieniłem. Sam początek jest strawny, niestety w miarę pozytywne wrażenie psuję reszta...
Visior bardzo dobre recenzje . Jednak ja uważam że trochę przesłodziłeś jak zwykle . Oglądałem obydwa filmy i uważam że fabuła w "Ja robot" wcale nie jest za specjalnie wybitna. Oraz co do "Katynia" to raczej było więcej nudy niż scen wciągających. Ale to może dlatego że jestem bardziej surowy. Tak czy siak. Recki prawie profesjonalne .
Mikmik bardzo się ucieszyłem gdy zobaczyłem recenzję komiksu, jednak...Opisałeś nam tylko komiks, ale nie oceniłeś. Za mało tu elementów recenzji.
Ocen nie wystawiam ze znanych powodów .
Początkowo podchodziłem sceptycznie gdy słyszałem pozytywne opinie o serialu komediowym z lat 70-dziesiątych, sądziłem że posiada humor z przed wojny a tu...
Przenosimy się do szpitala polowego (tytułowego MASHa) poznajemy kapitana Pierce'a ("sokole oko")świetnego chirurga. Praktycznie poza salą operacyjną robi wszystko, wyśmiewa swoich kumpli, generałów, sens wojny itd.
Serial opowiada o wojnie a właściwie o wszystkim co z wojną związane jednak najmniej jest walk.
Ten serial w porównaniu z filmem kinowym jest niemal czystą komedią (w dobrym guście oczywiście), lecz jest mnóstwo scen dramatycznych (śmierć żołnierzy w bitwie nie jest śmieszna!)
Każdemu polecam ten serial ze względu na duży realizm!
_________________ Urodziłem się 9 czerwca, to wielka data gdyż wtedy pojawiła się pierwsza kreskówka z Kaczorem Donaldem. Wiele lat później urodził się Don Rosa (też 9 czerwca) wg. mnie najlepszy rysownik tego uniwersum który wprowadził w bajkę dla dzieci łzy cierpienia i prawdziwe ludzkie marzenia.
Właśnie totalnie zniszczyłeś moją wiarę w ciebie... to na pewno nie jest nawet mini recenzja. To nie jest nawet śladowa recenzja... to jest jakiś opis z pudełka. Brakuje mi zwyczajnie słów by to ocenić... jeśli masz zamiar dalej tworzyć takie pracę jak ta - odpuść sobie ich publikacje.
No, wyjątkowo przyznam rację Visorowi. Gdybym nie oglądał M.A.S.H to bym absolutnie nie wiedział o który serial ci chodzi, opis jest mętny i niewiele mówi. Po prostu napisałeś coś w stylu "To jest o ludziach. Koniec". Nic o filmie mini-recenzja czy nie, powinny być wymienione wady i zalety, ale z tego człowiek dowie się tylko że jest szpital i tam jest chirurg. Po prostu słabo.
Sorry, Mikmik ale ja z tej recenzji nie dowiedziałem się nic oprócz tego że to serial. Nigdy nie oglądałem tego więc nic a nic nie wiem o niej i nic się nie dowiedziałem.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach